Image Slider

Okruszki #8: Krótki spis treści życia

24.05.2019
Tak sobie czasem siedzimy na łące i cytujemy literaturę piękną....

 Wiewiór w delegacji: od tygodnia klęczy na podłodze zamku i pędzelkiem zerówką retuszuje barokowe intarsje.

Bebe w kolizji z rzeczywistością samotnej matki pracującej: mimo to cieszy się słońcem jak dziecko sąsiadów lizakiem; odmraża zupy z mlekiem kokosowym, jeździ po autostradach 150 km/h (ale parkowanie musi jeszcze poćwiczyć - twierdzi nauczyciel jazdy), nauczyła się 96% pytań na egzamin teoretyczny i ma nowe okulary. Wygląda jak Harry Potter, ale podobno okrągłe oprawki wracają. Zatem znowu, całkiem przypadkiem, jest trendsetterką.

Grudka, zainspirowana balkonowym ogrodem cioci z Berlina, zażyczyła sobie taką samą długą doniczkę na naszym balkonie. Dzisiaj zaczęły wschodzić pierwsze kwiaty. Zanim wyszła do przedszkola, Grudka pochyliła się nad czterema zielonymi mikro-listkami, pogładziła je delikatnie, pożegnała się i pocałowała każdy bardzo ostrożnie. Może będzie to mały ogród, ale pełen miłości.

Okruszki #7: Rysować jak Grudka

17.05.2019
Rysować jak Grudka....



Tu akurat kartka na imieniny Eweliny. Ewelinę znacie z Robótki.
Grudka zaś zna Ewelę pod hasłem "Ta co nie ma mamusi i tatusia".
Tak sobie Grudka wzięła ten fakt do serca, że regularnie domaga się utrzymywania żywej korespondencji obrazkowej z Niegowem i dostarczania listów i paczuszek z najróżnorodniejszymi bonusami.

Tym razem w kopercie leci nomen omen stado magnetycznych motyli, którymi Ewelina może ozdobić sobie wózek.

p.s. Jeśli też zechcecie wysłać Niegowiakowi kartkę na imieniny, to śmiało! Listę solenizantów znajdziecie na Robótkowym Blogu. W czerwcu akurat będzie wielu Piotrów i Pawłów.

Okruszki #6: Pierwszy maja po bawarsku

10.05.2019


Pierwszy maja w Bawarii.
Lokalna orkiestra dęta, sukienki z gorsetem, dziane na grubo sweterki, spodenki ze skóry, dziergane ocieplacze męskich łydek, kapelusze z piórkiem, tańce z szarfą, morze piwa, precle giganty, prosię z  rożna.... A nade wszystko (nomen omen) błękitny piętnastometrowy totem, zwany majowym drzewem. Totem młodzież tubylcza stawia przez dwie godziny do pionu za pomocą długich drewnianych pali i mocy mięśni własnych.

Społeczność lokalna przygotowuje się do tego wydarzenia przez cały kwiecień.
Rada rodziców  postanowiła wykorzystać masy ludzkie i zorganizować słodki bufet do kawy, a zebrane środki przeznaczyć oczywiście "dla dobra naszych dzieci". Rada organizuje, ale ktoś musi przecież piec. Przez trzy tygodnie Bebe nie mogła spokojnie przejść przez przedszkolny korytarz, bo z kąta garderoby w każdej chwili mogła wyskoczyć Brunhilda z listą ochotniczych cukierników i zapytaniem "Dlaczego Cię Bebe jeszcze na tej liście nie ma? I co upieczesz ciasto, tort czy może coś wytrawnego?"  Uległam.

Z braku czasu, a napędzana poczuciem winy z powodu zaniechania, zaczęłam nawet rozważać, które ciasto z zamrażarki supermarketu mogłoby przejść za wypiek domowy, zwłaszcza jeśli upuścić by je przypadkowo na ziemię dla lepszego efektu. Ale koniec końców poszłam na kompromis i zawinęłam w gotowe ciasto francuskie szynkę z serem. Wiewiór był zachwycony. Na tyle, że wykupił całą baterię szynkowych ślimaków. Tym samym pomógł przekroczyć najśmielsze oczekiwania Rady Rodziców względem "dobra naszych dzieci" i stał się na chwilę lokalnym bohaterem. Na chwilę, póki inny ojciec nie wykupił dwóch tortów, na wynos.

Zatem siedzieliśmy na trawie, jedliśmy słodkie i wytrawne, słuchaliśmy trąbek i puzonów i nie mogłam przestać myśleć o jednym. Jakby to było, gdyby w Polsce ludzie na takie okazje ubierali się w stroje ludowe. Wyobraźcie sobie warszawskie metro zapełnione ludźmi w folkowych outfitach! No widzę to! I uśmiecha mnie ten powidok.


Okruszki #5: Komunikacja

3.05.2019
Zdjęcie z pozoru od czapy: Dwa tygodnie temu odkręciliśmy boczne kółka.
Pierwszego dnia biegaliśmy obok, by złapać ją, gdy chciała się zatrzymać.
Drugiego dnia hamowała już sama. Po tygodniu przełamała strach przed krawężnikami.
A trzy dni temu nauczyła się sama startować i jechać stojąc.
Jeszcze chwila i puści kierownicę!


W czasach wczesnego konkubinatu Bebe i Wiewiór uprawiali bogatą digitalną korespondencję. Ona w Republice Federalnej, on na Zielonych Wyspach Irlandii. Ona z internetem na kabel, on - na modem. Podczas dużych wiatrów na wyspie - kontakt urywał się nawet i na kilka dni. Ona oceany liter mailem i na google-chat. On lakoniczne, uspokajające odpowiedzi tą samą drogą.

W weekendy nie rozmawiali ze sobą wcale, bo jedyny modem znajdował się na terenie Uniwersytetu. Nie był to kampus w wielkim mieście, z pracownią komputerową, halą sportową i klubami studenckimi. To był jeden niski budynek na obrzeżach parku narodowego w wiosce wciśniętej między góry a ocean. Wioska liczyła 80 mieszkańców. Przy jedynej drodze rozsypane wśród bagien domki letniskowe latem okupowali turyści, a zimą studenci. Autobus do najbliższego miasta jeździł dwa razy dziennie, rano i wieczorem - choć nikt nigdy nie wiedział dokładnie o której godzinie. Do najbliższego miasta - 80 km. Do bankomatu - 14 km. Po dziesięciu miesiącach - Wiewiór przyjechał z całym dobytkiem na plecach do Bebe i został.

Drugą złotą erą komunikacji wspomaganej był czas doktoratu Bebe. Gdyby nie Skype.... Bebe wydawałaby całe stypendium naukowe na znaczki, karty telefoniczne na rozmowy międzynarodowe i abonament komórkowy. A i tak po pierwszym roku rzuciłaby to wszystko w cholerę i bez oglądania się za siebie wróciła do Wiewióra. Bez tytułu i fikuśnej czapki. Do dziś zastanawiamy się ile małżeństw i par Skype uratował od rozpadu, ilu ludzi od depresji, ile prac naukowych od niepotrzebnych przecinków i merytorycznych błędów.


Gdy Bebe i Wiewiór spędzają większość czasu w jednym mieście, a nawet mieszkaniu - przeważa natomiast bezpośrednia komunikacja paszczą. Nie dzwonią do siebie w drodze do pracy ani podczas przerw. Nie wysyłają zdjęć obiadu, dziecka, nieba czy sąsiada przez WhatsApp. Nie wymieniają się wrażeniami dnia na bieżąco przez smsy. Nie prześcigają statusami na Facebooku. Nie komentują wzajemnie postów na Insta. A już tym bardziej - i o zgrozo dla niektórych znajomych! - nie mają zainstalowanego GPSa, żeby wiedzieć gdzie właśnie znajduje się drugie.

W marcu coś się jednak zmieniło. Bebe zaczęła dzwonić w godzinach pracy Wiewióra i z ekscytacją wołać w słuchawkę:
- Nikogo dzisiaj nie zabiłam!
Albo:
- Wyprzedziłam rowerzystę!
Albo:
- O rany o rany! 100 km/h!!!!  A potem jeszcze rondo!
Albo:
- 5 bieg!  I wsteczny!!!!
Albo:
- Doświadczałam dzisiaj korka! 

Wiewiór powtarza to za nią głośno, a w tle słychać rechot kolegów po fachu.

Tak. Bebe robi prawo jazdy.
Tak. Bardziej ją to ekscytuje niż przestrasza.

Grudka twierdzi, że skoro jej się udało opanować rower, to jej "wspaniała Mamuś" poradzi sobie z autem. I tego się trzymamy.

Okruszki #4: Berlin - miasto osorożców

26.04.2019


Poznajcie Ruu. 9,50 ojro za porządny kawał sztuki plastikowego przemysłu. Nieprzemakalny, łatwozmywalny, przetrwa nawet skoki z czwartego schodka. Przyjaciel z drugiej ręki, z ogonem przyciętym przez poprzedniego właściciela. Odnaleziony w labiryncie zabawkowego cmentarzyska na Prenzlauer Berg. Przyznajcie, grzechem byłoby go nie zaadaptować. Uczynił Grudkowe wakacje pięciogwiazdkowymi.

Berlin polecam gorąco. Zwłaszcza dla tych, którzy w swych biurach, miasteczkach i kolektywach czują się nieco inni, odstający, kanciaci, pod prąd i w czerwonych butach, gdy wszyscy noszą czarne.

W Berlinie zgubicie się, staniecie się częścią większego tłumu innych, poczujecie, że można wam wszystko, bo innym też można.

Parafrazując klasyka:
Zawsze bądź sobą, ale jeśli możesz być osorożcem, bądź osorożcem!
Zwłaszcza w Berlinie.

P.s. Nasz pociąg wieżdża właśnie do Bawarii, a tu leje! Jednak trzeba będzie zakryć te gołe szkity, co w stolicy poczuły już lato.

P.s.s. Jednorożec - nosorożec... Językowo ekonomiczna Grudka poszła na kompromis z  osorożcem.

Okruszki #3

19.04.2019
Tegoroczną Wielkanoc sponsorują Psychodelia na Malignie i Kaszel.
Co, jak widać, podkręca artystyczne delirium Grudki.

Tak było w czwartek.
Jutro zaś, czyli w sobotę, zamiast koszyczek do kościoła, poniesiemy własne plecaki na dworzec.

Stolico Republiki Federalnej szykuj konfetti, brokat, kebaby i pączki!
Przybywamy na Zjazd Fajnych Babek i nie omieszkamy rozpuścić warkoczy na wietrze.

Zostawiamy Wiewióra samego w domu. Nie będziemy go torturować o poranku barszczem czerwonym z jajkiem i kiełbasą*. Niech się człowiek wyśpi. Wszak właśnie dostarczył 1,1 tony bawarskiego lwa do Muzeum Sztuki Browarnej. I ustawił na trzymetrowym piedestale. Wstrzymując oddech i modląc się, by żaden gołąb nie usiadł lwu na głowę. Bo dźwig mógł podnieść dokładnie jedną tonę plus 10%. Aber warum? - zapytacie. - Wiewiór aż tak lubi nomen omen życie na krawędzi?  
Nie, większy dźwig po prostu nie zmieścił się przez drzwi muzeum.
Kurtyna!

*stalowy punkt programu śniadania wielkanocnego w moim rodzinnym domu. Mój tato wrzuca sobie do tego jeszcze twaróg....

Okruszki #2

12.04.2019
Lubię patrzeć kiedy śpi.
Jest coś dziwnie uspokajającego w śpiących dzieciach.



Wtedy podejrzewaliśmy, że Grudka w poprzednim życiu była kangurem.
Procedura wyglądała następująco:
Girl from Ipanema Franka Sinatry na pełen regulator.
Grudka w ramiona Wiewióra.
Więcej podskoków niż obrotów.
Powieki Grudki robią się ciężkie.
Wiewiórowi omdlewają ręce.
Frank śpiewa nadal na pełnej oktawie.
Grudka produkuje na polikach rumieńce w kolorze waty cukrowej.
Tanecznym krokiem kierujemy się w stronę zaciemnionej sypialni.
Na bezdechu kładziemy ją do łóżka.
Na palcach wycofujemy się w stronę drzwi.
Ściszamy muzykę. Siadamy na sofie.
Bebe: To co teraz robimy?
Wiewiór: Chodź pójdziemy popatrzeć jak śpi. 

Teraz.
Zostawiam na chwilę Grudkę samą w pokoju. Przy stoliku, z językiem na brodzie - niewątpliwie córka Wiewióra - wycina w pełnym skupieniu zające z papieru. Wracam po minucie, a Grudka na leży na dywanie. Śpi. Bez poduszki. Bez koca. Po prostu. Choćbym opróżniała piętnasty raz zmywarkę, przesuwała meble, za oknem stado wróbli na hormonalnym haju śpiewało La Boheme a słońce świeciłoby jej prosto w twarz - będzie spała.

Świeżo upieczeni rodzice - jest nadzieja!

Okruszki #1

6.04.2019


Grudka od dawna, czyli mniej więcej od ostatniego wtorku, marzy o ogrodzie.
Oderwałam zatem z piersi etykietkę z napisem "notoryczny morderca zieleni"* i kupiłam doniczki.
Ogród jest w wersji mini. Mieści się na parapecie.
Ale Grudce to nie przeszkadza, wszak twierdzi, że: "When I grow, I will do big things".
Nie wątpimy w to, córko!


-----

Niniejszym inauguruję sobie coś nowego.
W wersji mini. Ot taki ogródek na słowa i powidoki.
Przyjemne małostki. Z których jednak składać się może życie.
Mój prywatny kalejdoskop miłych chwil.
Drobiny codzienności, co mi się przykleiły pod powieką.
Gdzieś je wszak trzeba strzepać.


-----

*potrafię zabić nawet kaktusa

Cztery

4.02.2019
Zaproszenia na imprezę, pt.: "Grudka i Adela na Hefalumpie".

 No i stało się:

Grudka skończyła 4 lata.

Jak na człowieka konkretu przystało, od miesięcy miała już ustaloną listę gości w liczbie dwóch oraz menu.

Tym ostatnim pretendowałam do miana chujowej matki roku. A to wszystko dzięki tubylczym zwyczajom, według których solenizant zapewnia przedpołudniowy wikt dla całej grupy kurdupli, sztuk dwadzieścia i cztery plus NaszPanie. Najlepiej wikt niskocukrowy, nisko tłuszczowy, nisko smakowy, eko-bio i we wszystkich odcieniach witamin.

Grudka zaś zamarzyła sobie ulubione ciasto.
Ciasto z truskawkami.
Przełożone śmietaną i masą jogurtową.
Ciasto z zamrażarki.
Ze wsiowego supermarketu.

Żeby zamaskować poczucie winy, do 5 kartonów gotowca dorzuciłam pudełko własnoręcznie pokrojonych gruszek.

Zwrotów nie było. Na szczęście.

W domu nikt nam już w talerze nie zaglądał. Zatem obfitym strumieniem sypały się chipsy w dwóch rodzajach. Po rękach ciekła czerwona marmolada z pączków. Adela konsumowała precle z masłem jak zawodniczka olimpijska. A mała Marlena wypchała policzki i kieszenie żelkowymi gadami. Grudka zaś wiosłowała łyżką w zupie pomidorowej z ryżem. Dla każdego według potrzeb.

Brak innych dorosłych oznaczał, że mogłyśmy też odpuścić sobie - ku uciesze Grudki - wszelkie tutejsze konwenanse i rytuały około-urodzinowe. Grudka bowiem nie lubi walić drewnianą łyżką w podłogę w poszukiwaniu garnka. Zwłaszcza z oczami przewiązanymi szalikiem. Nie szepcze też dziwnych zdań w cudze uszy udając, że to telefon. A już zupełnie nie rozumie, dlaczego uważa się za wspaniałą zabawę, wyłączanie co chwila muzyki tanecznej. Zwłaszcza kiedy ona próbuje potrójnego toe lupa z saltem. 

W słowiańskiej spontaniczności cała młodzież, przebrana za jednorożce, skakała na trampolinie. I w ogóle bawiła się świetnie. Dopóki solenizantka nie oznajmiła, że koniec imprezy, bo jest już zmęczona.

Materiałów dowodowych nie posiadam, gdyż  na haju z węglowodanów byłam wstanie cieszyć się jedynie chwilą. Na aparat zabrakło już sił.

No i cóż, że środek bawarskiej zimy?
Eleganckim trzeba być!

Święta i Poświęta

30.12.2018
Grudka to człowiek konkretu.

Gdy jej współtowarzysze z ochronki pytani, co napisali w swoich listach do Świętego, odpowiadali:
- Dużo!
- A co na przykład?
- Nie wiem.

Grudka od miesięcy odpowiadała niezmiennie:
- Kcę latać i skakać.

Staramy się być zajebistymi rodzicami przynajmniej od czasu do czasu, więc postanowiliśmy nie zostawiać realizacji tego projektu ślepemu losowi, a tym bardziej ludziom z Laponii. Bo wiadomo, że Ci ostatni mają czasem zupełnie inne wyobrażenia tego, co człowieka uszczęśliwi. I tak zamiast szachów przynoszą skarpetki w renifery (Wiewiór) lub zamiast statku pirackiego - błękitnego miśka z poliestru (Bebe). Do skrzydeł i trampoliny, dokupiliśmy mega puzzle w kształcie smoka, żeby zostać w temacie i wspierać też rozwój duchowy latorośli, która zdecydowanie jest córką swojego ojca. Tak, oni układają już razem kostkę Rubika. Zapakowaliśmy to wszystko odświętnie w papier i poszewkę od kołdry (trampolina) i czekaliśmy na święta.

W międzyczasie odbyliśmy burzliwą, zagrażającą naszemu małżeństwu i pokojowi na świecie rozmowę o tym, kiedy i kto przynosi w naszym domu prezenty. Dotąd w polskie święta (24.12) prezenty wykładaliśmy bez sekretów pod choinkę przez cały dzień i cieszyliśmy się widokiem wypiętrzających się Everestów. W irlandzkie święta (25.12) o poranku pod choinką znajdowaliśmy skarpety pełne podarków od Świętego. Tak było dotąd. Czyli dopóki ochronka nie wtrąciła się  w Grudkowy światopogląd i nie oddała polskich świąt Mikołajowi. Galaktyki się zderzyły, hipernowa faktów oślepiła nawet najbardziej logicznych przedstawicieli homo sapiens. W opowieściach Lapończyk wchodził raz kominem, raz przez balkon. Zostawiał prezenty, wychodził oknem, potem znowu wracał. Próbowaliśmy to wszystko złożyć sprytnie w całość i obwiązać sznurkiem. Nadaremnie.

W końcu poddaliśmy się i popłynęliśmy z falą Grudkowych interpretacji.
Okazało się, że Święty ma fetysz odnóży dolnych. Najpierw szóstego grudnia zostawia prezenty w naszych butach, a 25.12 wkłada podarki do skarpet. W międzyczasie rozsiewa prezenty po całym domu i trzeba ich na własna rękę szukać przez cały dzień wigilijny i układać pod choinką.
Takiej wersji zdarzeń się trzymamy.

Od Wigilii Grudka lata i skacze.
Nam też lata i skacze.
Oko - od samego patrzenia.
I ciśnienie na widok kaskaderskich lądowań.

26.12 o 5:30 rano padło zaś śmiertelnie poważne pytanie:
- Mamuś ma święta, Tata ma święta..... Grudka też ma? Czy dzisiaj są MOJE święta? 

---



Tymczasem dzisiaj w Pinakotece w Monachium,
obok Rubensa i Dürera, można było obejrzeć motyla na łące.


Święta według Grudki

20.12.2018
A już myślałam, że do mety 2018 dobiegnę bez balastu w postaci wirusów i bakterii... O naiwna matko dziecka w wieku przedszkolnym! Nie nauczyłaś się jeszcze, że co dziecko z ochronki przyniesie, odda tobie z wszystkimi bonusami?! Samo oczywiście umywszy od tego ręce.

Zatem od dziesięciu dni porozumiewam się ze światem tylko teatralnym szeptem. Za to w nocy potrafię tak kaszleć, że budzi się ze mną pół dzielnicy.

Podobno na tablicy ogłoszeń w przedszkolu wywiesili ogłoszenie o krótkiej treści: "Grypa żołądkowa". Podobno, bo boję się nawet na nie spojrzeć.

To idę sztachnąć się tymiankiem z solą, a tymczasem.....

-----

Tymczasem....

Na podłodze piłki futbolowe kurzu.
Wiewiór w delegacji.
Grudka pod niewątpliwym natchnieniem świątecznego ducha przejęła kontrolę.

Ozdobiła już stół w salonie naklejkami ze Świnki Peppy. Nie, nie kilkoma. Wykleiła na blacie całą książkę.

Ozdoby choinkowe skumulowała na drzwiach wejściowych, żebyśmy słyszeli, kiedy do domu wtargnie Mikołaj z prezentami.

Upiekła ciasteczka z ciastoliny (w kształcie samolotów), umyła jedną ścianę w łazience (ale piętnaście razy!) i nauczyła się fałszować mój podpis (no i co, że jest to jedynie litera A, a do tego w do góry nogami. Wszak listonosz i tak się nie zorientuje).

Wyprodukowała armię Świętych Mikołajów i portretów Bambi z rodziną na pocztówkach do Niegowa.



Wysłała rodzinie i przyjaciołom królika po świątecznym vlogu. Nie pytajcie..... I obejrzała każdy mulion razy za każdym razem klaszcząc z radości.

Ćwiczy codziennie pompatyczne arie. Wprawdzie nieco eklektyczne o gwiazdach, latarniach Świętego Marcina, kołach autobusu, ogórkach w garniturze i o tym, że la la li li nie będziemy się martwili.... ale zrzucam to na uduchowiony freestyle i słucham z przyjemnością... o ile nie jest akurat 4:30 rano. A na ogół niestety jest.

Ułożyła drogę od przedpokoju do sypialni z muszli i kamieni. Żeby szczęśliwie powrócony ojciec mógł się odnaleźć w ciemnościach.

Zdecydowała się już nawet na menu świąteczne: Jabłka, ogórki i duże lody.

Słowem: Gotowe!
Święta mogą przyjść!

----

Post dedykowany Joannie w Kolorze, która właśnie założyła właśnie bloga "Miejsca Miejsca" z fajowymi zdjęciami o Warszawie i świecie.... i  przypomniała mi dzisiaj, jak fajnie jest po prostu coś stworzyć. Dziękuję.

Jest Robótka!

26.11.2018
Ahoj przypadkowy przechodniu wyrzucony na brzeg tego zakątka internetu zapewne jakimś nadzwyczajnym rykoszetem losu! Choć w prawdzie na tych ziemiach pora suszy i nieurodzaju, to wiedz, że jest oaza! Bo bez względu na wzgląd i wszelkie turbulencje kręgosłupowo-życiowe:

JEST ROBÓTKA!
I to po raz dziewiąty!
Wskakuj tędy! (Klik w obrazek!)

https://jestrobotka.blogspot.com/2018/11/robotka-2018.html


A w astronomicznym skrócie... dla tych co się boją klikać w nieznane:

Celem Robótki jest coroczne odpalanie fajerwerków radości za pomocą kartek pocztowych wśród mieszkańców Domu Pomocy Społecznej w Niegowie. Czas trwania: **15.11.2018 - 30.01.2019**

Szczegóły na: https://jestrobotka.blogspot.com/

Rehabilitacja

14.09.2018
[Po 4 tygodniach ze streptokokami...]

Prolog: Rok temu "wypadł" mi dysk i do dziś hula gdzieś w okolicach krzyżowych.

Dane mi było zaznać życia rencistki i 4 tygodnie lata spędzić na półkoloniach w centrum rehabilitacji w Wielkim Mieście Wojewódzkim. Codziennie rano, dostarczywszy uprzednio Grudkę do ochronki*, stawiałam się w sportowym outficie w przybytku zdrowia uzbrojona w bidon, dwa ręczniki i kostium kąpielowy.

Mój indywidualny plan dnia zawierał niemal wszystko. Od klasycznych masaży, przez ćwiczenia równowagi, egzotyczne łóżka wodne, pantomimę rowerową w basenie, progresywną relaksację, po wykłady z prawa socjalnego dla rencistów, feng shui w biurze i psychologii bólu. Holistyczne podejście do problemu mile mnie zaskoczyło.

Jednak, wbrew początkowym oczekiwaniom, okazało się, że rehabilitacja to jednak nie urlop. Lwią część dnia stanowiły czynności wyciskające ze mnie siedemnaste poty. Co w sumie nie było trudne, zważywszy, że właśnie w Bawarii odnotowywano - jak co roku - falę upałów stulecia. Nietrudno było stracić też w tym procesie trzy kilo żywej wagi. Zwłaszcza, że stołówka kurtuazyjnie zapominała o duecie mych nietolerancji i częściej niż rzadziej w ofercie miała dla mnie jedynie talerz sałaty, w dobrym dniu - okraszony surową marchewką.

Czy pomogło? Pomogło! Zwłaszcza ten trzeci tydzień, gdy Grudka zachorowała na ospę* i kiblowała z ojcem w domu, a mi odpadły liczne obowiązki i odpowiedzialności. Człowiek (ja!) jednak dużo nosi w głowie. Człowiek (ja) może się nauczyć, że dla swojego ego chce i może zrobić wiele (20 sekund plank w najtrudniejszym wariancie! A co to dla mnie!), ale może tym sobie bardziej zaszkodzić niż pomóc. Człowiek (ja) może być zmuszony uznać, że zajmowanie się sobą to nie luksus, a konieczność.

Człowiek (ja) może też odkryć, że nie trzeba tej cytryny życia cisnąć do ostatniej kropli. Że można z tej cytryny zrobić też lemoniadę. Tylko trzeba sobie dosypać cukru.

"Radykalnie zwolnić i odpuścić" odnotowano mi czerwonym flamastrem na podsumowaniu.

Idę kupić cukier.


[...]
Tymczasem Grudka przeskoczyła przez płot ochronki i w sąsiadującym przybytku awansowała do miana przedszkolaka. Pół dnia w grupie Uszatków przeczesuje mej Potomce mózg na tyle, że na własne życzenie latorośl dokonuje wieczornych ablucji już w czasie Teleexpressu. Życie byłoby piękne, gdyby nie jej spontaniczne pobudki między 4:30 a 5:30. Niestety, Grudka uznaje, że wstawanie to zajęcie grupowe. Od dwóch tygodni cieszymy się, gdy budzik o 6:20 zastaje nas jeszcze w łóżkach.



* Co odnotowuję na wypadek, gdyby kiedyś historia próbowała się powtórzyć, a moja córka w panice perspektywy rychłego rozmnożenia dowiedzieć, jakie choroby zakaźne udało jej się zaliczyć.

Okno bez zasłonek

6.07.2018
Lubię, gdy ludzie nie mają zasłonek w oknach. Mogę wtedy podglądać ich w domach, gdy wieczorem idę przez wieś. Widzieć, jak urządzili swoje domy. Liczyć ile osób ma dokładnie tą samą brzydką lampę w dużym pokoju. Patrzeć czym się właśnie zajmują i co oglądają w telewizji. Daje mi to poczucie wspólnoty. Przeświadczenie, że jesteśmy do siebie podobni.

Od 2,5 tygodnia nie spaceruję po zmroku po Małej Wsi. Leżę w łóżku okupowana przez wojska zrzeszone streptokoków, wirusów influenzy i opryszczki. Myślałam, że po tak długiej przerwie bardziej będzie mi się chciało. Wierutne kłamstwo!  O c z e k i w a ł a m, że będzie mi się chciało. Działać.

A tu nic.

Głowa jak z betonu, mózg nadal na wewnętrznej pielgrzymce. Suchoty, katary, kaszle i inne atrakcje, tak niekompatybilne z pogodą za oknem.

Czekam. Aż mi przejdzie. Ale ile można?
Wiewiór pociesza, że powrót może mi zająć tyle, co ta cała choroba.
Normalnie tylko pójść i strzelić sobie kolejną dawkę antybiotyku.

Ale w malignie doszłam do jakże zaskakujących wniosków na temat mojego życia (no bo czyjego?!):

1. Tęsknię za pisaniem.

2. To, że teraz zawodowo rysuję, nie oznacza, że muszę ilustrować każdy post na bloga.

3. W zasadzie, nie muszę ilustrować żadnego posta na bloga.

4. Pisanie dla samego pisania i dokumentowania swojego życia i własnej przyjemności i krążące wokół własnego ego jak ćma wokół żarówki - jest całkiem przyjemnym sposobem na spędzanie wolnego czasu* i....

5. MOGĘ SOBIE NA TO POZWOLIĆ, nawet jeśli:

                  a. nikomu się to nie spodoba, nie przyda ani nie pomoże
                  b. nie zmieni to świata na lepsze
                  c. są bardziej pożyteczne rzeczy do roboty
                  d. to tylko dla mnie


Zrozumiałam w końcu, że dla mnie blog jest jak okno bez zasłonek.
Zaglądajcie jeśli chcecie.


*którego w prawdzie mało, ale jak już się zdarzy....

Robótka 2017

15.11.2017

Tęskniliście?!
Ja tak.
Ale to temat na inny post.

Wracam do Was z wieścią:



Dziś wystartowała ósma edycja Robótki. 
Tej szalonej akcji, której celem jest rozpętanie wichury z kartek pocztowych nad Domem Opieki Społecznej dla Dzieci w Niegowie. Żeby choć na chwilę odkleić ich nosy od zimnych szyb, gdzie wyglądają rodzin, których już nie ma lub nigdy nie było. Żeby im w zamian włożyć w ręce kopertę wypełnioną czułym słowem, żeby wiedzieli, że jest tam za płotem, w wielkim świecie ktoś kto o nich myśli.

Zatem gdyby omsknęła się Wam ręka przy zakupie lub wyrobie pocztówek w tym roku, wyślijcie te nadprogramowe do Dzieciaków-Starszaków.

Bo one czekają.
Jak nikt inny na świecie.

Ukochania!

p.s. Żyję. Na muzealnych korytarzach, w pociągach podmiejskich, w kredkach, niedospaniu (czy to się kiedyś skończy?). Wiewiór żyje głównie na walizkach i licznych delegacjach (czyt. glamour budowy). Grudka zaś przeżywa wszystko i wszystkich. Intensywnie i ze śpiewem na ustach: Hallelujah!* - i jak zdziwione byłyby okoliczne starsze panie, gdyby dowiedziały się, że nie ma na myśli chwały najwyższego, a TO.

Dziekanka

7.02.2017
Czekam i wypatruję. Podobno już tylko 41 dni do wiosny.


Nie ogarniam*.
To fakt.

I choć tutaj już od 3 tygodni cisza, to napiszę to wyraźnie:
PRZERWA. Od bloga.

Dalej czytać nie trzeba. 
Zwłaszcza obywatelce Jareckiej zaleca się dietę od pozostałych liter.

Zatem tak. Przerwa. Post i wycieczka na pustynię. 
Słowem: asceza internetowa.

Bo chcę w końcu narysować książkę. A właściwie te dwie, co leżą na warsztacie. Jedna w kooperacji z Wiewiórem. Druga w zupełnie niespodziewanym trójkącie. Obie bardzo obrazkowe, choć od siebie zupełnie inne. 

Nie mówię: koniec, adios, ciao.
Będę się tu pojawiać. 
Możliwe jednak, że bardzo nieregularnie.

Próbowałam pogodzić wszystko, ale nie potrafię. Trudna prawda, której moja wewnętrzna prymuska nie potrafi przełknąć. Potrzebuję jednak tej przestrzeni w głowie, by wpuścić w końcu nowe. By przestać robić i żyć ZAMIAST. 
Trzymacie kciuki.

Niniejszym ogłaszam sezon realizacji swojego.
I to jest radosna wieść.

Jeśli nie wrócę tutaj w grudniu 2017 z narysowaną książką - upoważniam Was do pociągnięcia mnie do odpowiedzialności i nałożenia embargo na Malibu.

Boję się.
Ale: Na pohybel!
I heeeeja! Z przytupem w nowe!

P.s. W ramach należnej tęsknoty proszę zaglądać na fejsbunia i instagram
A każdego 13-tego dnia miesiąca roku pańskiego 2017 też na Wortal Ryms, gdzie co miesiąc spełniam swoje marzenie i wypytuję nowego ilustratora o kulisy i ilość kubków na rysunkowym stole. Pod sztandarem zmajstrowanym w kooperacji z Elą Wasiuczyńską nas znajdziecie:
http://ryms.pl/


*nie do ogarnięcia w obecnym wymiarze jest zwykłe życie matki na etacie z zajmującym hobby: w pracy do lipca cztery otwarcia, w tym jednego muzeum poza granicami Republiki, a jak niektórym wiadomo - jestem w tym cyrku jedynym grafikiem. Co w połączeniu z Grudką w kolejnym starciu z mikrobiologią chorób odżłobkowych i rysowaniem po nocach.... no kurde, nie zostawia wiele czasu na myślenie, a tym bardziej na spisywanie tych myśli. Próbowałam. Bez skutku. Będę tęsknić!

Ślub po irlandzku

16.01.2017
Idźcie po popcorn! Bo to notka numer 501 i najdłuższy post na tym blogu

[06.04.2013]
Dzień był szary, brzydki, deszczowy. 
Mój humor podobny.
Pralka właśnie włączyła wirowanie.

Siadłam na różowym prześcieradle łóżka.
Wiewiór przyklęknął przy mnie.
I z kieszeni wyciągnął pierścionek. 

Drewniany.
Hand-made. 
Jak na konserwatora przystało. 

Tyle z tego dnia pamiętam. 

[styczeń 2014]
Zróbmy ślub w lipcu.
Siódmego. W Stumilowym Lesie.
U hipisów.
Siedem lat po tym, jak przyjechałeś tu na zawsze. 

[kwiecień 2014]
Potomka ma jednak pierwszeństwo. Może jednak w przyszłe wakacje?

[czerwiec 2015]
Bardziej od wesela potrzebujemy spokoju. 
[październik 2015]
Zainspirowana Dynią zamawiam ślubną spódnicę. Z szarego tiulu. 
Z widokiem na... staje na wysokości zadania!
"Między warstwy możesz sobie, jak Dynia, nasypać filcowych kulek albo Haribo" - ucieszyła się kaczka.
[styczeń 2016]
To może w tym roku?

[kwiecień 2016]
Lista dokumentów wymaganych przez teutońskie władze jest dłuższa niż litania do wszystkich świętych.
Dla dwojga obcokrajowców razy dwa. Każde w tłumaczeniu z ojczystego na tubylczy.
To może w innym kraju? 

[maj 2016]
Albo Wiewiór nauczy się języka polskiego w trybie natychmiastowym albo w Polsce ślubu też nie będzie.
Nie stać nas na przysięgłego tłumacza symultanicznego na liście gości. 

[czerwiec 2016]
Wiewiór: Dodzwoniłem się do Irlandii! Potrzebujesz tylko paszportu i potwierdzenia wiarygodności aktu urodzenia. Gdy zapytałem, czy potrzebny jest tłumacz urzędniczka spytała: "A narzeczona potrafi powiedzieć I do?"

[sierpień 2016]
Irlandia południowo - wschodnia. 
Przychodnia lekarska. W recepcji dostajemy numerek.
Siadamy w poczekalni między wypluwającymi płuca a czekającymi na borowanie. 

Niska blondynka w wełnianym swetrze przychodzi po nas i prowadzi do schowka na szczotki pełnego papierów.
Oto proszę państwa urząd stanu cywilnego. Za ścianą komuś wygrywają zęby. 

Jednak potrzeby będzie jeszcze jeden dokument. Potwierdzający,  że mój międzynarodowy oficjalny akt urodzenia jest dokumentem iście oficjalnym. Ommmm.....

[wrzesień 2016]
Średniowieczny zamek wydaje nam się jedyną słuszną lokalizacją.
200 ojro za 2 godziny przyjemności. Wdech wydech.
Wszak ślub z Wiewiórem bierze się tylko raz.

Bebe: A gdyby tak nie czekać do przyszłego lata?
Wiewiór: Co masz na myśli? 
Bebe: W styczniu stuknie nam 10 lat. W prawdzie to wypada w piątek, ale może w Irlandii udzielają ślubów nie tylko w weekendy. Oraz pomyśl! Będziemy musieli pamiętać tylko tą jedną datę! 
Wiewiór: Rzeczywiście kuszące. 

(...)
Polskie dokumenty załatwione.
To oficjalne: w piątek 13 stycznia 2017 wychodzę za męża.

[październik 2016]
Prawda bywa jak surowa marchewka przy bólu gardła - trudna do przełknięcia. 
Chyba nie chcę tiulowej spódnicy. Chcę sukienkę.
Z Berlina. Bonnie & Buttermilk. W innych retro wzorach się nie widzę. 

Atak telefoniczno-mailowy na zamek celem rezerwacji miejsca nie przyniósł rezultatu. 
Cisza, jakby ich zalało. 

A skoro nie zamek to.... Ommmm ommmmm..... Witaj przychodnio!
W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że wezmę ślub w medycznym schowku na szczotki.
Tak dziwne, że aż śmieszne. 

(...)
Bilet do Berlina kosztuje więcej niż sukienka. Kupuję przez internet. Na wszelki wypadek dwie.
Czas oczekiwania 6 tygodni. Chyba osiwieję.

[30.11]
Mamy! W końcu coś mamy.
Fotografa!
Który utrzymuje, że jest naszą rodziną, co świadczy o ułańskiej fantazji rzeczonego.
W prawdzie, zważywszy tuziny wujków i ciotek Wiewióra, takie wyznanie nie powinno dziwić, ale....

Jestem mężem siostry byłego partnera siostry Wiewióra.

W każdym razie mamy fotografa.
A fotograf ma aparat.

[04.12]
Umiarkowana panika na temat sukienki.
A dokładniej jej braku.

[05.12]
Wielka panika na temat sukienki.
A jak będą za małe? 

Szukam alternatywy. 
W sklepach tylko smoła i cekiny. 
Nie, nie, nie, nie.

Ommmmmmmm.....

[07.12]
Nie mam sukienki.
Mam buty.
Gumowce.
Żółte. 

No co?!
Przecież będzie zima.
W Irlandii.

[09.12]
Przyszła pierwsza sukienka.
Kremowa w niebiesko-żółte retro kwiaty.
Piękna.
Za duża?!?!?!?
Krój też nie ten.
Ommmmmmmmmmmmmm

[12.12]
Przyszła druga sukienka.
Czerwona. Piękna. 
Namiot!!!!!
Ommmmmmmmm...

Gdzie ja znajdę krawca, co mi to spruje i uszyje na nowo?!?!?

(...)
Nie będę panikować.
Ommmmm.....

(...)
Gorączkowo przeglądam strony internetowe w poszukiwaniu kreacji.
No żeż! Nic!

[18.12]
Ma strychu znajduję sukienki sprzed ciąży.
Wiewiór mówi, że najładniej mi w wełnianej spódnicy. 

Ommmmm.....

[19.12]
Bebe: Zamówiłam trzy nowe sukienki.
Wiewiór: I znów będziesz czekała 6 tygodni?!
Bebe: Nie! W innym sklepie. Te przyjdą jeszcze przed świętami (w myślach: oby....).

[22.12]
Cud! Cud w groszki. Czerwony.
W prawdzie z poliestru, ale jest szansa, że w środku irlandzkiej zimy się nie spocę.
Za jedną trzecią retro kiecek. Ekonomiczna panna młoda strikes back!

[25.12]
Grypa żołądkowa.
Przeziębienie.
Ból oczu.
Ból istnienia.
Zaklejam twarz plastrami na opryszczkę.
Błagam. Tylko nie to!

[O4.01]
Za dziewięć dni zawiązujemy węzeł mażeński, a Wiewiór jak na razie może wystąpić nomen omen tylko w butach. 

Nie wpadam w panikę, nie wpadam w panikę, nie wpadam..... Aaaaaaaa!

[05.01]
Pojechać do sąsiedniego powiatu po pasztety warzywne, wrócić z marynarką i koszulą. Spodni na człowieka-pająka brak. Sweter na pannę młodą jest. Z przeceny.

[06.01]
Największym wrogiem panny młodej są buty. Przymierzam cały zasób szafy. Kończy się tak jak zwykle. Przypadkiem. Czerwone szpilki kupione przypadkiem nomen omen w Dublinie i różowe półbuty od Clarksa kupione na sąsiedniej wyspie. 

Sukienka z internetów, szalik od Zosi, kurtka z Tkmaxxa (ta, co ją w ciąży kupiłam z Kaczką), rajtki z promocji, sweter z przeceny.
Dobrze, że Wiewiór wybrany świadomie.

[O7.01]
Dwadzieścia minut samochodem, (wyczute) muliony minut w korku na parking, trzy zgubione drogi w przybytku szopoholika, jedną pieluchę z ładunkiem broni biologicznej i osiem kanapek z szynką dalej.......czyli w szale sobotnich zakupów nabyliśmy ostatnie części ślubnych kreacji. Grudka zwiedziła przy tym wszystkie sąsiednie kabiny wzbudzając raczej ochy, achy i wie-süß-y niż oburzenie. Na wszelki wypadek udajemy, że to nie nasze dziecko.

[08.01]
Wiewiór w garniaku wygląda nader ponętnie.
Chyba za niego wyjdę. Jednak.

(...)
Bebe: Nawet nie wiem, o której mamy lot.
Wiewiór: Ja też nie.

(...)
Obudziłam się po północy z przeczuciem, że zapomnieliśmy o czymś ważnym. 
Rezerwacja obiadu!
Dzięki bogu za Facebook, różnicę czasu i nocnych marków branży gastronomicznej.
O pierwszej trzydzieści zasnęłam spokojnie. 

[09.01]
Jeszcze dwa dni w kieracie i wywieszam kartkę: "Wyszłam za mąż, zaraz wracam."

(...)
Wiadomość dnia! 
Odpowiedział nam mailowo zamek! Ten zamek. Buhahahaha!

Po miesiącu milczenia raczyli nas poinformować,  że cisza w eterze to wynik problemów z IT. Ale i tak mają zamknięte do 16 stycznia, więc nam pomóc nie mogą. No chyba, że zmienimy datę ceremonii. Buhahahaha! 

[10.01]
Czy panna młoda potrzebuje bukietu?

[11.01]
Dwa pociągi, dwa autobusy, dwie porcje ryby z frytkami, dwie kawy, dwa banany, jednego precla z masłem, jedno opakowanie dżemu zjedzonego łyżeczką, jeden samolot, dwanaście godzin i mulion odczytów tej samej stricte obrazkowej świnki Pepy później lądujemy w kolebce przodków Wiewióra. Jak to dobrze, że wielki dzień dopiero pojutrze.

[12.01]
- Dzień dobry, chcemy kupić bukiet. Ślubny bukiet.
- A na kiedy?
- Na jutro.
Kiedy ocuciliśmy i doprowadziliśmy do pionu lokalną florystkę okazało się, że była w zeszłym tygodniu na targach ślubnych, na które udzierała bukiety. Ten najprostszy, z samego przybrania sprzedała dziś nam. Za pół ceny. Zburzonego światopoglądu nie udało się ocucić.

Leje.
Na wszelki wypadek kupujemy parasol.
Czerwony. 

Może nie powinnam o tym mówić głośno, ale mam fajną teściową. Przygotowała się na ślub: "Mam trzy butelki szampana. Najlepszy, bo mocny! Oraz wino. Swoje wino. Mam też dla Was weselny tort*. Ha! Akurat przecenę mieli w markecie."

* 30 centymetrów biszkoptu przełożonego bitą śmietaną i posypanego cukrem pudrem.
[13.01.2017 piątek ]
Słońce! Słońce! Słońce! 
Z parasolem kupiliśmy pogodę!
To będzie dobry dzień. 

"Ale jestem podekscytowana!!!!" - mama Wiewióra świętuje już od rana - "Zamówiłam sześć skrzynek piwa, na wszelki wypadek. Bebe chodź no do kuchni. Czas na pierwszą butelkę szampana."

Grudka przesypia sesję foto.
Dzięki niebiosom!
Tym samym nikt mi nie ukradł show. 

Przychodnia lekarska wita nas plakatem:

To już wiadomo dlaczego Wiewiór musiał zostać Wiewiórem ;)

Ktoś ewidentnie sprzątał w schowku na szczotki. Dokumenty usypane w wieże, chylą się zsynchronizowane ku jednej stronie. Biurko przykryte białym prześcieradłem. Urzędniczka zamieniła wełniany sweter na marynarkę.

Młodsza część gości musiała zostać na zewnątrz. Taka karma.
Nie będzie z tego filmu na Snapchacie.

Przysięga na szczęście tylko po angielsku. Błędy w wymowie sklerozę* zrzucam na wzruszenie. Coś mi do oka wpada, gdy Wiewiór recytował swoje "I do". Strategiczne momenty ciszy Grudka wypełnia chrupaniem sucharka. Raz na moim, raz na Wiewióra ramieniu. 
*Z całej przysięgi pamiętam tylko "I do and I will". Musi starczyć.

"Teraz poproszę obrączki." 
"Obrączki? Bebe, kto ma obrączki." 
"O rany! Są w plecaku! Na zewnątrz!" 

W drodze do bufetów. My z Grudką przodem, za nami teściowa z resztą gości sztuk trzy. Nagle teściowa zaczyna biec w naszą stronę rączym kłusem trzymając torebkę ryżu w ręku. Wiewiór rzuca się przed siebie. Ja za nim. Teściowa w pozie dyskobola: "I forgot about rice!!!!!" Białe pociski, świsty, wybuchy, okopy, białe flagi. "Cieszcie się, że nie ma śniegu! Bo rzucałaby śnieżkami!" - siostra Wiewióra zatacza się ze śmiechu.
Kawiarnia pod Bawełnianym Drzewem. Grudka świetnie się bawi. Myje ręce siedemdziesiąt siedem razy w ciągu półtorej godziny. "Co jemy Potomko?" - "Napki*, ciastko, aach!**" - każdemu według potrzeb. Tosty z serem, fish pie, zapiekanki warzywne, frytki, pieczone ziemniaki, coleslaw, sałata, kurczaki w sosie, ciasto marchewkowe, tiramisu, kawa, nawet z soją, woda, dużo wody.
Na wisienkę zachód słońca na Octowym Wzgórzu. Wiatr, zimno. Pod murem wieży czekamy na dobre światło. Grudka obserwuje drżące towarzystwo i w końcu rozumie, o co w tym dniu chodzi: "Happy Birthday!"
W domu teściowej strzelają korki szampana.
Dj Teściowa puszcza najstarsze kawałki gatunku Irish country "No zobaczcie jaki on jest przystojny!"
Rodzina Wiewióra objawia się w szybszym tempie niż jestem w stanie odpowiadać na "How ar' ya hon?"
Wujek Ron snuje niekończącą się opowieść, z której jestem w stanie wyłapać tylko pojedyncze słowa "hemoroidy", "więzienie", "bezsenność" i "topnienie psa, który cudem przeżył".
Młodsza młodzież w osobie Grudki tańczy. Starsza młodzież dokumentuje i transmituje zajście w social mediach.
Chipsy, orzeszki, krakersy. Kuzynka Marianna pretenduje do miana najlepszego gościa wieczoru: przynosi polski sernik.

Po północy siostra Wiewióra znajduje napoczęty tort weselny.
Kto napoczął? Nie wiadomo.
Zjada połowę. Rękami. Podobno taki dobry był.

*Kanapki
**Woda
[14.01]
Okazuje się, że liczna rodzina zamieszkała w tym samym mieście ma swoje plusy dodatnie i ujemne. Państwo sami rozważą co jest co. Sobota upłynęła nam mniej więcej tak:
- Przynieśliśmy Wam prezent!
- O! Kryształowa rama na zdjęcie ślubne! Dziękujemy!
- Mamy dla Was prezent.
- Tak? Jak miło!
- To rama na ślubne zdjęcie. Lokalny kryształ!
- Mam dla Was coś w prezencie!
- Czyżby rama na ślubne zdjęcie?
- No co Wy! Przecież wiem, że lecicie samolotem. Album! Album na zdjęcia ślubne Wam kupiłam. Z kryształami na okładce.

[15.01]
Procedura podróży odbyta w odwrotnej kolejności. Aż trudno uwierzyć, że śniegi Bawarii to nie atrapa. 
Wchodząc do domu potykam się o paczkę. 
Z sukienką. 
TĄ sukienką. 

Będzie na poprawiny ;-)


[16.01]
W kieszeniach, butach i załomach wózka znajdujemy ryż.

(...)
- Rings of power!
- Bzzzzzzt!

Portret (z) pamięci

28.12.2016
Rotawirus - Portret (z) Pamięci



Miejsce Rotawirusa zajęło przeziębienie. Wypluwamy sobie płuca w zgodnym duecie (Wiewiór i Bebe), Grudka zastanawia się zaś nad pierwszym w życiu zapaleniem ucha środkowego, ale zdaje się, że wybierze jednak miłość do precli (Bawarka!). Słowem: Dogorywamy.

(...)
Portal eDziecko.pl (nie pytajcie mnie jakim cudem zboczyłam na tą ścieżkę) pouczył mnie dzisiaj:
Starajcie się ograniczać używanie słowa "Nie". To wcale nie jest takie trudne - jeśli się trochę zastanowić, każdą sprawę można ująć tak, by zamiast zaprzeczenia dziecko usłyszało zachętę do zrobienia czegoś innego. Im rzadziej dziecko słyszy "Nie", tym większą ma ono dla niego wagę i tym mniej jest w domu powodów do awantur.
Joanna Szulc "24 miesiąc życia" - http://www.edziecko.pl/male_dziecko/1,85614,4666056.html

Tymczasem Wiewiór oznajmił wieczorem:
- Słuchaj, Potomka wciąż używa słowa "nie" tylko w języku niemieckim. Chyba też musimy zacząć jej częściej to mówić.

A może lepiej podeślę ochronce cytat z polskich internetów?

Pełny talerzyk

23.12.2016
 



Puste miejsce przy naszym stole jest już w tym roku zajęte. Goście przybyli we wtorek. Państwo pozwolą, że przedstawię: Rotawirus, który przytargał ze sobą awarię internetu (chyba, żeby nam nie było przykro, że nie mamy na nic siły)*.

Przygotowania do Świąt uległy nagłemu uproszczeniu.
Nie powiem, jest to nawet przyjemne.
Zamiast sprzątania, poprawiamy poduszki i wstawiamy kolejne pranie.
Zamiast barszczu - cola.
Zamiast makowca - suchary.
Zamiast odświętnych strojów, świeże piżamy.
Zamiast prezentów... o co to nie! Już czekają. Taka nasza świecka tradycja, że pod choinką jest zawsze z górką. Być może dlatego, że w ciągu roku właściwie się nie obdarowujmy. Tak jakoś wychodzi.

Wybaczcie zatem ciszę.
Prenumeratorzy Bebewieści proszeni są o dodatkową porcję cierpliwości.
Będzie dla Was kalendarz na 2017 do ściągnięcia. Niech tylko internety ozdrowieją.

Tymczasem na te święta, życzymy Wam zdrowia i spokoju.
Dużo spokoju. Spokoju ducha, spokoju w domu, spokoju na świecie.

Dziękuję, że tu ze mną jesteście!

*A jeszcze tydzień temu cieszyłam się, że udało nam się przeżyć niemal cały semestr zimowy w ochronce bez infekcji. A potem jeszcze, przeczytawszy komentarz Kosmicznej na Robótce (ave Kosmiczna!), że mimo Rotawirusów jednak wysyłają....więc pomyślałam sobie, o rany jakie to musi być przykre być chorym na święta**. To oficjalne: jestem czarownicą.

**Tu myślę najcieplej jak potrafię o wszystkich chorych rodzicach, zwłaszcza samotnych. Trzymajcie się tam! Dzień coraz dłuższy.

Wywiadówka

18.12.2016
Powidok sprzed dwóch lat o tej wdzięcznej tematyce, która w okolicach grudnia zawsze staje się aktualna.
Tym samym uprzejmie wnoszę o wydłużenie kalendarzowego grudnia! Ten miesiąc jest decydowanie za krótki!

(...)
Piękno bloga polega na tym, że można, wzorem Doctora Who lecz bez skutków ubocznych, podróżować w czasie. Zatem cofnijmy się do października 2016. Bawaria, Mała Wieś pod Wielkim Miastem. 20:33 czasu lokalnego, środek tygodnia.

Wlane Zebranie Rodziców w ochronce. Siedzimy w kręgu ściśnięci w miniaturowej szatni na ławkach dla krasnoludków. Podejrzewam, że nie zaprosili nas do jednej z przestronniejszych sal zabaw, żebyśmy nie nabrudzili butami. Wszak na ich zdjęcie nie można narażać dorosłych ludzi. 

NaszPanie czytają Wielką Księgę Zasad. Nie jest to zajmująca lektura. Połowa zgromadzonych wyjęła zapałki i zaczyna budować konstrukcje dla powiek. Ku mojemu ubolewaniu odczyt nie zaprasza do dyskusji. Omija mnie zatem spektakularnym łukiem rozważanie spraw egzystencjalnie ważkich, jak na przykład: "Czy urodzinowe menu powinno zawierać parówki czy pizzę?", "Jaką czekoladę kupimy NaszPaniom na Dzień nauczyciela (Milkę XXL, Lindt deluxe czy AlMatura Eko-Bio-Ohne Gentechnik)?" oraz "Dlaczego mama Grudki wciąż nie wpisała swojego imienia na listę wolontariuszy pięknych ciasta na doroczne święto ochronki?***" Wielka Księga Zasad nie zaprasza do dyskusji, bo Wielka Księga Zasad dyskusji nie podlega.

Na koniec idziemy gęsiego za płot do ochronki dla większych kurdupli. Siadamy w jeszcze większym gronie w równie małym pomieszczeniu na równie małych meblach. Wybory nowej Rady Rodziców. Szykuję się mentalnie, że przed dwudziestą drugą stąd nie wyjdę. Stara Rada Rodziców niemal w całości abdykuje podając mniej lub bardziej wymyślne wyjaśnienia, których tak naprawdę nikt nie słucha, bo większość wtuliwszy się w puchowe kurtki śpi pod przykrywką kontemplowania karty wyborczej wręczonej przez Derekcję. Mimo wszystko na białej tablicy pojawiają się nazwiska czujących powołanie matek i jednego ojca. Derekcja podlicza i ogłasza: Skoro zgłosiło się tyle osób ile miejsc w radzie, czy zgadzają się państwo, by bez głosowania wybrać te osoby i tym samym zakończyć to zebranie?
[Okrzyki, owacje, kawior, konfetti, fanfary] 
Matka obok zaczyna cicho chrapać.

Nie. Nie było mnie na liście ochotników. Proszę docenić moją silną wolę (prymuskę musiałam trzymać za warkocze - odpłaciła mi pięciominutowym poczuciem winy na rzecz obowiązkowości wobec lokalnego społeczeństwa). Nie żałuję. Od pieczenia ciasta nie udało mi się wymigać*.

*** No dlaczego? Dlaczego? Przecież wszyscy wiedzą dlaczego!
* Tym razem wyszłam z opresji z godnością, bo Los zechciał podmuchać mi w plecy przysyłając w odwiedziny znajomą Niemkę-Skorą-Do-Pieczenia. Czekoladowy tort wyszedł jej taki, że sprzedał się na festynie zanim zdążyłam w popłochu opuścić salę.

Auto Post Signature

Auto Post  Signature