13.04.2014

Złota rybka


Z cyklu "Z kolana": W oceanie czarnych etatowców bywam złotą rybką w czerwonych rajtkach.

Uchylam rąbka: szkicownik nakolanny w fazie silnego szkicu. Kreska pociągiem roztrzęsiona.


W tym tygodniu wyrobiłam 200% normy. Zasmakowałam soboty pracującej.
Wszystko przez Luksemburg!Więcej mi zdradzić nie wolno.
Grunt, że lubię to. Bardzo. Nawet po godzinach.

Tymczasem pakuję bagaż podręczny, biorę Wiewióra pod pachę i lecę!
Na Wyspy Brr. Do Krainy Yam-Yam (patrz na dole).
Będę nosić szkarłatną togę i rzucać doktorską czapką wzwyż.
Oraz dopisywać ostatnie zdania doświadczeń do tego, jakże wiekopomnego, rozdziału mojego życia.
Ufff!

p.s. Fidrygauko, z okazji bliskości, wpaść z zupa cytrynową? Tylko niech Kaczkę wystosuję czarterem.

06.04.2014

Na patyku

Uwaga! Post zawiera celowe lokowanie produktu! Takie produkty mogłabym lokować codziennie.

Trzy sztuki, po jednej na każdą dekadę.
Nowy rok z trzydziestką na karku zaczęliśmy z uśmiechem*

*Uśmiechy zaraźliwe są, bo w całości jadalne. Patent stulecia: Kruche cytrynowe ciastka na patyku. Minus: Szkoda spożywać, tak grzeją serce widokiem. Przybyły z Warszawy od siostry tęczową nitką przyszywanej (fanfary! fanfary!). Pochodzą podobno z maleńkiej cukierenki, gdzie czas nadal gra rock'n'roll a pani Wiesława tańczy do Presley'a. My razem z nią. 

Takie to wszystko słońcem nagrzane, że żal się nie podzielić. Zatem bierzcie, klikajcie, ściągajcie i ćwiczcie mięśnie twarzy. Codziennie. Do siebie zwłaszcza.

Obrazek do wzięcia. Do powiększenia tylko jeden klik.

(...)
Bebe do Wiewióra nad okolicznościowym kieliszkiem malibu z mlekiem:
- Najlepiej byłoby, gdyby potencjalny potomek urodził się nam z końcem marca - dokładnie po środku, między mną a tobą.

(...)
Świętowaliśmy w licznym gronie:


Wiewiór: Can we have a baby elephant, please?
Niektórym przysnęło się w kącie.
(...)
Tymczasem na bawarskim moście zakochanych:
Florian korzysta z życia



30.03.2014

Kriminaliści i Ateiści

Z cyklu "Obrazki z kolana": Koszerny Kotek z Koszalina


Ludzie ludziom

(...)
W fajnej okolicy pracuję. Do dworca głównego pięć minut, do supermarketu dwie, do kina jedną. Przed budynkiem białą limuzyną reklamuje się sąsiadka - najlepszą w powiecie tancerka na stole. Po lewej gimnazjaliści palą w konspiracji za garażem, po prawej podchmieleni rodacy, którym sen o dobrobycie Zachodu "kur... mać" nie wypadł najlepiej. W czwartkowy wieczór ruch na głównej zablokowało dwadzieścia policyjnych vanów. Koguty, kamery, aparaty, krótkofalówki, gwizdki. Z biura eskortował mnie policjant w kominiarce i kuloodpornej kamizelce. Nieprofesjonalnie uwierzył mi na słowo, że nie uciekam oto z miejsca zbrodni. Gdy po drugiej stronie ulicy puścił moje ramię, ja puściłam się biegiem w stronę dworca. Pogoni za mną nie urządzono. A szkoda, gotowa byłam rzucić się filmowym slow motion w szparę zamykających się drzwi pociągu. Bywalców Cafe Andaluz przeszukiwano na ulicy podobno do późnej nocy. Kogoś aresztowano, większości jednak nie. Cafe Andaluz zamknięto do odwołania. W piątkowy wieczór większość urządziła lokal zastępczy na chodniku przed.

(...)

Dwa tygodnie temu, celem uniknięcia przymusowego opodatkowania*, kupiłam bilet do piekła.
Za jedyne 31 Euro. To chyba za czarnego kruka wysyłanego do Watykanu z uprzejmą prośbą o pozytywne rozpatrzenie prośby o ekskomunikę. Pani w urzędzie, z fantazyjnym szalem od czapy i plakatem pingwinów w podróży na ścianie, bez mrugnięcia okiem wydrukowała formularz, przystawiła pieczątkę, pobrała należność.Tymczasem w Warszawie od wczoraj trwają Dni Ateistów. Katolicy zapowiedzieli obecność celem modlitwy o nawrócenie bezbożników.

 * Mieszkańcy Teutonii dają na tacę w podatkach, 9% przychodowego na wspólnotę, do której przyznali się** przy meldunku.

**No chyba, że jest się Wiewiórem i pytanie o wyznanie religijne, naznaczone irlandzką przeszłością historyczną, uważa się za atak na godność osobistą i zagrożenie życia. Całe szczęście, Wiewiór nie potrafił wtedy wzburzyć się na władzę w jej języku i zamiast rękoczynu wybrał focha i odburkną "żadne".

(...)
To pisałam ja
- Wasza kobieta pracująca, Kwiatkowska

23.03.2014

Etatowa exhibicjonistka


Autoportrecik z kolana pt. "Codzienna Wiosna Ludów".

"Ja pracuję w biurze projektowym. Bardzo fajna praca. Cicha, spokojna, umysłowa. Bardzo mi odpowiada.(...) Mam dużo wolnego czasu. Dużo czytam w wolnych chwilach. Chodzę do teatru. Często chodzę do teatru. Dostanę samodzielne mieszkanie. Kupię sobie telewizor kolorowy, pralkę, lodówkę. A na wiosnę to kupię sobie motor. Gazelę sobie kupię. Gazela to fajny motor." Inżynier, "Dziewczyny do wzięcia"

W przeciwieńswtie do Inżyniera, czasu ubyło drastycznie, na wszystko. Marne resztki zasobów "wolnych" pochłania życiowa logistyka. Piszę i rysuję w pociągu, na kolanie. Biletem miesięcznym dołączyłam do taboru dojeżdżających. Cyganeria na etacie. Süddeutsche Zeitung, czarne płaszcze, kawa w termicznych kubkach, szelest kartek. Atmosfera egzaminów wstępnych.

Od tygodnia, choć mam wrażenie że dłużej, jestem profesjonalną exhibicjonistką - grafikiem przestrzeni, dekoratorem muzeów. Tak jak chciałam. Wprawek i okresów próbnych nie przewidziano. Za to głęboką wodę w wielkim formacie, jak najbardziej. Hiperwentyluję się w torebkę i skupiam na najważniejszym. Czy wypada już włożyć czerwone rajtki do żółtej spódnicy? Czy poczekać jeszcze tydzień, by na mój widok architektom kawa nie poszła nosem?

Dostałam z przydziału biurko dla szczypiorów w firmie. To w przejściu i bez telefonu, co akurat niesie ulgę, bo skraca do minimum ekspozycję moich braków w teutońskiej deklinacji. Jest słonecznie, przestrzennie, estetycznie i cicho. Nie ma radia. Słychać jak konstruktorzy w krochmalonych kołnierzykach skupiają kreatywne mięśnie na mózgach.

Pierwszy tydzień spędzam na ratowaniu planu czasowego, delegacji niemal zagranicznej i archeologii archiwum poprzednika, którego ewidentnie inspirowały internety. Pierwszego dnia wyrabiam pierwsze nadgodziny i ból głowy z odwodnienia. Nad moim biurkiem bowiem, zamiast lampy, zakrzywia się czasoprzestrzeń. Ósmą i szesnastą dzieli zaledwie pięć minut. To dobry znak, prawda?

Tuż przed pierwszą zmianą na skrawku papieru napisałam:
"Wiewiór mówi, że będę świetna.
Kaczka mówi, że będę świetna.
Rodzina pisze, że będę świetna.
Chciałabym im wierzyć".

20 marca rano popatrzyłam w horyzont.
Krystaliczny widok na szczyty w słońcu.
Lubię to, co robię. Bardzo mi to odpowiada.
Wierzyć nie muszę.

Na wiosnę, zamiast motoru, kupię sobie mikser i zmywarkę.
Zmywarka to fajna sprawa - wzdycha Wiewiór nad stertą talerzy o 6:37 rano.



17.03.2014

Kaczka-lans

W ramach urlopu przed debiutem w kieracie pojechałam na wakacje do Kaczki.
A u niej same lajfy i style. Pierwszych dostarczają potomki.

Baby-sister zaczyna wyglądać jak ktoś. Bezzębnym uśmiechem łagodzi od ręki konflikty zbrojne, a gestem kosmonauty w nieważkości zbiera pokojowe Noble z najbliższej dekady. Palce pianistki ma po matce, której wielkodusznie zasposnorowała quality time u dentysty zabierając ciotkę Bebe na tete-a-tete po dzielni. Póki ciotka posłusznie pchała karocę nie trzeba było na nią krzyczeć.

Dynia nauczyła ciotkę Bebe kaligrafować polski alfabet na znikopisie, wykorzystywać dramaturgię uczuć do ogrywania współlokatorów w loteryjkę, rozwiązywać labirynty na skróty, rozsmarowywać śmietanę w fale Dunaju na lokalnej odmianie pizzy oraz uświadomiła, że zęby ludziom wypadają, by zrobić miejsce dla kolejnych very big ones. Zaprosiła  nas uroczyście na obchody urodzin, po czym wyrwała inwitację z rąk na wieść, że nie zostaję w odwiedzinach na zawsze.

Potwierdzam: W kaczkowej części Teutonii oszukują, naciągają, kręcą, szachrują, wpuszczają w bambuko i maliny! Chwila nieuwagi, a już zapomną człowiekowi dosypać lansiarskich owocowych kulek do napojów herbacianych z fosforyzującą słomką. Na paragonie wybiją też inną cenę unikając tym samym reklamacji. Skandal w słoneczny dzień!

Lajfstajlowy lans na Hauptstrasse uwieczniłyśmy for you w fotoreli:

Lansujemy się z Biswkitem, rzecz jasna!
Limitowana seria "I ty możesz być Minotaurem" z dedykacją i na zamówienie Dyni powstała gdzieś między Ulm a Stuttgartem.

'Tylko sfotografuj tego precla, żeby wyglądał na większego niż w rzeczywistości" - Kaczka.

Biswkit rządzi.

Truskawki na balkonie.

Na straganie "tylko regionalne produkty" - czosnek z Argentyny.

Dynia przodowniczka stada.

Z obserwacji dziennych Kaczki wynika, że porusza się w internetach w licznych wcieleniach. Tu wyskoczy jako Faszjonelka, tam jako Kasia T. Kaczka w odwecie twierdzi, że jestem ekspresową blogerką kulinarną*, która rozpuści każdego męża i zawyży standardy życia rodziny. Tu gospodynie domowe spluwają przez ramię, tudzież wręczają mi niemowlęta częstujące hojnie serwatką. Nic nam z tych rozważań nowego nie wynikło. Apoteoza nihilnovizmu: Piszmy, rysujmy - róbmy swoje.

Oświadczam przy okazji, że pobytem u Kaczki zasłużyłam się na rzecz kultury i literackiej przyszłości języka ojczystego. Rzuciłam Kaczce temat, przyczynek do improwizacji. Kaczka rękawiczkę podniosła celem słowotwórczych aspiracji. Teraz należy już tylko podlewać, trzymać w słońcu, siedzieć w kucki i nie spuszczać z oczu. Amen-t! 

*ilustrowany przepis na szybką a efektowną zupę cytrynową niebawem.

11.03.2014

Ahoj przygodo!


I ty możesz mieć beberazek! Ba! Nawet cztery w przystępnej cenie za jedyne 5,20zł. Otóż bowiem jeszcze przez cztery dni w kioskach, empikach i prasowych straganach do nabycia nowy, nieśmigany numer Świerszczyka z tekstem Magdy Kiełbowicz o kulturowych cudach i cudakach (reklama reklama! Słowotwórstwo śmietankowe! Kapitan statku jest, piraci i latające ryby!) i moją radosną twórczością w kredkach i origami. Mały spoiler:

Ten skraweczek rozkładówki mógłby być przyczynkiem do pracy pt. "Motywy autobiograficzne w ilustracji": Kasztany i wino, oui, oui, z czasów Czarnoleskich,  gołąbek made by Wiewiór zaś pochyla się nad motywem przewodnim życia naszej bawarskiej wsi.

----
Kolejna szansa na beberazki w domowym zaciszu już w maju! (Bardzo to lubię, wiecie?)
Te będą wyjątkowe, bo tworzone w malignie podsycanej paracetamolem. Gdyż, tuż przed terminem oddania, przeszedł przeze mnie batalion 303 świeżych kadetów streptokoków. Jeszcze rzężę.

----
Teraz, usiądźcie, jeśli już tego nie robicie.
Zadzwonili bowiem (ci). To jest ta chwila, gdy świat się kończy i zaczyna.
W ciągu minuty i trzydziestu ośmiu sekund z bezrobotnego teoretyka przeistoczyłam się w praktyka na pełnym etacie. Zawód: Exhibicjonistka. Muzea teutońskie strzeżcie się!

Cała reszta jest do bólu przeciętna. Pracę zaczynam, jak każdą dietę, od poniedziałku. Zgubiona w rzeszy innych Bawarczyków będę jeździć z zaspanych przedmieść do epicentrum zdarzeń. Życie poszerzy mi się o nowe doznania: bilet miesięczny, biurowiec, wolne wieczory, weekendy i wydzielone dni urlopowe.

Zmiany są zawsze słodko-kwaśne.

Drżę. Oglądam siebie w jarzeniowym świetle, co odkrywa wszystkie niedociągnięcia, sukcesy, umiejętności i ich brak. Balansuję między antonimami podejść: egzamin - wyzwanie; pomyłka - lekcja; nieznane - intrygujące. Pewne jest, że z nowym urosnę, odłożę w talii kilka centymetrów doświadczeń, nauczę się więcej widzieć.

Łączę się z wewnętrzną prymuską, pierwszoklasistką, co 31 sierpnia w ekscytacji temperowała wszystkie chińskie kredki sztuk siedemdziesiąt dwie, przepakowywała co pięć minut tornister i poszła spać o 19:30, chociaż i tak zasnąć nie mogła. Jak dobrze, że teraz nie muszę zakładać fartuszka i że wolno mi błysnąć turkusową nogą w różowe kropki.

Niepokoi jedno: Czas na kredki drastycznie się skurczy. Co paradoksalnie, podobno, może przyspieszyć kreatywne obroty. W razie posuchy, złożę wniosek do kolei teutońskich o przedział na sztalugi i stół kreślarski.

-----
Menu na jutro:
Śniadanie: Wiewiór
Lunch: Kaczka, dużo Kaczki!
Podwieczorek: Biskwit
Obiado-kolacja: Dynia, Dynia i jeszcze raz Dynia
Napoje z balkonu dostarcza Norweski.

04.03.2014

Po kokardy



Czasem nie wiem, czy iść w ten las.


W piątek, zwłaszcza w piątek oddania, cała budowa oddycha przeponą. Nawet elektryk, któremu mina sczezła na wieść o moim konkubencie, gwizdał radośnie na fajrant! Robolskim zwyczajem polało się piwo. Wychyliłam jedno i zasnęłam snem sprawiedliwego na dni i nocy kilka. Praktyki tym samym zakończone: profesjonalnie namaszczam olejem każdą powierzchnię płaską. Wracam na łono kredek.

W między czasie z czwartku popołudnie na czwartek wieczór przywdziałam zgrzebną sukmanę, doczyściłam paznokcie proszkiem do mycia  kuchenek i pojechałam do Wielkiego Miasta Wojewódzkiego celem rozmowy o pracę. Zupełnie z innego świata. Pachniało tam wykrochmaloną koszulą białą, kawą na wynos, pociągami podmiejskimi, tuszem kreślarskim, nadgodzinami w szczytnym celu niesienia kaganka tłumom. Przez godzinie potencjalny szef ze srebrną grzywą i cudownie prostą złotą obrączką na palcu, sprzedawał mi swe praktyki exhibicjonistyczne w połyskującej blichtrem prezentacji na tablecie. A ja, cała we fraktalach i turkusem na nodze, przytakiwałam grzecznie i odpowiadałam zwięźle na wszystkie pytania, których było, jak zwykle, mało.

Mieli zadzwonić wczoraj.
Do dziś chodzę z telefonem do toalety.
Milczenie nie zawsze jest złotem.

Buduję sobie tratwy z kredek. Zamiatam pod dywan koty wątpliwości.
Im dalej w las, tym krystalicznej jasności mniej. Im więcej talentów, tym trudniej się rozkraczyć.
Szaleństwem jest bowiem nie podążać swoją ścieżką. Jeszcze większym tej ścieżki się bać.

Na deser kij w osobiste mrowisko:
Jeśli się czegoś naprawdę chce, robi się to bez względu na okoliczności. 
Jeśli zaś się tego nie robi, to się tego tak naprawdę nie chce. 
Czy to jest aż tak proste? 
Bo, że bolesne - czuję na własnej skórze.