Image Slider

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grudka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grudka. Pokaż wszystkie posty

Okruszki #7: Rysować jak Grudka

17.05.2019
Rysować jak Grudka....



Tu akurat kartka na imieniny Eweliny. Ewelinę znacie z Robótki.
Grudka zaś zna Ewelę pod hasłem "Ta co nie ma mamusi i tatusia".
Tak sobie Grudka wzięła ten fakt do serca, że regularnie domaga się utrzymywania żywej korespondencji obrazkowej z Niegowem i dostarczania listów i paczuszek z najróżnorodniejszymi bonusami.

Tym razem w kopercie leci nomen omen stado magnetycznych motyli, którymi Ewelina może ozdobić sobie wózek.

p.s. Jeśli też zechcecie wysłać Niegowiakowi kartkę na imieniny, to śmiało! Listę solenizantów znajdziecie na Robótkowym Blogu. W czerwcu akurat będzie wielu Piotrów i Pawłów.

Okruszki #2

12.04.2019
Lubię patrzeć kiedy śpi.
Jest coś dziwnie uspokajającego w śpiących dzieciach.



Wtedy podejrzewaliśmy, że Grudka w poprzednim życiu była kangurem.
Procedura wyglądała następująco:
Girl from Ipanema Franka Sinatry na pełen regulator.
Grudka w ramiona Wiewióra.
Więcej podskoków niż obrotów.
Powieki Grudki robią się ciężkie.
Wiewiórowi omdlewają ręce.
Frank śpiewa nadal na pełnej oktawie.
Grudka produkuje na polikach rumieńce w kolorze waty cukrowej.
Tanecznym krokiem kierujemy się w stronę zaciemnionej sypialni.
Na bezdechu kładziemy ją do łóżka.
Na palcach wycofujemy się w stronę drzwi.
Ściszamy muzykę. Siadamy na sofie.
Bebe: To co teraz robimy?
Wiewiór: Chodź pójdziemy popatrzeć jak śpi. 

Teraz.
Zostawiam na chwilę Grudkę samą w pokoju. Przy stoliku, z językiem na brodzie - niewątpliwie córka Wiewióra - wycina w pełnym skupieniu zające z papieru. Wracam po minucie, a Grudka na leży na dywanie. Śpi. Bez poduszki. Bez koca. Po prostu. Choćbym opróżniała piętnasty raz zmywarkę, przesuwała meble, za oknem stado wróbli na hormonalnym haju śpiewało La Boheme a słońce świeciłoby jej prosto w twarz - będzie spała.

Świeżo upieczeni rodzice - jest nadzieja!

Cztery

4.02.2019
Zaproszenia na imprezę, pt.: "Grudka i Adela na Hefalumpie".

 No i stało się:

Grudka skończyła 4 lata.

Jak na człowieka konkretu przystało, od miesięcy miała już ustaloną listę gości w liczbie dwóch oraz menu.

Tym ostatnim pretendowałam do miana chujowej matki roku. A to wszystko dzięki tubylczym zwyczajom, według których solenizant zapewnia przedpołudniowy wikt dla całej grupy kurdupli, sztuk dwadzieścia i cztery plus NaszPanie. Najlepiej wikt niskocukrowy, nisko tłuszczowy, nisko smakowy, eko-bio i we wszystkich odcieniach witamin.

Grudka zaś zamarzyła sobie ulubione ciasto.
Ciasto z truskawkami.
Przełożone śmietaną i masą jogurtową.
Ciasto z zamrażarki.
Ze wsiowego supermarketu.

Żeby zamaskować poczucie winy, do 5 kartonów gotowca dorzuciłam pudełko własnoręcznie pokrojonych gruszek.

Zwrotów nie było. Na szczęście.

W domu nikt nam już w talerze nie zaglądał. Zatem obfitym strumieniem sypały się chipsy w dwóch rodzajach. Po rękach ciekła czerwona marmolada z pączków. Adela konsumowała precle z masłem jak zawodniczka olimpijska. A mała Marlena wypchała policzki i kieszenie żelkowymi gadami. Grudka zaś wiosłowała łyżką w zupie pomidorowej z ryżem. Dla każdego według potrzeb.

Brak innych dorosłych oznaczał, że mogłyśmy też odpuścić sobie - ku uciesze Grudki - wszelkie tutejsze konwenanse i rytuały około-urodzinowe. Grudka bowiem nie lubi walić drewnianą łyżką w podłogę w poszukiwaniu garnka. Zwłaszcza z oczami przewiązanymi szalikiem. Nie szepcze też dziwnych zdań w cudze uszy udając, że to telefon. A już zupełnie nie rozumie, dlaczego uważa się za wspaniałą zabawę, wyłączanie co chwila muzyki tanecznej. Zwłaszcza kiedy ona próbuje potrójnego toe lupa z saltem. 

W słowiańskiej spontaniczności cała młodzież, przebrana za jednorożce, skakała na trampolinie. I w ogóle bawiła się świetnie. Dopóki solenizantka nie oznajmiła, że koniec imprezy, bo jest już zmęczona.

Materiałów dowodowych nie posiadam, gdyż  na haju z węglowodanów byłam wstanie cieszyć się jedynie chwilą. Na aparat zabrakło już sił.

No i cóż, że środek bawarskiej zimy?
Eleganckim trzeba być!

Święta i Poświęta

30.12.2018
Grudka to człowiek konkretu.

Gdy jej współtowarzysze z ochronki pytani, co napisali w swoich listach do Świętego, odpowiadali:
- Dużo!
- A co na przykład?
- Nie wiem.

Grudka od miesięcy odpowiadała niezmiennie:
- Kcę latać i skakać.

Staramy się być zajebistymi rodzicami przynajmniej od czasu do czasu, więc postanowiliśmy nie zostawiać realizacji tego projektu ślepemu losowi, a tym bardziej ludziom z Laponii. Bo wiadomo, że Ci ostatni mają czasem zupełnie inne wyobrażenia tego, co człowieka uszczęśliwi. I tak zamiast szachów przynoszą skarpetki w renifery (Wiewiór) lub zamiast statku pirackiego - błękitnego miśka z poliestru (Bebe). Do skrzydeł i trampoliny, dokupiliśmy mega puzzle w kształcie smoka, żeby zostać w temacie i wspierać też rozwój duchowy latorośli, która zdecydowanie jest córką swojego ojca. Tak, oni układają już razem kostkę Rubika. Zapakowaliśmy to wszystko odświętnie w papier i poszewkę od kołdry (trampolina) i czekaliśmy na święta.

W międzyczasie odbyliśmy burzliwą, zagrażającą naszemu małżeństwu i pokojowi na świecie rozmowę o tym, kiedy i kto przynosi w naszym domu prezenty. Dotąd w polskie święta (24.12) prezenty wykładaliśmy bez sekretów pod choinkę przez cały dzień i cieszyliśmy się widokiem wypiętrzających się Everestów. W irlandzkie święta (25.12) o poranku pod choinką znajdowaliśmy skarpety pełne podarków od Świętego. Tak było dotąd. Czyli dopóki ochronka nie wtrąciła się  w Grudkowy światopogląd i nie oddała polskich świąt Mikołajowi. Galaktyki się zderzyły, hipernowa faktów oślepiła nawet najbardziej logicznych przedstawicieli homo sapiens. W opowieściach Lapończyk wchodził raz kominem, raz przez balkon. Zostawiał prezenty, wychodził oknem, potem znowu wracał. Próbowaliśmy to wszystko złożyć sprytnie w całość i obwiązać sznurkiem. Nadaremnie.

W końcu poddaliśmy się i popłynęliśmy z falą Grudkowych interpretacji.
Okazało się, że Święty ma fetysz odnóży dolnych. Najpierw szóstego grudnia zostawia prezenty w naszych butach, a 25.12 wkłada podarki do skarpet. W międzyczasie rozsiewa prezenty po całym domu i trzeba ich na własna rękę szukać przez cały dzień wigilijny i układać pod choinką.
Takiej wersji zdarzeń się trzymamy.

Od Wigilii Grudka lata i skacze.
Nam też lata i skacze.
Oko - od samego patrzenia.
I ciśnienie na widok kaskaderskich lądowań.

26.12 o 5:30 rano padło zaś śmiertelnie poważne pytanie:
- Mamuś ma święta, Tata ma święta..... Grudka też ma? Czy dzisiaj są MOJE święta? 

---



Tymczasem dzisiaj w Pinakotece w Monachium,
obok Rubensa i Dürera, można było obejrzeć motyla na łące.


Święta według Grudki

20.12.2018
A już myślałam, że do mety 2018 dobiegnę bez balastu w postaci wirusów i bakterii... O naiwna matko dziecka w wieku przedszkolnym! Nie nauczyłaś się jeszcze, że co dziecko z ochronki przyniesie, odda tobie z wszystkimi bonusami?! Samo oczywiście umywszy od tego ręce.

Zatem od dziesięciu dni porozumiewam się ze światem tylko teatralnym szeptem. Za to w nocy potrafię tak kaszleć, że budzi się ze mną pół dzielnicy.

Podobno na tablicy ogłoszeń w przedszkolu wywiesili ogłoszenie o krótkiej treści: "Grypa żołądkowa". Podobno, bo boję się nawet na nie spojrzeć.

To idę sztachnąć się tymiankiem z solą, a tymczasem.....

-----

Tymczasem....

Na podłodze piłki futbolowe kurzu.
Wiewiór w delegacji.
Grudka pod niewątpliwym natchnieniem świątecznego ducha przejęła kontrolę.

Ozdobiła już stół w salonie naklejkami ze Świnki Peppy. Nie, nie kilkoma. Wykleiła na blacie całą książkę.

Ozdoby choinkowe skumulowała na drzwiach wejściowych, żebyśmy słyszeli, kiedy do domu wtargnie Mikołaj z prezentami.

Upiekła ciasteczka z ciastoliny (w kształcie samolotów), umyła jedną ścianę w łazience (ale piętnaście razy!) i nauczyła się fałszować mój podpis (no i co, że jest to jedynie litera A, a do tego w do góry nogami. Wszak listonosz i tak się nie zorientuje).

Wyprodukowała armię Świętych Mikołajów i portretów Bambi z rodziną na pocztówkach do Niegowa.



Wysłała rodzinie i przyjaciołom królika po świątecznym vlogu. Nie pytajcie..... I obejrzała każdy mulion razy za każdym razem klaszcząc z radości.

Ćwiczy codziennie pompatyczne arie. Wprawdzie nieco eklektyczne o gwiazdach, latarniach Świętego Marcina, kołach autobusu, ogórkach w garniturze i o tym, że la la li li nie będziemy się martwili.... ale zrzucam to na uduchowiony freestyle i słucham z przyjemnością... o ile nie jest akurat 4:30 rano. A na ogół niestety jest.

Ułożyła drogę od przedpokoju do sypialni z muszli i kamieni. Żeby szczęśliwie powrócony ojciec mógł się odnaleźć w ciemnościach.

Zdecydowała się już nawet na menu świąteczne: Jabłka, ogórki i duże lody.

Słowem: Gotowe!
Święta mogą przyjść!

----

Post dedykowany Joannie w Kolorze, która właśnie założyła właśnie bloga "Miejsca Miejsca" z fajowymi zdjęciami o Warszawie i świecie.... i  przypomniała mi dzisiaj, jak fajnie jest po prostu coś stworzyć. Dziękuję.

Na haju z glukozy

10.02.2015
Ultramaryna Wasiuczyńska wyjęła dla nas coś zza pazuchy!

(...)
Mniej więcej co dziesięć minut od dziesięciu dni rozmawiamy jedną kalką:
- Popatrz na nią.
- Słodka jest.
- No. I nasza.

(...)
Perpetua zrehabilitowała się za wszystkie błękity oddechowe świata. Pożyczyła nam samochód. Z własnej inicjatywy. Żeby tygodniowa Gertrudka nie musiała zwiedzać kolei podmiejskiej Miasta Stołecznego Bawarii. Tym samym, wizyta u chirurgów plastycznych (w dzisiejszych czasach człowiek już w tak młodym wieku miewa terminy na trzy miesiące wprzód) minęła nader aspektakularnie, tuż po tym jak uniknęliśmy Minotaura w labiryncie szpitalnych korytarzy. Doktor Wilk rozczulił się nad kostiumem misia, zamyślił nad Grudki obliczem, pogłaskał po policzku, kantem fartucha łzę otarł. Glukoza Grudki jest zaraźliwa, jednak nie tylko dla nas. Bladość cienia na ust koralu zezwala na głęboki oddech. Nawet chwilowe zapomnienie. Trwamy w różowym scenariuszu.

(...)
- Mam nadzieję, że teraz nie masz już obaw, czy jesteś dobrą matką?
- Te obawy dopiero teraz się zaczynają.

(...)
Ma coś z żółwia. Żółw Gustaw zażywał kąpieli słonecznych, wyrzuciwszy ze skorupy wszystkie kończyny i wyciągając długą szyję. Poziomy zaufania wzrastały mu w miarę ładowania baterii. Jedyna chwila, gdy można go było pogłaskać pod obojczykiem.

Ją też, pod hipnozą z pocałunków.

(...)
Śpi. Najchętniej na nas. I przy Meli Koteluk.
Dostawy w Beberazkach, na ten czas, wstrzymane.

(...)
Spodziewałam się armagedonu boleści, przykucia do łóżka, powrotów do zdrowia dramatycznych, jak powrót z wakacji do szkoły. Tymczasem gdyby nie ciepła bułka na moich kolanach, skłonna bym była przypuszczać, że nigdy nie rodziłam. Na wadze zaledwie 2,5kg na plusie, z czego 2,4 to zapewne atomowe kokosy dostarczające Gertrudce nowych wrażeń smakowych. Jeszcze nigdy TE cyfry nie miały tak małego znaczenia.



Auto Post Signature

Auto Post  Signature