12.09.2014

A ziemia toczy swój garb...


[04-08.09]

Ku zdziwieniu wszystkich dotkniętych klęską urodzaju aka Potomek, życie toczy się dalej.
Ba! Ma się, o zgrozo, świetnie.

Zatem.

---

 Idzie jesień - dobry czas na dzierganie

 ---

Kolej teutońska przeprowadza renowacje. Co kilka dni zamyka dowolne odcinki i stacje licząc, że społeczność zbiorowo przesiądzie się w napęd cztery na cztery. Ci bez wyrobów Bayerische Motoren Werke w garażu (m.in.[nielicznymi] my) muszą radzić sobie sami (czyt.odkurzyć riksze/łodzie podwodne/zeppeliny/latające dywany/teleportery/świstokliki). I tak od dwóch miesięcy, bo sezon ogórkowy budowlańców przypada dopiero w listopadzie.  Tym razem padło na nitkę ku Wsi Dużej, czemu zawdzięczam urlop niemal-przymusowy z widokiem na znaczną redukcję nadgodzin.

Uciekliśmy od codzienności na rzecz górskich szczytów.
Zatankować słońce*, obkupić się na targu w świeże warzywo prosto od chłopa i najeść buraków*, zbudować z Lego monster truck, odkryć wioskę krasnali ogrodowych w samym sercu Czarnego Lasu, spożyć alzacką pizzę z widokiem na mgły, obejrzeć wszystkie sezony Sherlocka po teutońsku (dubbing mu nie służy), podglądać sekretne życie żab podgryzając chiński czosnek (Trzylatek) i sernik z makiem (reszta towarzystwa).

* Bawaria od lipca deszczem stoi. Deszczaki, kalosze, rajtki, kakao, melancholijne blade twarze.
 Albo to déjà vu albo mnie ktoś znowu przeflancował na Wyspy Brr. Chcę się już obudzić.

**Produkt w Dużej Wsi deficytowy! Podejrzewałam Bawarczyków o miłość do karminowej bulwy, póki społeczeństwo przy kasie w supermarkecie nie zainteresowało się żywo, co to za dziwne ziemniaki właśnie kupuję. Nota bene: jedyne dostępne. 

---

Poniosłam sromotną klęskę w misji zakupu lektury dla Trzylatka. Lektury spełniającej wymogi rodzicieli rzeczonego, czyli pozycji:
nowej (czyt. liczącej stażem rynkowym nie więcej niż 7 lat),
do wieczornych odczytów na poziomie odbiorcy,
nie wzmacniającej stereotypów zwłaszcza genderowych;
nie poruszającej tematów problemowych, a tym samym nie wzbudzającej w młodym czytelniku poczucia, że coś problemem być może (coś = choroba, płeć, pochodzenie, otyłość, samotność, ciemność, kyno-, kseno-, i-inne-fobie itp. itd.),
nie trącącej moralizującym smrodkiem,
bez bohaterskiego głównego bohatera,
z logiczną narracją i pozytywną puentą,
po teutońsku.

Dodajmy do tego jedyny wymóg à la Bebe: estetycznie znośnej - i zadanie awykonalne gotowe!

Jeśli czytelnicy znają przypadkiem knigi ratujące mój honor, proszę pilnie o kontakt.


---

Atrakcje w drodze powrotnej sponsorowało widzenie peryferyjne. Niech je szlag!
Enigmatyczny współpasażer w różowym t-shircie w rzędzie po prawej przez bite pięć godzin konsumował paznokcie obu kończyn górnych. Cud, że u celu mógł jeszcze obsłużyć smartfona.

30.08.2014

O Bebe, która połknęła słonia

- Proszę cię, narysuj mi Potomka - poprosił Wiewiór.
- Co takiego?
- Narysuj mi Potomka.
Pomimo niedorzeczności sytuacji wyciągnęłam z kieszeni szkicownik i ołówek. Narysowałam Potomka.



Wiewiór przyjrzał mu się uważnie i rzekł:
- Nie, ten Potomek jest zbyt podobny do mnie. Zrób innego.
Narysowałam.



Wiewiór uśmiechnął się z pobłażaniem:
- Nie! Ten wygląda zupełnie jak Ty! Chcę Potomka, który będzie nasz wspólny.
Tracąc cierpliwość nabazgrałam ten rysunek i powiedziałam:
- To jestem ja. Potomek, którego chciałeś mieć, jest w środku.

 

Ku mojemu zdziwieniu, Wiewiór krzyknął radośnie:
- To jest właśnie to, czego chciałem. Czy myślisz, że trzeba dużo kotletów dla takiego Potomka?
- Dlaczego pytasz?
- Bo nie zrobiłem jeszcze zakupów....
- Jeden mu na pewno wystarczy. To jest jeszcze bardzo mały Potomek.
Pochylił się nad rysunkiem:
- Nie znowu taki mały. Zobacz, zasnął.

Tak wyglądał początek naszej znajomości z Potomkiem.

24.08.2014

Daj Włos!


Bo jeśli ciąć, to z rozmachem!
W epicentrum zdarzeń: przed, po i w trakcie (fot. Fryzjerstwo PJ)

Była wiosna. Zadumawszy się widokiem Rapunzel we własnym lustrze, usłyszałam głos rozsądku: Idź, zetnij i rozdaj potrzebującym! Poczekałam jeszcze trzy miesiące, wyhodowałam firanę nad czołem i perski dywan na plecach. Poleciałam do ojczyzny i czynu dokonałam: Proszę Państwa, oddałam włos!

Ćwierć metra szczeciny poszło na darmowe peruki dla podopiecznych Fundacji Rak'n'Roll. Bez żalu. Niech i oni łapią wiatr we włosy!

Cały salon przychodził pogmerać mi w egzotycznie gęstym zaroście odziedziczonym po tatusiu. Podobno pobiłam statystyczne normy, zwłaszcza dwoma warkoczami, które uparcie nie chciały poddać się amputacji.

Polecam! Stan nieważkości cielesno-umysłowej gwarantowany!
Oraz wyczute pół kilo na wagowym minusie i tona w departamencie melancholii.

Metamorfozy w ramach akcji "Daj Włos!" dokonała Miszcz Nożyczek - p.Jola z Fryzjerstwo PJ w Warszawie. Dzięki! Do ostatnich nożyczek świata i o jeden dzień dłużej!

22.08.2014

Teraz Polska!

O Polsko, mlekiem (zsiadłym) i jagodziankami płynąca!
Kartaczami i pierogami stojąca!
Ogórkiem małosolnym i prawdziwym pomidorem pachnąca!
Sokiem malinowym przez palcy cieknąca!
Do siego roku!

Tu się łza w oku zakręca, jak karuzela na odpuście. Syndrom emigranta będzie mi stał w gardle jeszcze przez następne trzy dni. Póki się kiszone w lodówce nie skończą....

[...]
Ojczyzna zagłębiem mody. Nakupilim z metra kuponu w łowickie róże, który jako spódnica-bombka ozdabia me zaokrąglone polskością biodra*. Do tego tenisówki od Chińczyka z Marywilskiej ("Nie cidzieści! Cidzieści pińć pani, nowa kolekcja!") oraz Wiewiór w nowych outfitach i tęczą na stopie - i jazda na wesele, heej!

* pół tuzina jajek na swojskiej kiełbasie serwowanych w jajecznicy przez Wiewióra, co rano. Jajecznicy tak żółtej, że brakowało mi do niej kredki! Teutońskie eko-sreko załatwiam przecie beżową....

[...]
Pobiesiadowaliśmy sobie! Na pierwszy taniec zaserwowano tęczowego swinga w różowych trampkach. Tu dowód (Macham ochoczo do nowożeńców! Elo!):



A potem ruszyło lawiną! Kotlet gonił torty, galareta barszczyk, a ciało śmiało się wyginało. Tylko Wiewiórowi trzeba było tłumaczyć, dlaczego cała sala wciąż krzyczy, że jest gorzko a Panna Młoda wspina się na stół. W tych urokliwych okolicznościach przyrody, po raz pierwszy i proroczo być może ostatni - złapałam welon. Dwa dni wcześniej odebraliśmy bowiem obrączki od znajomego jubilera...ekhem. Od stołu odeszliśmy ostatni wraz z zapasem pieczonego kurczaka na wynos, który przeistoczył się w myśl przewodnią dni kolejnych: "No to po kurczaku!". I tak od niedzieli do czwartku włącznie. Krzywdy nie ma!

[...]
Wiewiór przekonał się, że pochodzę nie tylko z rodziny hobbitów**, ale i czarownic. Wiedźmy wyszły wiosną o północy do lasu, nazrywały zielonego, nabrzmiałego, pachnącego sosną. Włożyły do garnka, zalały spirytusem od serca, dodały jeden wąs rudego kota, trzy muchy robaczywki i wiadro cukru. Zamieszały chochlą na dużym ogniu. Przelały do butelek i raczyły Wiewióra kielichem ulepy na każde wspomnienie zdrowotnego niedomagania. Gdyby nie złocistość trunku, podejrzewałabym je o czarną polewkę. Na drogę, oprócz ulepy, dostaliśmy też miodu z mleczy, smalcu z mniszka i orzechówki "na środki"***.


**niski wzrost (rodziny, nie mój), ogrodnictwo stosowane, trzy śniadania oraz nałogowe kolekcjonerstwo szkła, bo: konfitury z cukinii, pesto z pietruszki, marynaty z chili, śliwki z czekoladą, ogórki na 1001 sposobów, aroniówki, orzechówki, grzybki, "czatneje", pasty, kremy, zasmażane jabłka bez cukru i maliny z chruśniaka. 

***środki ludzkie, czyli żołądki

[...]
Ostatniego dnia, na schodku siedząc, obserwując jaskółki na wielkim mazowieckim niebie wysnuł się z kłębka myśli jeden wniosek: Życie bez kredek jest głupie! Wracam.

c.d. nastąpi w niedzielę!
A kto wie (o szczegółach nie opisanych) i się wygada,
ten niech połknie gada!

27.07.2014

Zmiany scenografii

 


Choć trochę jeszcze nieobecna. Wracam.
Wracam do żywych i drugą nogą. Uff!
I żyję już, żyję! ...myślą o urlopie.
Jeszcze cztery spania, w tym jedno krótkie.

Tymczasem kolejne Muzeum otworzone. Tym razem wśród nawiedzonych naukowców i odgrzewaczy prehistorii. Wenus z wielkim cycem, dziecięce czaszki w paszczy leoparda, rytualne polowania na bizony. Kto żądny atrakcji nich rusza nad Ren! Zdjęć nie posiadam, bo na otwarcie mnie nie zabrali. Świnie. Podobno ktoś musi pracować na kolejne otwarcie.... Jak tak dalej pójdzie, to mi pójdzie kawa nosem. Z przepracowania #jak żyć?

W ramach nabierania oddechu, zmieniliśmy na chwilę scenografie.
Zbieram obrazy pod powieką, wekuję na później.

Z jasnych świateł Miasta Stołecznego Bawarii, z białych koszu i równie białych aut lokalnej produkcji, z zaciśniętych pośladków i krawatów pod samą szyją, ze skróconego oddechu i powietrza pachnącego biznesem i papierosami... na Czarny Las, znajomy jak znoszone kapcie. Zaszumiało zielenią, górską ścieżką, bliskością nieba, malinami prosto z krzaka. W przeciwieństwie do Miasta Stołecznego Bawarii, niedzielny poranek  w Czarnym Lesie nie trąci nieboszczykiem. Na ulicach rodzice z potomkami w nosidłach, wagonikach, na rowerach i hulajnogach, niespiesznie w drodze do piekarni po croissanty i precle. Idę między ubranymi w bluszcze kamienicami z Fin de sièclu, pod pachą dzierżę tutejszą bagietkę z pełnego przemiału. I wiem. Wiem, że czeka na mnie Wiewiór z gotowanym jajkiem, że Ex-Współlokatorzy kroją pomidory z własnej pasieki, że Małe F. kręci najlepszą pastę awokado z czosnkiem. Oddycham przeponą. Nareszcie.

(...)
Naiwnie myśleliśmy, że będziemy jedynymi pasażerami autobusu powrotnego. Czas podróży: Mecz Teutonia-Argentyna. Niestety, nie cała Teutonia zjednoczyła się w patriotycznym zrywie przed teleodbiornikami. Ale cała Teutonia chciała ten mecz śledzić. Jednogłośną decyzją (nie ośmieliliśmy się protestować) w Ravensburgu pogłośniono radio. Lepiej przygotowani włączyli wizję na tabletach i laptopach (Niech Deutsche Bahn będą dzięki za darmowe WiFi). Polało się wino, piwo, rozsypały orzeszki i inne suche prowianty. Szyby parowały przy każdej akcji Argentyńczyków. Okazuje się, że jaki naród, taki piłkarski komentator. Spiętym Pośladkom daleko do takiego Szpakowskiego...
"W drugiej połowie prawdopodobnie wejdzie na boisku dwóch piłkarzy, którzy do tej pory grali na ławce rezerwowych",
"Włodek Smolarek krąży jak elektron wokół jądra Zbyszka Bońka",
"Żurawski biegnie z piłką, a nie, to nie Żurawski, a jednak to on!""Nikt nie stoi, nikt nie stoi, wszyscy wstali"

 .....W Mieście Stołecznym wszystkie stacje kolejowe zsynchronizowane z Ameryką Południową pokazywały ten sam, niezadowalający wynik:



Dopiero w Małej Wsi usłyszeliśmy TEN ryk. Wymalowani na trójkolorowo mieszkańcy (nieliczni), jak nigdy w niedzielny wieczór, wyszli na ulice, by uśmiechać się (żeby nie było: z dystansem) do kierowców trąbiących triumfy.
Od teraz każdy Teutończyk mówi o sobie:
"WIR sind Weltmeister" ("Jesteśmy Mistrzami Świata" )*

* Po wyborze Ratzingera na papieża mówili:
"Wir sind Papst" ("Jesteśmy papieżem").
Ot Teutońska miłość do jednoczenia się pod jedną ideologią.

05.07.2014

Muzeum Lasu

 No już, już. Niech się Naród sp. z o.o. nerwowo nie poci*.
Wracam do żywych, chociaż jedną nogą.

Tydzień temu zadebiutowałam nowym bawarskim muzeum, które otworzyliśmy wespół z architektami na teutońsko-czeskiej granicy. Uff!

Otwarcie poprzedził miesiąc chaosu, kartek na sen, amnezji w żywieniu, przedawkowania komputerowego UV, spoconych od telefonatów uszu, cholerycznych wybuchów figur tragi-komicznych, stanów głębokiej medytacji w ciszach przed oraz burz i wyładowań atmosferycznych.

W noc przed tapetowałam ściany ostatnim tysiącem tabliczek z opisami unikalnych eksponatów, których w Bawarii na pęczki. Ostatni pociąg odjechał, wybiła północ, a szef zaczarowany w szofera o 2:30 w nocy zaparkował automatyczną karocę pod moim domem ("Bebe, na Boga, gdzie TY mieszkasz?!"). Następnego poranka, zamiast pierwszego autobusu do Wielkiego Miasta (rower nocował we Wsi Większej) złapałam macedońskiego murarza, który wyścielił był swą furmankę białym t-shirtem i zawiózł mnie pod samą stację kolejową z nadzieją kawy/wspólnych wakacji w Montenegro/rychłego małżeństwa**.


Czerwona wstęga, tępe nożyczki, przemowy bez końca (chrapałam po cichu), telewizja, radio, gazety, regionalna sława, wielki świat kuchenny blat. Zjechały się rady wiejsko-miejskie z dwóch krajów, święci, błogosławieni, prawie-olimpijczycy i niemal-minister (czytaj: wice-wice-wice zastępca zastępcy), czyli wszyscy, którzy w pocie czoła pracowali na TEN sukces.

Otworzyliśmy! Ave! Ave!

Zaszyłam się z kotletem i napojami w najdalszym kącie ogrodu i obserwowałam z wysokości ławki, jak prominenci w skórzanych portkach spijają śmietankę. Świeciło słońce, ptaki śpiewały, architekci w ekstra-białych koszulach kopcili szlugi. Wdech i wydech.

Wydech trwał kolejne cztery dni, które spędziłam w pozycji horyzontalnej w stanie raczej nieprzytomnym.
Wiewiór się nie dziwi***, wszak nadgodzin mam już tyle, że mogłabym wziąć wolne do jesieni.  
W po-projektową dziurę nie wpadnę, wszak Bawaria kulturą stoi.
Kolejne otwarcie już w październiku. 

A (w) Muzeum Lasu wygląda(m) mniej więcej tak
(oczywiście zapomniałam wziąć aparat, stąd oszczędność migawek):




* Przyznam, że mnie niecierpliwość narodu dogłębnie wzruszyła. Jednak :*
** Niepotrzebne skreślić, czyli nie skreślać nic.
*** I niech mu będzie zapisane: nie robi awantur i bez szemrania gotuje obiad o 22:30.


08.06.2014

Dziegciem

Czy też macie wrażenie, że przy 30 stopniach zaczyna Wam brakować mózgu
a jedyną operacją umysłową jest marzenie o morzu, cieniu, wietrze?
 
Konfitury ze szczęścia nie doczekały zimy ani pierwszej jesiennej mżawki. Otworzyliśmy je dwa tygodnie temu. Łyżkami do zupy, nieelegancko osładzamy sobie życie, które szef Wiewióra podsypał hojnie dziegciem. Miał być koniec z szarpaniem, gładka prosta droga, nawet ślepa uliczka z ławką przed domem i zmywarką w kuchni. Normalne życie, jak u innych normalnych ludzi. Ale nie. Nie taka nasza karma. Jesteśmy najwyraźniej z rodów nomadycznych. Wiatr z północy wieje. Czas gasić ognisko, zostawić ciepłe posłanie i ruszyć w długą. Pieszo. Od lipca Wiewiór zostanie pełno etatową wiewiórką domową, taką co żongluje, uczy się polskiego* i żadnej pralki się nie boi. Bebe zaś będzie polować na zwierzynę i bułki z serem. Całe szczęście znamy już tą ścieżkę. Po drodze zawsze mija się kolejne drzwi i okna. Zawsze. 

Ahoj przygodo!

* Płyta "Polski dla początkujących" - nota bene tylko tych, co znają angielski, wybrany jako język wykładowy - pozostawia wiele do życzenia. Podejrzewam, że przy tworzeniu programu nie udzielał się żaden psycholog ani specjalista od motywacji w nauce. Pierwsze słowa do wymowy i przeliterowania:
Nazwisko, podkreślnik (? - to naprawdę słowo?), szwedzki, nauczyciel. Ani słowa o kotach, ulu i Ali, co ma Asa. Za to tysiąc sposobów  na inwigilację personaliów, w formie potocznej i formalnej. Może grupą docelową kursu są ambasadorzy i urzędnicy z immunitetem? Powinni mi płacić za erraty i konsultacje dla skonfundowanego ucznia, który torturuje mnie pytaniami:
- Ile macie jeszcze słów na "and"?! Znam już trzy: "i", "a", "oraz". Kiedy mówi się "Bebe a Wiewiór"?
- Dlaczego "rodzeństwo" czyta się inaczej niż "rodzina". Przecież to to samo "dz"?!
- W tej samej lekcji przetłumaczono "nice" raz jako "miły" i raz jako "sympatyczny" - to które jest prawidłowe?
- Pokaż, gdzie masz język, gdy mówisz "ź"?

Nowe trudne słowa: "uczciwy", "mężczyzna", "wszyscy".

Po każdej lekcji kłamię Wiewiórowi w żywe niebieskie oczy:
- Im dalej, będzie łatwiej, zobaczysz.