Image Slider

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przypadki i Wpadki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przypadki i Wpadki. Pokaż wszystkie posty

Okruszki #8: Krótki spis treści życia

24.05.2019
Tak sobie czasem siedzimy na łące i cytujemy literaturę piękną....

 Wiewiór w delegacji: od tygodnia klęczy na podłodze zamku i pędzelkiem zerówką retuszuje barokowe intarsje.

Bebe w kolizji z rzeczywistością samotnej matki pracującej: mimo to cieszy się słońcem jak dziecko sąsiadów lizakiem; odmraża zupy z mlekiem kokosowym, jeździ po autostradach 150 km/h (ale parkowanie musi jeszcze poćwiczyć - twierdzi nauczyciel jazdy), nauczyła się 96% pytań na egzamin teoretyczny i ma nowe okulary. Wygląda jak Harry Potter, ale podobno okrągłe oprawki wracają. Zatem znowu, całkiem przypadkiem, jest trendsetterką.

Grudka, zainspirowana balkonowym ogrodem cioci z Berlina, zażyczyła sobie taką samą długą doniczkę na naszym balkonie. Dzisiaj zaczęły wschodzić pierwsze kwiaty. Zanim wyszła do przedszkola, Grudka pochyliła się nad czterema zielonymi mikro-listkami, pogładziła je delikatnie, pożegnała się i pocałowała każdy bardzo ostrożnie. Może będzie to mały ogród, ale pełen miłości.

Okruszki #6: Pierwszy maja po bawarsku

10.05.2019


Pierwszy maja w Bawarii.
Lokalna orkiestra dęta, sukienki z gorsetem, dziane na grubo sweterki, spodenki ze skóry, dziergane ocieplacze męskich łydek, kapelusze z piórkiem, tańce z szarfą, morze piwa, precle giganty, prosię z  rożna.... A nade wszystko (nomen omen) błękitny piętnastometrowy totem, zwany majowym drzewem. Totem młodzież tubylcza stawia przez dwie godziny do pionu za pomocą długich drewnianych pali i mocy mięśni własnych.

Społeczność lokalna przygotowuje się do tego wydarzenia przez cały kwiecień.
Rada rodziców  postanowiła wykorzystać masy ludzkie i zorganizować słodki bufet do kawy, a zebrane środki przeznaczyć oczywiście "dla dobra naszych dzieci". Rada organizuje, ale ktoś musi przecież piec. Przez trzy tygodnie Bebe nie mogła spokojnie przejść przez przedszkolny korytarz, bo z kąta garderoby w każdej chwili mogła wyskoczyć Brunhilda z listą ochotniczych cukierników i zapytaniem "Dlaczego Cię Bebe jeszcze na tej liście nie ma? I co upieczesz ciasto, tort czy może coś wytrawnego?"  Uległam.

Z braku czasu, a napędzana poczuciem winy z powodu zaniechania, zaczęłam nawet rozważać, które ciasto z zamrażarki supermarketu mogłoby przejść za wypiek domowy, zwłaszcza jeśli upuścić by je przypadkowo na ziemię dla lepszego efektu. Ale koniec końców poszłam na kompromis i zawinęłam w gotowe ciasto francuskie szynkę z serem. Wiewiór był zachwycony. Na tyle, że wykupił całą baterię szynkowych ślimaków. Tym samym pomógł przekroczyć najśmielsze oczekiwania Rady Rodziców względem "dobra naszych dzieci" i stał się na chwilę lokalnym bohaterem. Na chwilę, póki inny ojciec nie wykupił dwóch tortów, na wynos.

Zatem siedzieliśmy na trawie, jedliśmy słodkie i wytrawne, słuchaliśmy trąbek i puzonów i nie mogłam przestać myśleć o jednym. Jakby to było, gdyby w Polsce ludzie na takie okazje ubierali się w stroje ludowe. Wyobraźcie sobie warszawskie metro zapełnione ludźmi w folkowych outfitach! No widzę to! I uśmiecha mnie ten powidok.


Okruszki #3

19.04.2019
Tegoroczną Wielkanoc sponsorują Psychodelia na Malignie i Kaszel.
Co, jak widać, podkręca artystyczne delirium Grudki.

Tak było w czwartek.
Jutro zaś, czyli w sobotę, zamiast koszyczek do kościoła, poniesiemy własne plecaki na dworzec.

Stolico Republiki Federalnej szykuj konfetti, brokat, kebaby i pączki!
Przybywamy na Zjazd Fajnych Babek i nie omieszkamy rozpuścić warkoczy na wietrze.

Zostawiamy Wiewióra samego w domu. Nie będziemy go torturować o poranku barszczem czerwonym z jajkiem i kiełbasą*. Niech się człowiek wyśpi. Wszak właśnie dostarczył 1,1 tony bawarskiego lwa do Muzeum Sztuki Browarnej. I ustawił na trzymetrowym piedestale. Wstrzymując oddech i modląc się, by żaden gołąb nie usiadł lwu na głowę. Bo dźwig mógł podnieść dokładnie jedną tonę plus 10%. Aber warum? - zapytacie. - Wiewiór aż tak lubi nomen omen życie na krawędzi?  
Nie, większy dźwig po prostu nie zmieścił się przez drzwi muzeum.
Kurtyna!

*stalowy punkt programu śniadania wielkanocnego w moim rodzinnym domu. Mój tato wrzuca sobie do tego jeszcze twaróg....

Święta i Poświęta

30.12.2018
Grudka to człowiek konkretu.

Gdy jej współtowarzysze z ochronki pytani, co napisali w swoich listach do Świętego, odpowiadali:
- Dużo!
- A co na przykład?
- Nie wiem.

Grudka od miesięcy odpowiadała niezmiennie:
- Kcę latać i skakać.

Staramy się być zajebistymi rodzicami przynajmniej od czasu do czasu, więc postanowiliśmy nie zostawiać realizacji tego projektu ślepemu losowi, a tym bardziej ludziom z Laponii. Bo wiadomo, że Ci ostatni mają czasem zupełnie inne wyobrażenia tego, co człowieka uszczęśliwi. I tak zamiast szachów przynoszą skarpetki w renifery (Wiewiór) lub zamiast statku pirackiego - błękitnego miśka z poliestru (Bebe). Do skrzydeł i trampoliny, dokupiliśmy mega puzzle w kształcie smoka, żeby zostać w temacie i wspierać też rozwój duchowy latorośli, która zdecydowanie jest córką swojego ojca. Tak, oni układają już razem kostkę Rubika. Zapakowaliśmy to wszystko odświętnie w papier i poszewkę od kołdry (trampolina) i czekaliśmy na święta.

W międzyczasie odbyliśmy burzliwą, zagrażającą naszemu małżeństwu i pokojowi na świecie rozmowę o tym, kiedy i kto przynosi w naszym domu prezenty. Dotąd w polskie święta (24.12) prezenty wykładaliśmy bez sekretów pod choinkę przez cały dzień i cieszyliśmy się widokiem wypiętrzających się Everestów. W irlandzkie święta (25.12) o poranku pod choinką znajdowaliśmy skarpety pełne podarków od Świętego. Tak było dotąd. Czyli dopóki ochronka nie wtrąciła się  w Grudkowy światopogląd i nie oddała polskich świąt Mikołajowi. Galaktyki się zderzyły, hipernowa faktów oślepiła nawet najbardziej logicznych przedstawicieli homo sapiens. W opowieściach Lapończyk wchodził raz kominem, raz przez balkon. Zostawiał prezenty, wychodził oknem, potem znowu wracał. Próbowaliśmy to wszystko złożyć sprytnie w całość i obwiązać sznurkiem. Nadaremnie.

W końcu poddaliśmy się i popłynęliśmy z falą Grudkowych interpretacji.
Okazało się, że Święty ma fetysz odnóży dolnych. Najpierw szóstego grudnia zostawia prezenty w naszych butach, a 25.12 wkłada podarki do skarpet. W międzyczasie rozsiewa prezenty po całym domu i trzeba ich na własna rękę szukać przez cały dzień wigilijny i układać pod choinką.
Takiej wersji zdarzeń się trzymamy.

Od Wigilii Grudka lata i skacze.
Nam też lata i skacze.
Oko - od samego patrzenia.
I ciśnienie na widok kaskaderskich lądowań.

26.12 o 5:30 rano padło zaś śmiertelnie poważne pytanie:
- Mamuś ma święta, Tata ma święta..... Grudka też ma? Czy dzisiaj są MOJE święta? 

---



Tymczasem dzisiaj w Pinakotece w Monachium,
obok Rubensa i Dürera, można było obejrzeć motyla na łące.


Święta według Grudki

20.12.2018
A już myślałam, że do mety 2018 dobiegnę bez balastu w postaci wirusów i bakterii... O naiwna matko dziecka w wieku przedszkolnym! Nie nauczyłaś się jeszcze, że co dziecko z ochronki przyniesie, odda tobie z wszystkimi bonusami?! Samo oczywiście umywszy od tego ręce.

Zatem od dziesięciu dni porozumiewam się ze światem tylko teatralnym szeptem. Za to w nocy potrafię tak kaszleć, że budzi się ze mną pół dzielnicy.

Podobno na tablicy ogłoszeń w przedszkolu wywiesili ogłoszenie o krótkiej treści: "Grypa żołądkowa". Podobno, bo boję się nawet na nie spojrzeć.

To idę sztachnąć się tymiankiem z solą, a tymczasem.....

-----

Tymczasem....

Na podłodze piłki futbolowe kurzu.
Wiewiór w delegacji.
Grudka pod niewątpliwym natchnieniem świątecznego ducha przejęła kontrolę.

Ozdobiła już stół w salonie naklejkami ze Świnki Peppy. Nie, nie kilkoma. Wykleiła na blacie całą książkę.

Ozdoby choinkowe skumulowała na drzwiach wejściowych, żebyśmy słyszeli, kiedy do domu wtargnie Mikołaj z prezentami.

Upiekła ciasteczka z ciastoliny (w kształcie samolotów), umyła jedną ścianę w łazience (ale piętnaście razy!) i nauczyła się fałszować mój podpis (no i co, że jest to jedynie litera A, a do tego w do góry nogami. Wszak listonosz i tak się nie zorientuje).

Wyprodukowała armię Świętych Mikołajów i portretów Bambi z rodziną na pocztówkach do Niegowa.



Wysłała rodzinie i przyjaciołom królika po świątecznym vlogu. Nie pytajcie..... I obejrzała każdy mulion razy za każdym razem klaszcząc z radości.

Ćwiczy codziennie pompatyczne arie. Wprawdzie nieco eklektyczne o gwiazdach, latarniach Świętego Marcina, kołach autobusu, ogórkach w garniturze i o tym, że la la li li nie będziemy się martwili.... ale zrzucam to na uduchowiony freestyle i słucham z przyjemnością... o ile nie jest akurat 4:30 rano. A na ogół niestety jest.

Ułożyła drogę od przedpokoju do sypialni z muszli i kamieni. Żeby szczęśliwie powrócony ojciec mógł się odnaleźć w ciemnościach.

Zdecydowała się już nawet na menu świąteczne: Jabłka, ogórki i duże lody.

Słowem: Gotowe!
Święta mogą przyjść!

----

Post dedykowany Joannie w Kolorze, która właśnie założyła właśnie bloga "Miejsca Miejsca" z fajowymi zdjęciami o Warszawie i świecie.... i  przypomniała mi dzisiaj, jak fajnie jest po prostu coś stworzyć. Dziękuję.

Rehabilitacja

14.09.2018
[Po 4 tygodniach ze streptokokami...]

Prolog: Rok temu "wypadł" mi dysk i do dziś hula gdzieś w okolicach krzyżowych.

Dane mi było zaznać życia rencistki i 4 tygodnie lata spędzić na półkoloniach w centrum rehabilitacji w Wielkim Mieście Wojewódzkim. Codziennie rano, dostarczywszy uprzednio Grudkę do ochronki*, stawiałam się w sportowym outficie w przybytku zdrowia uzbrojona w bidon, dwa ręczniki i kostium kąpielowy.

Mój indywidualny plan dnia zawierał niemal wszystko. Od klasycznych masaży, przez ćwiczenia równowagi, egzotyczne łóżka wodne, pantomimę rowerową w basenie, progresywną relaksację, po wykłady z prawa socjalnego dla rencistów, feng shui w biurze i psychologii bólu. Holistyczne podejście do problemu mile mnie zaskoczyło.

Jednak, wbrew początkowym oczekiwaniom, okazało się, że rehabilitacja to jednak nie urlop. Lwią część dnia stanowiły czynności wyciskające ze mnie siedemnaste poty. Co w sumie nie było trudne, zważywszy, że właśnie w Bawarii odnotowywano - jak co roku - falę upałów stulecia. Nietrudno było stracić też w tym procesie trzy kilo żywej wagi. Zwłaszcza, że stołówka kurtuazyjnie zapominała o duecie mych nietolerancji i częściej niż rzadziej w ofercie miała dla mnie jedynie talerz sałaty, w dobrym dniu - okraszony surową marchewką.

Czy pomogło? Pomogło! Zwłaszcza ten trzeci tydzień, gdy Grudka zachorowała na ospę* i kiblowała z ojcem w domu, a mi odpadły liczne obowiązki i odpowiedzialności. Człowiek (ja!) jednak dużo nosi w głowie. Człowiek (ja) może się nauczyć, że dla swojego ego chce i może zrobić wiele (20 sekund plank w najtrudniejszym wariancie! A co to dla mnie!), ale może tym sobie bardziej zaszkodzić niż pomóc. Człowiek (ja) może być zmuszony uznać, że zajmowanie się sobą to nie luksus, a konieczność.

Człowiek (ja) może też odkryć, że nie trzeba tej cytryny życia cisnąć do ostatniej kropli. Że można z tej cytryny zrobić też lemoniadę. Tylko trzeba sobie dosypać cukru.

"Radykalnie zwolnić i odpuścić" odnotowano mi czerwonym flamastrem na podsumowaniu.

Idę kupić cukier.


[...]
Tymczasem Grudka przeskoczyła przez płot ochronki i w sąsiadującym przybytku awansowała do miana przedszkolaka. Pół dnia w grupie Uszatków przeczesuje mej Potomce mózg na tyle, że na własne życzenie latorośl dokonuje wieczornych ablucji już w czasie Teleexpressu. Życie byłoby piękne, gdyby nie jej spontaniczne pobudki między 4:30 a 5:30. Niestety, Grudka uznaje, że wstawanie to zajęcie grupowe. Od dwóch tygodni cieszymy się, gdy budzik o 6:20 zastaje nas jeszcze w łóżkach.



* Co odnotowuję na wypadek, gdyby kiedyś historia próbowała się powtórzyć, a moja córka w panice perspektywy rychłego rozmnożenia dowiedzieć, jakie choroby zakaźne udało jej się zaliczyć.

Portret (z) pamięci

28.12.2016
Rotawirus - Portret (z) Pamięci



Miejsce Rotawirusa zajęło przeziębienie. Wypluwamy sobie płuca w zgodnym duecie (Wiewiór i Bebe), Grudka zastanawia się zaś nad pierwszym w życiu zapaleniem ucha środkowego, ale zdaje się, że wybierze jednak miłość do precli (Bawarka!). Słowem: Dogorywamy.

(...)
Portal eDziecko.pl (nie pytajcie mnie jakim cudem zboczyłam na tą ścieżkę) pouczył mnie dzisiaj:
Starajcie się ograniczać używanie słowa "Nie". To wcale nie jest takie trudne - jeśli się trochę zastanowić, każdą sprawę można ująć tak, by zamiast zaprzeczenia dziecko usłyszało zachętę do zrobienia czegoś innego. Im rzadziej dziecko słyszy "Nie", tym większą ma ono dla niego wagę i tym mniej jest w domu powodów do awantur.
Joanna Szulc "24 miesiąc życia" - http://www.edziecko.pl/male_dziecko/1,85614,4666056.html

Tymczasem Wiewiór oznajmił wieczorem:
- Słuchaj, Potomka wciąż używa słowa "nie" tylko w języku niemieckim. Chyba też musimy zacząć jej częściej to mówić.

A może lepiej podeślę ochronce cytat z polskich internetów?

Pełny talerzyk

23.12.2016
 



Puste miejsce przy naszym stole jest już w tym roku zajęte. Goście przybyli we wtorek. Państwo pozwolą, że przedstawię: Rotawirus, który przytargał ze sobą awarię internetu (chyba, żeby nam nie było przykro, że nie mamy na nic siły)*.

Przygotowania do Świąt uległy nagłemu uproszczeniu.
Nie powiem, jest to nawet przyjemne.
Zamiast sprzątania, poprawiamy poduszki i wstawiamy kolejne pranie.
Zamiast barszczu - cola.
Zamiast makowca - suchary.
Zamiast odświętnych strojów, świeże piżamy.
Zamiast prezentów... o co to nie! Już czekają. Taka nasza świecka tradycja, że pod choinką jest zawsze z górką. Być może dlatego, że w ciągu roku właściwie się nie obdarowujmy. Tak jakoś wychodzi.

Wybaczcie zatem ciszę.
Prenumeratorzy Bebewieści proszeni są o dodatkową porcję cierpliwości.
Będzie dla Was kalendarz na 2017 do ściągnięcia. Niech tylko internety ozdrowieją.

Tymczasem na te święta, życzymy Wam zdrowia i spokoju.
Dużo spokoju. Spokoju ducha, spokoju w domu, spokoju na świecie.

Dziękuję, że tu ze mną jesteście!

*A jeszcze tydzień temu cieszyłam się, że udało nam się przeżyć niemal cały semestr zimowy w ochronce bez infekcji. A potem jeszcze, przeczytawszy komentarz Kosmicznej na Robótce (ave Kosmiczna!), że mimo Rotawirusów jednak wysyłają....więc pomyślałam sobie, o rany jakie to musi być przykre być chorym na święta**. To oficjalne: jestem czarownicą.

**Tu myślę najcieplej jak potrafię o wszystkich chorych rodzicach, zwłaszcza samotnych. Trzymajcie się tam! Dzień coraz dłuższy.

Wywiadówka

18.12.2016
Powidok sprzed dwóch lat o tej wdzięcznej tematyce, która w okolicach grudnia zawsze staje się aktualna.
Tym samym uprzejmie wnoszę o wydłużenie kalendarzowego grudnia! Ten miesiąc jest decydowanie za krótki!

(...)
Piękno bloga polega na tym, że można, wzorem Doctora Who lecz bez skutków ubocznych, podróżować w czasie. Zatem cofnijmy się do października 2016. Bawaria, Mała Wieś pod Wielkim Miastem. 20:33 czasu lokalnego, środek tygodnia.

Wlane Zebranie Rodziców w ochronce. Siedzimy w kręgu ściśnięci w miniaturowej szatni na ławkach dla krasnoludków. Podejrzewam, że nie zaprosili nas do jednej z przestronniejszych sal zabaw, żebyśmy nie nabrudzili butami. Wszak na ich zdjęcie nie można narażać dorosłych ludzi. 

NaszPanie czytają Wielką Księgę Zasad. Nie jest to zajmująca lektura. Połowa zgromadzonych wyjęła zapałki i zaczyna budować konstrukcje dla powiek. Ku mojemu ubolewaniu odczyt nie zaprasza do dyskusji. Omija mnie zatem spektakularnym łukiem rozważanie spraw egzystencjalnie ważkich, jak na przykład: "Czy urodzinowe menu powinno zawierać parówki czy pizzę?", "Jaką czekoladę kupimy NaszPaniom na Dzień nauczyciela (Milkę XXL, Lindt deluxe czy AlMatura Eko-Bio-Ohne Gentechnik)?" oraz "Dlaczego mama Grudki wciąż nie wpisała swojego imienia na listę wolontariuszy pięknych ciasta na doroczne święto ochronki?***" Wielka Księga Zasad nie zaprasza do dyskusji, bo Wielka Księga Zasad dyskusji nie podlega.

Na koniec idziemy gęsiego za płot do ochronki dla większych kurdupli. Siadamy w jeszcze większym gronie w równie małym pomieszczeniu na równie małych meblach. Wybory nowej Rady Rodziców. Szykuję się mentalnie, że przed dwudziestą drugą stąd nie wyjdę. Stara Rada Rodziców niemal w całości abdykuje podając mniej lub bardziej wymyślne wyjaśnienia, których tak naprawdę nikt nie słucha, bo większość wtuliwszy się w puchowe kurtki śpi pod przykrywką kontemplowania karty wyborczej wręczonej przez Derekcję. Mimo wszystko na białej tablicy pojawiają się nazwiska czujących powołanie matek i jednego ojca. Derekcja podlicza i ogłasza: Skoro zgłosiło się tyle osób ile miejsc w radzie, czy zgadzają się państwo, by bez głosowania wybrać te osoby i tym samym zakończyć to zebranie?
[Okrzyki, owacje, kawior, konfetti, fanfary] 
Matka obok zaczyna cicho chrapać.

Nie. Nie było mnie na liście ochotników. Proszę docenić moją silną wolę (prymuskę musiałam trzymać za warkocze - odpłaciła mi pięciominutowym poczuciem winy na rzecz obowiązkowości wobec lokalnego społeczeństwa). Nie żałuję. Od pieczenia ciasta nie udało mi się wymigać*.

*** No dlaczego? Dlaczego? Przecież wszyscy wiedzą dlaczego!
* Tym razem wyszłam z opresji z godnością, bo Los zechciał podmuchać mi w plecy przysyłając w odwiedziny znajomą Niemkę-Skorą-Do-Pieczenia. Czekoladowy tort wyszedł jej taki, że sprzedał się na festynie zanim zdążyłam w popłochu opuścić salę.

Trójjęzycznie

14.12.2016
Jestem trójjęzyczna z konieczności. Staram się więc czytać naprzemiennie. Raz po angielsku, raz po polsku, raz po niemiecku. Jednak tylko kiedy czytam po polsku czuję jak defragmentuje wygładza mi się mózg. Wszystko układa się na swoim miejscu, odpręża, dosięga nirwany.

Z angielskim - coraz częściej - bywa podobnie, choć są pisarze, którzy z uporem maniaka próbują mi udowodnić, że ta część słownika z Oxfordu, do której tak rzadko zaglądam, bywa jednak przydatna. Panie Prattchet! 

Z niemieckim, ku mojemu ubolewaniu, to jeszcze nie ten poziom. Tutaj nadal  przeprowadzam ćwiczenia na poligonie z deklinacji i słowotwórstwa. Barankauf wciąż czytam jako Barankauf.  Ale "Momo" w oryginale to jest jednak inna jakość niż polskie tłumaczenie (od którego proszę się trzymać z daleka). Medal z ziemniaka wykrawam sobie jednak za to, że w tym domu to ja przedzieram się przez uroki pism z tubylczych urzędów.

°°°  
Tymczasem Grudka też czyta w trzech językach. Naraz. 



°°°
A w ostatnim numerze Rymsa, który w Empikach i fajnych warszawskich księgarniach, do nabycia być powinien, opowiadam o zagranicznych książkach, które z Grudką najchętniej czytamy. Artykuł zaczyna się tak:

"Nie kupujemy książek obrazkowych dla dziecka, kupujemy dla całej rodziny. Dlatego tak ważne jest dla nas, by się przy czytaniu z Potomką nie nudzić – estetycznie i tekstowo. Nie boimy się pokazywać córce książek na pozór „nieodpowiednich”, wyprzedzających grupę wiekową. Uważamy, że książki można czytać na wiele sposobów, że są one jak cebule, które można obierać z kolejnych warstw. Dajemy Potomce i sobie czas, by dotrzeć do sedna."

Resztę można doczytać TUTAJ  przy okazji poznając prawdziwe imię Grudki ;)
A Wy? Kupujecie książki obrazkowe też z myślą o sobie?

°°°
Jeszcze do jutra wieczorem można wylicytować sobie Bebe-Plakat i Bebe-Pocztówki. Przypomnę też szeptem, że wśród wszystkich licytujących rozlosuję dodatkowe fanty.
Cała garść aktualnych aukcji dla Ady do znalezienia tutaj: KLIK!

Nie śpiewam dziecku

20.11.2016
- Dlaczego nie śpiewasz Potomce po polsku? - przyłapał mnie razu pewnego Wiewiór, językowy purysta i wieczorny recitalowiec wyspiarskich kołysanek na dwanaście zwrotek. No dlaczego, dlaczego? Ruszyłam na wewnętrzną pielgrzymkę przytłoczona kamieniem wyrzutu sumienia. Bo dzieciom trzeba śpiewać. Zwłaszcza na dobranoc. A już dzieciom dwu- i kilku-języcznym koniecznie.

A ja? Nucę tylko, a w przypływie weny unoszę się na wyżyny angielskiej (biczuję się! biczuję się!) rymowanki o autobusie i kołach. No ale co zrobić, gdy zna się więcej niż jeden wers tylko piosenek kościelnych, a zwłaszcza kolęd? Zapytacie, a co z dwoma kotkami? Wiewiór mi zabronił, od kiedy przetłumaczyłam mu tekst jedynej znanej mi wersji. Kotki broczą w niej krwią, a pies się cieszy z ofiar masakry. Nie pytajcie, nie wiem czemu znam tylko tą.

W każdym razie, w ramach naprawiania matczynej reputacji, zaczęłam śpiewać Grudce coś z polskiego repertuaru najulubieńszych, a było to tak:


Także Państwo rozumieją, że pozostanę tylko przy nuceniu.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nucić będę po polsku.

p.s. Kocham Pana, panie Grzegorzu. Nadal. Mimo wszystko.

---
Pamiętacie, że jest Robótka, c'nie?
Wici rozsyłacie też, prawda?

http://jestrobotka.blogspot.de/2016/11/robotka-2016.html

Złodzieje rowerów

12.10.2016
Wysłałam Wiewióra do sklepu po banany, wszak dzień bez banana jest w życiu Grudki dniem zmarnowanym. Po dwóch minutach Wiewiór wraca:




Spod domu?! Naprawdę? Sielankę mojej wsi zepsuto Brakiem Bezpieczeństwa Instant.

No żeż z kur rosół na boczku!

Pierwsza fala szoku zostawiła Wiewióra z silnym imperatywem, by pojechać do Dużej Wsi na dworzec i sprawdzić tamtejszy postój dla dwukołowców. Nie kwestionowałam racjonalności tego postulatu. Wariat może mieć szczęście. Pojechał samochodem, który w piątek pożyczył od koleżanki z pracy (wszak nasz u mechanika).

W tym czasie zdążyłam znaleźć koordynaty najbliższego posterunku policji, skonsultować z Norweskim (tak, ten od Kaczki) kolejne kroki, przeszukać archiwa w poszukiwaniu danych skradzionego wierzchowca i ułożyć w głowie mowę ostrzegawczą dla sąsiadów.

Tymczasem Wiewiór....

Wiewiór pojechał na dworzec we wsi obok. Przeszukał CAŁY rowerowy postój i... o kurze guano! znalazł swój rower! Zaparkowany w tym samym miejscu, w którym Wiewiór zawsze parkuje. Dziwne. Pochylił się, otworzył zamek SWOIM kluczem... I zaczął prowadzić w stronę domu. Prowadzi, prowadzi i myśli.... no co za zbieg okoliczności, że zaparkowały skunksy poczochrane dokładnie w tym samym miejscu, co on parkuje. W sumie jak był młodym Wiewiórem, też robił takie żarty, więc może był to żart. ....

Dwa kilometry później: nastała światłość pod czaszką Wiewiórzą. W piątkowy poranek pojechał rowerem do wsi obok, zaparkował przy dworcu, pojechał pociągiem do pracy. Wrócił samochodem koleżanki. A rower od piątku rano tak tam stał. I stał.

Pozwólcie, że nie skomentuję.


Crazy babcia

26.05.2016

 



 (W wolnym tłumaczeniu)
- Widziałaś co się stało z naszą szafą?!
- Co?
- Wszystko poukładane w kostkę!
- Crazy Babcia też tam była?!
- A okna widziałaś?!
- Tak, niepokojąco czyste, prawda?

Crazy Babcia wróciła. Od półtora tygodnia mamy wrażenie uczestniczenia w programie Pimp my flat i nerwowo oglądamy się za siebie w poszukiwaniu kamery.

Okazało się, że kosz na pranie ma dno, za oknem jakby się rozpogodziło, zamrażarka wypełniła się wegetariańskimi pierogami z mięsem, dziury w skarpetach zniknęły w tajemniczych okolicznościach, koty podłogowe wyjechały chyba na urlop, bo nie widzieliśmy ich od przyjazdu babci. Cuda na kiju. 

Jedyna nadzieja w Grudce, która powoli acz konsekwentnie zaczyna babci powierzać zadania coraz większego kalibru:
Aaa-lo! - Nie śpij tyle! Wstawaj. Już 6:15 rano!
Eś! - Daj mi ciastko, byle słone. Albo lepiej - kiełbasę!
Ejjjj! - Przyjdź no tu i rozepnij tej lalce guzik w kaftanie.
U-u-u! - No dalej! Nakręć świnię, niech sobie polata.
Baaaa-m! - Kopnij piłkę ale żywo!
Pa-pa mam-ma dziemy - To na razie mamo, idę z tą nową koleżanką na spacer.

I poszły.

(...)
Dziś dzień wyjątkowy, pod jednym dachem dwie matki, dwie córki, ale tylko trzy osoby.
Jedna z tych matek planuje za cztery i pół roku umrzeć*. Ale życzę jej (niewątpliwie egoistycznie), by świętowała po tej stronie Styksu co najmniej do setnej rocznicy macierzyństwa. 
No to po pierogu!

*Próbuję jej to wybić z głowy, bo zupełnie się nie opłaca.
Wszak ominie ją impreza i uścisk dłoni prezydenta jakiegoś miasta z okazji półwiecza pożycia.
Takich rzeczy nie wypada przegapić. 

A dlaczego...? #2

19.05.2016
Koleżanka z ochronki Grudki nabrała odwagi..... 
(Powidok można sobie powiększyć klikając w obrazek)



Czekam, aż zapyta o kolor butów.



p.s. A o piątaku dla Ady pamiętacie?

Wkładka

1.05.2016
 


A było to tak:
1 maja. Wiejskie obchody wniesienia majowego drzewa (czyt. pięćdziesięciu chłopa w szortach ze skóry stawia do pionu maszt na mulion pięter). Ludowe falbanki, gorsety, orkiestra dęta, kiełbasa z grilla, piwo, precle, każdy coś przynosi. Okazało się, że rodzice dzieci z ochronki dostarczają jadła do bufetu pt. ciasto i kawowa lura. Na ochotnika, rzecz jasna. Mama Grudki! Mama Grudki, Pani się jeszcze nie wpisała na listę piekących! Proszę nadrobić to przeoczenie.

Poniosłam zatem, świecką tradycją, placek z malinami.Kiedy otworzyli bufet, Wiewiór zamówił kawałek mojego, bo wielkim fanem jest. W pewnym momencie zaczyna dłubać w swym kawałku, wyjmuje zeń coś czarnego i pyta mnie co to za tajemnicza wkładka, chyba niedopieczona, bo jakoś dziwnie twarda. Studiujemy uważnie... Blednę, czerwienieję, blednę, mdleję, czerwienieję, odzyskuję głos: Chrabąszcza noga....z odwłokiem! Reszta pancerza tkwiła jeszcze między malinami. To chyba karaluch lub nadzwyczaj wyrośnięty wołek zbożowy... Wiewiór zbladł, potem zzieleniał. Zaczął prychać i pluć na wszystkie strony. Do tej chwili odmawia spożycia czegokolwiek. Mi też słabo. Zwłaszcza, gdy pomyślę, że ten, akurat ten kawałek mógł trafić się burmistrzowi Małej Wsi, który właśnie przede mną brał dwa kawałki malinowego na wynos. Przyznam, trochę mam nerwa, czy nie było ich tam więcej. Zauważyłabym przy mieszaniu, zauważyłabym prawda?!

Chujowa Pani Domu byłaby ze mnie dumna. 

A dlaczego...? #1

18.04.2016
W meandrach żłobkowych korytarzy....



Czekam, aż zbierze odwagę.
I nadal nie wiem, co odpowiedzieć.

Auto Post Signature

Auto Post  Signature