Image Slider

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyjazd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyjazd. Pokaż wszystkie posty

1D

22.01.2012
Centrum Dowodzenia Kryzysowego


Komputer połączył się z idealnym światem: w Czarnym Lesie jest 21 stopni w pełnym słońcu.
- Nie wierzę. Przecież jest styczeń i do tego leje. Sprawdzę u Ciebie. Wpiszę, Wilka Brytania - trzeszczy Wiewiór przez Skype'a. - Nie, nie może znaleźć. To może Anglia? UK? Nie! Komputerowa pogodynka mówi, że taki kraj nie istnieje.

Tuż przed przebudzeniem, gdzieś między snem a brutalną jawą, Bebe traci na chwilę poczucie orientacji. Azymut zimnej poduszki sprowadza ją szybko na ziemię. Światło jest na sznurek, spłuczka na klamkę, poduszka za płaska, koc zamiast ciężkiej kołdry, chleb z plasteliny, termofor jako namiastka ciepła znajomego ciała, a pod oknem niewidzialni kierowcy jadą różańcem po złej stronie drogi. Wszystko wskazuje na Wyspy.

Cholera by wzięła takie pożegnania! Ostatni wieczór spędziła przy łóżku, obserwując Wiewióra zmorzonego migreną. Następnego dnia, pojechał z nią na lotnisko, gdzie reklamują lepszy świat w 3D. Pani w okienku ślamazarzyła się przy bagażach na tyle, by pozostało im tylko klika minut na bieg do stacji, pośpieszny pocałunek i wepchnięcie Wiewióra do pociągu powrotnego tuż przed zatrzaśnięciem drzwi.  Bebe została na peronie, patrząc jak jej D do pary znika w migoczących szybach. A potem śnieżyca, opóźnienie lotu, długie godziny w ciszy i star trek na laptopie. W perspektywie: płaska szara permanentna chmura i debiut ze studentami. Oby mnie nie nie zjedli wraz z kagankiem oświaty.

Północ. Przez szybę taksówki Bebe ogląda, jak zbyt rozebrane dziewczyny kolędują po pubach na zbyt wysokich obcasach. Zbyt pijani chłopcy w zbyt białych koszulkach chwieją się za bardzo nad papierosem. W domu na wieży zbyt zimno, żeby zasnąć.

Tylko wanna, z idealnego świata, stoi nadal na czterech lwich łapkach po środku łazienki wykładanej czerwonym dywanem. Wanna jest statkiem, a Bebe żeglarzem. Siedzą sobie z książką od dwóch godzin i lądują powoli na wyspie. Bebe zanurza się w gorącej wodzie.

- Nie chcę wracać - szepcze na mokro w Wiewiórowe ucho.
- Byle do wiosny.


°°°

Bebe nadal zbiera smsy w konkursie Blog Roku 2011.
Kto ma zbędny, niech odda!
Wyślij smsa o treści G00404 na numer 7122 (te 0 to zera).
W zamian wymasuję wam obolałe kciuki.

Jeden numer, jeden sms.
Koszt 123 grosze już z vacikiem.

Flying home for Christmas

14.12.2011

Chris Rea. Piosenka, która co roku nabiera dla Bebe nowych znaczeń.


Już od dziewięciu lat utwór ten opisuje bebeluszkową rzeczywistość. Ostatnia skypowa rozmowa: Wiewiór włącza to na cały regulator po swojej stronie ekranu i zaczyna śpiewać razem z Chrisem. Bebe śmieje się na tą wizję własnej przyszłości. Patrzy na człowieka na ekranie komputera i roztapia się jak czekolada w palcach trzylatka. Wiewiór to dom, choć tak nie było zawsze.

Na początku domem były zasypane śniegiem mazurskie lasy, trzypokojowe mieszkanie wśród zamarzniętych truskawkowych pól. Tam kręciła mak przy trzeszczącym czarnym radio z kolędami w programie pierwszym. W Wigilijny poranek, jako najmłodsza latorośl, ubierała chudą choinkę, pamiętającą jeszcze czasy Gierka. Na samym jej czubku różowa kula ze stalagmitem wystrzelającym srebrem w sufit a całość pokryta anielskim włosiem. Tatuś Bebeluszka już w południe podkładał prezenty pod drzewko, a następie wydeptywał w różanym dywanie ścieżkę, regularnie sprawdzając, czy już pojawiły się paczki z jego imieniem. Mama Bebeluszka, dla równowagi w rodzinnej przyrodzie, o prezentach kompletnie zapominała. Zaskoczona odkrywała niezapakowane dobra dla całej rodziny w czeluściach szafy kilka dni po podziale opłatkiem. Siostry Bebeluszkowe zjeżdżały już po pierwszej gwiazdce, żądając pasztecików z kapustą i bigosu.

Rok temu miano domu przypadło hipisowskiemu pałacowi w środku Stumilowego Lasu. Na ręcznie plecionych chodnikach pod ogromną żywą choinką w balowej sali jedli z Wiewiórem sałatkę kartoflaną z kiełbaskami i pieczone z nugatem jabłka ....a po polsku, karpia cichaczem w pokoju, bo dla sześćdziesięciu hipisów ryba nie chciała się rozmnożyć. Za to korzenne wino lało się hektolitrami. Na pasterkę była wielka bitwa na śnieżki w ogrodzie, zakończona suszeniem zmarzniętych stóp przy kominku, gdzie Gwiezdne Wojny snuły do rana niekończącą się opowieść.

W tym roku dom, to nowe gniazdo na poddaszu i pierwsze w historii święta z Wiewiórem sam na sam. Wigilijny wieczór będzie po bebeluszkowemu: choinka i pod nią prezenty. Ma być bigos (podobno bardzo śmierdzące suszone grzyby z kraju ojców już doszły, a z nimi kisiel i kiełbasa) i pierogi opieczętowane irlandzką koronką. Pierwszym dniem świąt dyryguje Wiewiór. Mają być skarpety wypełnione pomarańczami i Wiewióra ulubiona lazania autorstwa Bebe. Gwiezdne Wojny tym razem przegrają z Doctorem Who. Przedświąteczne wieczory zarezerwowali na Franka Sinatrę, czarowanie zwierzaków origami na choinkę i Schmalzkuchen na świątecznym jarmarku (coś w rodzaju małych kwadratowych pączków bez nadzienia, posypanych suto cukrem pudrem, jak śniegiem, i jedzonych patyczkiem z papierowej tutki).

Bebe ma gęsią skórkę na samą o tym myśl. Za kilka godzin pociąg zatrzyma się na na stacji w Czarnym Lesie. Jeszcze przez szybę będzie starała się dostrzec na peronie wysoką czarną kurtkę. Wysiądzie z pociągu z nerwowym uśmiechem na ustach a serce stanie jej na chwilę w suchym gardle. Nie, nie boi się niczego szczególnego, ale nie wie, jak wytrzyma te kilka najbliższych godzin oczekiwania. Ma wrażenie, że za chwilę eksploduje. To tylko to dziwne uczucie, gdy po długiej nieobecności, spotyka się znowu kogoś niemal tak znajomego jak my sami. Tak jakby ten ktoś stał się nagle odrębnym istnieniem, które na nowo trzeba oswoić. I dostrzega się znowu, jak ten ktoś naprawdę wygląda. 

Na tym peronie Bebe roztopi się znowu jak czekolada, tym razem w znajomych ramionach, i zaczną się święta!

Londyński zdjęciowy ciąg dalszy

9.12.2011
Zdjęciowy ciąg dalszy, tym razem w wykonaniu Bebe (studia w towarzystwie Maryli obligują do zrobienia użytku z własnych aparatów lustrzanych). Wyspowy Mordor zwany Londkiem Zdrój zaistniał na liście Maryli z trzech powodów: biznesu, zakupów i jedzenia.O tym pierwszym napiszmy tylko tyle, że gdy Bebe piła najlepszą Chai Latte w greckim bistro, Maryla zagościła na międzynarodowej scenie food-fotograficznej.
Jeśli zakupy w Londku, to na Oxford Street, którą to ulicę omijają szerokim lukiem co przytomniejsi mieszkańcy miasta. Pachnie tu wężową skorą, cenami do nieba, tłumem i pośpiechem. A nad tym konsumenckim rozgardiaszem błyszczą niczym nie wzruszone gwiazdy:

Gwiazdka pomyślności nad Oxford Street


Kiedy Maryla zmęczyła się nadmiarem dobra i brakiem zdecydowania w zakupie, a Bebe nabyła kolejną parę kolorowych rajtek (tych niebieskich z serii zdjęciowej numer dwa), nadszedł czas na kolejny punkt programu: jedzenie. A jak jedzenie to tylko w Mamuśce!

Najprawdziwszy, bo polski, i jedyny Bar Mleczny w Anglii!!!
Mamuśka to oaza polskości wśród chińskich bud w starym centrum handlowym przy stacji metra Elephant & Castle. Właściciel Anglik zakochał się w polskim wynalazku barze mlecznym i otworzył własny nad Tamizą. Dania główne za piątaka, desery za trojkę, surówki za jednego funta.W menu panteon polskiej klasyki kulinarnej: schabowy, pierogi z kapusta i grzybami, buraczki duszone, placki ziemniaczane, gołąbki, marchewka z groszkiem, kompot i mielone w sosie pieczeniowym. Gra polskie radio, na ścianach prace polskich artystów za granicą. Bywają tu goście tubylczy i zagraniczni, a dla tych co pierwszy raz jest nawet instrukcja samoobsługi:

Najfajniejsza jest notka o "lovely lady at the counter" :)
 

Tutaj ofiara Maryli:


Tym schabowym Maryla mogła zakryć całą twarz


A tu Bebe o głodzie w oczekiwaniu aż pani z okienka krzyknie: Numer dziesięć! Number ten! i postawi na blacie parujące z gorąca gołąbki utopione w pomidorowym sosie:

zdjęcie zrobiła oczywiście Maryla
 
Następny dzień zaczął się od nieporozumienia. W Stumilowym Lesie kupić można w każdej, nawet najbardziej dworcowej kawiarni, mleczne cudo pt. Latte Macchiato, które składa się z trzech warstw: mleka, kawy i mlecznej pianki. Każdą warstwę widać przez szklanki szybkę, a długą łyżką burzy się tą precyzyjną płynną konstrukcję. Na Wyspach caffe latte, to zwykła kawa z mlekiem. Pianki w niej jak na lekarstwo, a macchiato w stumilowej wersji ze świecą szukać. Możecie sobie zatem wyobrazić zachwyt Bebe na widok Latte Macciatto wyróżnionej na tablicy kulinarnych ogłoszeń we francuskiej kawiarni, do której wybrały się z Marylą na śniadanie. Bebe zamówiła cudo bez zastanowienia razem z tostami i jajkiem. Czekała niecierpliwie pocierając kolankami. A teraz wyobraźcie sobie bebeluszkowe rozczarowanie gdy kelnerka postawiła przed nią to:

Latte Macchiato po wyspowemu

Od katastrofy uchroniły ją tylko tosty z jajkiem, które zamiast suchych tradycyjnych kwadratów, okazały się smażonym chlebem z sadzonym podójnie. Sobotnie śniadanie w stylu Mamy Bebeluszka. Zapachniało domem....


Co się dostaje w Londku, gdy się zamówi Egg on Toast.



Zakupów część druga odbyła się na Regent Street (tuż obok Oxford Street). I o ile na Oxford Street Bebe wyłącza mózg po średnio dziesięciu minutach, by w rzece ludzi bezmyślnie dryfować między rzędami najnowszych trendów, tak na Regent Street Bebe doznała estetycznej ekstazy, a pobudzone szare komórki rejestrowały każdy szczegół. A wszystko przez jeden jedyny sklep: Antrophology. Gdyby tylko każdy sklep tak wyglądał, pachniał, czuł i brzmiał, Bebe mogłaby gotowa byłaby nawet polubić zakupy.W Antrophology znajdziecie ubrania, biżuterię, akcesoria, ale przede wszystkim naczynia i inne kuchenne wynalazki. Raj dla wizualnych nałogowców i Maryli, której kolekcja fotogenicznych kuchennych utensyliów jest już w pewnych kręgach słynna.Nawet Bebe musiała nabyć coś drogą kupna, cokolwiek. Padło na dwie miseczki, dla Wiewióra i dla Bebe. Jakoś łatwiej wydawać pieniądze na kogoś niż na siebie.

Bebe z miską. Foto by Maryla



Nawet trywialne miarki są w Antrophology fajne.

Ciekawskie Futrzaki. Antrophology.

Wielofunkcyjne ekologiczne papierowe nakrycia do stołu. Dzieciakom będzie się po tym też dobrze rysowało.

Szufladowy Mondrian.








Bebe zamawia taką do pr

Na koniec szybka wizyta w największym sklepie z zabawkami, gdzie sama autorka Harrego Pottera kupiła prezenty swoim dzieciom ze pierwszą wypłatę za bestseller wszechczasów. Jeśli Bebe dochrapie się kiedyś potomka, dla jego własnego zdrowia psychicznego, nie zabierze go w to miejsce. Mali Ludzie dostawali kociokwiku wśród kolorowych alejek po sufit wypełnionych tym, czego dziecięca dusza nawet nie potrafi zapragnąć. Chłopczyk w niebieskim sweterku w paski rzucił się na ziemie w płaczu o gigantychną lokomotywę. Dziewuszka w różowym wrzuca do basenu z rybkami figurki smerfów. Bliźniaki nieopatrznie zgubione przez rodzicielski wzrok wpychają do pyzatych buź kolorowe cukierki. Klowni czarują popisowe sztuczki, dziewczęta ze skrzydłami rysują magicznymi kredkami świąteczne kartki. Kupić można roboty, latające wróżki a nawet replikę różdżki Harrego Pottera, czym koło czasu zatacza krąg. A w tym wszystkim wyspowe, tradycyjne, melancholijne misie:



I ostatni widok na świąteczną ulicę. Gdyby był tam Wiewiór, już całowaliby się z Bebe pod tą gigantyczną jemiołą!

Carnaby Street w świątecznym ubiorze.

W pociągu powrotnym surrealistycznie. Zaczęły nastolatki po prawej, za nimi panie pod pięćdziesiątkę z przodu i chłopaki z wesela na tyłach wagonu. Aparat w wyciągniętej ręce, cheese i flesz! Istna zbiorowa histeria zdjęciowa z ręki. Maryla i Bebe nie chciały być gorsze:

Maryla i Bebe w pociągu relacji Londek Zdrój - Kraina Yam Yam

Mama Maryli jest Polką. Choć Maryla po polsku nie mówi, to odziedziczyła polską cechę narodową jaką jest gest. Dwa i pół kilo małży w sosie pomidorowo-winnym stoi na kuchence Bebeluszka. Dwa i pół kilo, bo Maryla bała się, że będzie za mało. Maryla już w Stumilowym Lesie wyprowadza swojego mopsa na spacer, a Bebe nadal smakuje:

Radosna twórczość Maryli w kuchni: Małże w sosie winno-pomidorowym z porem i szczypiorkiem.

°°°
Do spotkania z Wiewiórem zostało 5 spań.
Hip hip hurra!

Katarzynki

27.11.2011
Śledzik Katarzynkowy


Zoyka to dziwna osoba. Tarza się po podłogach, sofach i dywanach. Rży przy tym jak źrebak, co się najadł koniczyny. Zwłaszcza po rozpakowaniu królewskiego prezentu, bardzo dukanowego i w słoiku. Bebe, jako okrutny Król Śledzi, ofiarowała Zoyce kilku niesubordynowanych poddanych w zalewie octowej.

Pociąg ogórek spóźnił się popisowo. Żeby się współtowarzyszom niedoli nie nudziło, Bebe urządziła przedstawienie na trzy pęki różnokolorowych róż, celofan, bibule i nożyczki. W scenie finałowej, zapakowała spektakularny bukiet w czerwoną torbę i opadła na fotel celem regeneracji. Hindus z przenośną telewizją zmienił z ulgą kanał na wiadomości irackie.

Godzinę później Bebe mroziła pęciny przed stacją kolejową na Zoykowej wsi. Sobowtórki Zoyki parkowały przed wejściem, odbierały pracujących mężów, dzieci szkolne i ciotki w odwiedzinach. Bebe nawet do jednej pomachała, co jednak nie wywołało oczekiwanego odzewu. Sama Zoyka dotoczyła się dziesięć minut później swą wyluzowaną bryką ze skrzynią biegów sprawną inaczej. Włosy blond, seksi kostiumik, sztuczne futro, i obcasy - były. Grubości i depresji - nie zanotowano.


Fakt faktem, że Pierre Dukan zbałamucił Zoykę doszczętnie. Sama nawet przy imieninach wcina białko z białkiem, gościom każe nadrabiać węglowodanowe niedobory. Zoyka dziwna jest, więc wszystko działo się na dodatek w odwrotnej kolejności. Najpierw na ławę wjechała kawa, potem ciastka, chipsy, drinki, a na koniec sałatka i kiełbasa. Gdzieś między ciasteczkiem za Zoykę a czekoladka za Zoykę, nadciągnęła odsiecz w postaci Jojo z ognistym włosem. Jojo mieszka w sąsiedzkiej wsi, zna Zoykę nie od dziś i  jest jedyną osobą, jaką Bebe zna, która może, a nawet powinna, nosić podkoszulki ze świecącą nitką. Takie Jojo można przyjmować z otwartymi ramionami.

Picie z Zoyka to ciężka praca, bo do procentów Zoyka ma lekka rękę. Zamiast soku z odrobina wódki serwuje wódkę ze wspomnieniem soku. Sama gospodyni w oficjalnym gronie popija jedynie bezprocentowe bąbelki w wersji light. Nieoficjalnie zaś znikała częstokroć w samotnych czeluściach kuchni, z których wracała zawsze weselsza. Ciekawe.

Po takim wstępie, cała trójka wybrała się do klubu pod tęczowym autobusem na tańce-wygibańce w towarzystwie pań i panów prostych i zakręconych. Z jedną Panem-Panią Zoyka chciała nawiązać fotograficzna przyjaźń, która nie trwała jednak długo, bo Zoyka sięgała jej do pępka. Pan-Pani miała fajowe chude nogi na mega obcasach i super perukę na pazia. Drobiła przy tym, jak sama Tina Turner i w ogóle fajowa była, dla Zoyki nawet uklękła. O trzeciej rano procenty zaatakowały Jojo. Teleportowano ją zatem do łóżka, a Bebe z Zoyką do kuchni. Pytlowały do białego rana, pijąc wodę na umór (Zoyka) i wyjadając ser z koreczków (Bebe). Przy okazji Zoyka wymalowała Bebeluszkowi pół własnego żywota, które dowodzi, że Zoyka to zdecydowanie Mietek z Najtwardszych.

Rano było mgliste, przerwane jajecznicą i hektolitrami wody. Tuż przed wyjazdem Bebe, w Zoyce obudziła się Matka Polka, która zapakowała w dwa plastikowe worki furę ciastek, bardzo nie dietetycznych. Na wypadek, gdyby śnięta Bebe w ciągu półtorej godziny w pociągu zamieniła się Ciasteczkowego Potwora.

Ciasteczka leżakują teraz na kuchennym stole, przypominając Bebe, że fajna ta Zoyka, choć dziwna.

p.s. Zdjęć Bebe nie posiada. Bebeluszkowy aparat ukradł keczupowy listonosz. Może Zoyka coś niebawem uwirtualni.

Sztuczne ognie

4.11.2011


Cicho, zimno i dramatycznie. Tak miało być po wyjeździe Wiewióra, który jeszcze dziś na lotnisku nucił w bebeluszkowe ucho You are the hero of the blog na melodię "We are the champions" the Queen. Ateista, a taki w Bebe wierzący.

Zamiast ciszy jest rock'n'roll na żywo. W wigilię Święta Ognisk Anioły Piekieł otworzyły progi swego pubu dla bez-harlejowych tubylców. Pachnie siarką, a szyby drżą nie tylko od głębokich basów. Jak z armaty wystrzelane, czerwone i zielone świetlne kule, rozpadają się tysiącem gwiazd nad bebeluszkową wieżą.

Niebo rozpalali do czerwoności hinduscy sąsiedzi, już od tygodnia celebrujący Diwali, festiwal światła i dobrobytu. Jutro powinności ogniomistrza przejmą Yam-Yamy. W głównym parku zapłonie ogromne ognisko ku pamięci Guya Fawkesa - w kraju przodków Wiewióra bohatera narodowego, w Yam-Yamowie zdrajcy. Jak Bukę w Muminkach, ciepło i światło ze starych płonących palet zwieńczonych symboliczna kukłą przyciągnie pół Yam-Yamowa w kaloszach. Puszczą karuzelę w tan i będą lać piwo w strugach deszczu. Bebe doświadczyła tubylczego rytuału trzy lata temu, który stracił czar zwieńczony klasyczną grypą. Z braku podstawowego ekwipunku w postaci gumowców, Bebe będzie podziwiać tegoroczne fajerwerki z wysokości domowych pieleszy.

Dramatu też brak. Czas Zimnej Kołdry jest tym razem bardzo określony, a tym samym znośny. Bilet do Czarnego Lasu leży na bebeluszkowym biurku, jak gwarancja pocałunku z sześciotygodniowym odroczeniem.

Teraz tylko odliczać spania, zabijać czas pracą i czekać na fajerwerki: te prawdziwe, noworoczne.

O powrotach i związkach na odległość

7.09.2011

Bebe we francuskim supermarkecie z "Małym Brie" w roli głównej.

Było bosko. Szczyty francuskie i niemieckie zdobyte. Morze piwa wypite. Góry Quarkspeise pochłonięte (dużo serka homo zmieszać z dużą ilością owoców rożnych. Zamieszać. Podzielić z się z przyjaciółmi. Zjeść.). Salwy śmiechu i wodospady potu wylane. Bagietka z kozim serem na zamku w Wogezach zaliczona. Cudza ciotka sernikiem nakarmiona. Wiewiórowe buty do wkładek schodzone i zamienione na nowe, bardziej sportowe. Razem z przyjaciółmi wszystkie sześć części Star Wars obejrzane. I niech moc będzie z Nami!
Tymczasem Potomek Cudzy, zwany też Małym F., o trzy miesiące starszy niż poprzednio, powiększył swa dietę o torebki papierowe, kurz z podłogi, kant stołu i surową marchewkę w całości. Kąpać się nadal nie lubi i skutecznie tego stanu unika.

Teraz Bebe przepakowuje plecak. Nabywa drogą kupna trzy kilo żytniego chleba i osiem kalarepek (bo w Yam-Yamowie owych jeszcze nie wynaleźli a Bebe bardzo lubi, zwłaszcza na drugie śniadanie). Wsiada w samolot i wraca na Wyspy (nadal) Deszczowe i Mgliste. Do kolejnego spotkania z Wiewiórem 4 miesiące. Tego jeszcze nie było.

Dla uspokojenia Bebe przeczytała dziś w sierpniowym wydaniu Wysokich Obcasów, że związki na odległość mają szansę przetrwania li i jedynie wtedy, gdy przekroczą magiczną liczbę ośmiu miesięcy. Bebe i Wiewiór mają staż satelitarny już niemal dwuletni. Jest zatem szansa. Choć krokami Monici Bellucci (staż satelitarny z Vincentem Casselem: 12 lat) Bebe kroczyć nie zamierza.

Alchemia pakowania

26.08.2011
235 kwestionariuszy i 105 dziecięcych notatników obrazkowych, przerobionych na powidła z tabelek i wykresów, leży równiutko poukładana w komputerowej spiżarce. Będzie trzeba to jeszcze ku naukowej pamięci opisać, ale to dopiero jesienią. Tymczasem Bebe zamyka laptopa i jedzie z Wiewiórem na tydzień w góry Czarnego Lasu. Start na przystanku tramwajowym przy Kaczym Zębie (od kiedy kaczki mają zęby? To musi być jakaś autochtońska odmiana). Wiewiór przybędzie sam z warsztatu, a Bebe przytacha dwa plecaki spakowane wczoraj wieczór z wielkim namaszczeniem i ładunkiem umysłowym.
A było to tak:

Wczoraj wieczór Wiewiór wyciąga się na łóżku jak długi.
- A co ty robisz ??? - pyta Bebe z lekkim wyrzutem w głosie - Przecież miałeś się spakować...teraz, żeby nie robić tego rano przed pracą.
- No właśnie się pakuję.
- Tak?
- Muszę tu poleżeć i pomyśleć, co spakuje. To bardzo ważna cześć pakowania.

Dwie minuty później, Bebe kładzie się obok Wiewióra:
- I jak ci idzie?
- Dobrze.
- Spakowałeś się już?
- Nie, jeszcze nie.
- To co teraz obmyślasz, skarpetki czy podkoszulki?
- Do tego jeszcze nie doszedłem.
- Rozumiem. To może jak już tak myślisz, to pomyślisz i za mnie?
- Hmmm....
- No tak, nie potrafisz się skupić na dwóch plecakach na raz.To ja idę pod prysznic.

Bebe wraca z łazienki a Wiewiór nadal leży na łóżku jak leżał.
- I jak postępy?
- Jestem spakowany.
- W myślach czy na jawie?
- Na jawie, myślisz żeby wziąć sweter?

°°°°
Niezbadane są Wiewióry. Najcieńszy sweter w paski wcisnął się ostatnim rękawem do plecaka.

A Bebe ma dylemat, jedna czy dwie pary butów?
Aparat na pewno!

Zapach królewskiej babci

18.08.2011
Diuk Camberland, w Szkocji nazywanym Rzeźnikiem Cumberland bo doprowadził tam do czystek etnicznych na skale Ruandy 1994, otrzymał ten dom od króla Anglii w nagrodę za swe czyny. Ale roztył się bardzo i umarł młodo (44 lata). Jestem Szkotem i nie jest mi go szkoda. W tym pokoju Voltaire sprzedał królowej 12 egzemplarzy swojej wtedy najnowszej książki. Królowa Matka dożyła wieku 102 lat właśnie w tym parku, a mieszkała w wilii po drugiej stronie drogi. Na tej sofie Jan Christian Andersen pił bawarkę z królem. Studenci odwiedzający nasz dom, często choć na chwile nawracają się na chrześcijaństwo, by zobaczyć królową z bliska podczas niedzielnego nabożeństwa w prywatnej kapliczce za płotem. Proszę państwa, proszę na chwilę przerwać konsumpcję tej wyśmienitej kolacji. Czyż stek dzisiaj nie jest wyborny? Proszę wyobrazić sobie, że właśnie w tej jadalni odbyły się sceny z prawdziwej "Mowy króla". Stąd nadawano słynne przemowy radiowe Grzegorza IV i jego brata.

Biała głowa profesora lingwistyki pochyla się nad portretem króla przed radiowym mikrofonem. Profesor rzucał nowinkami i nazwiskami, a Bebe i reszta naukowej przyszłości narodu zastygała w antycznych fotelach w nabożnym milczeniu. Magia przeszłości rozlała się po korytarzach, które dla Bebe nadal pachną starą babcią, ale to przecież babcia królewska, nie byle jaka!

Hrabina

17.08.2011



W Windsorskim parku jak na Wichrowych wzgórzach. Pochmurno, mokro i fioletowo od dywanów wrzosowisk. Srebrne wiewiórki kradną żołędzie z osiemnastowiecznych dębów. Sarny pasą się na hektarach równiutko skoszonych łąk. A chmary much osaczyły głowę delegatki z Liverpoolu zwabione zapachem lakieru do włosów. Tylko Heathcliffa na koniu brakuje. Za to jest wysoki kucharz serwujący na kolacje pate z łososia na łóżku z rukoli i arbuza oraz krem brulee niemal idealny. Cieniutka warstwa cukrowej opalenizny przykrywa puszyste wnętrze z najprawdziwszą wanilią. Na dobranoc bardzo tradycyjny teatr jednego aktora. Bebe jest arystokratką. Przez chwilę.

Śniadanie u królowej

16.08.2011
No prawie, choć prawie robi wielka różnicę. Jednak Windosr Castle jest na progu, ukryty w lasach ogromnego parku, który zjadł nawet małe wioski i farmy. Od królowej dzieli Bebeluszka 30 minut spaceru przez rozlegle zielone pagórki. Audiencji jednak nie będzie, bo Elżbieta postanowiła spędzić ten tydzień w stolycy. Mimo to, jest wszechobecna. Jej liczne podobizny zdobią labirynt korytarzy. Królowa uśmiechnięta, królowa poważna, królowa młoda, królowa w kwiecie wieku. Delegaci z Chin robią sobie zdjęcia z największym portretem królowej w reprezentacyjnym pokoju gościnnym. To prawie jak spotkanie na żywo. Prawie Chińczykom nie robi różnicy. Bebe siedzi w ogrodzie zamkowego domu gościnnego i czeka aż siadanie na srebrnych tackach przyjedzie do jadalni. Konferencja naukowa w takich okolicznościach przyrody, to już prawie wakacje.Tylko pogoda iście wyspowa, czyli prawie lato. Bebe opatulona w sweter i płaszcz udaje, że jej ciepło. Na korytarzu brzęczą naczynia. Śniadanie nadjeżdża. Czas na herbatę z mlekiem w wytwornej filiżance i tosty przykryte pierzyną fasolki w sosie pomidorowym. Tym nawet dom królowej nie różni się od innych wyspowych.

U Hanyzki

30.07.2011


Bebe jest pod takim wrażeniem Hanyzki i Matki, że aż trudno to ubrać w słowa.
Na brakosłów może wpływać również gruzińskie wino wypite w altanie pod aniołem i "kukumber low" u Sowy. Poza tym padało namiętnie, bo pogoda stwierdziła, że Bebe może dostać szoku termicznego bez wyspowych deszczy. Nie było zatem koni, bryczek, jacuzzi i jachtów. Sandały tkwią nadal w podróżnej torbie. Ale to nic, bo i tak było bosko! Nawet jeśli bezowy egzotyczny Dakłas sfermentował i Bebe musiał wystarczyć sam widok.



Hanyzka Bebeluszkowi coraz bardziej syjamska. Nawet na szoping udały się do sklepów sportowych, celem nabycia identycznych gatek do biegania. Matka jak zwykle długonoga i jakby węższa w swej osiej talii. Tylko czemu zasypia w okolicach przedpółnocnych? Czy Bebe ma to wziąć do siebie, czy jednak zrzucić winę na matczyna rzeczywistość pracującej na pełnym etacie bizneswoman z dwojgiem dzieci? Bebe liczy na Matki rychłą poprawę, a najlepiej rewizytę.

Tymczasem Bebe zbiera ogórki na polskiej wsi, biega sprintem w ucieczce przed tubylczymi psami, nie lubi bimbru i regeneruje siły na dalszy odcinek podróży po kraju: stolyca. howk!

życie na gorąco

26.07.2011
Dziś w programie trzecim polskiego radia pogodynka ubolewała nad listopadową aurą w kraju. Podobno pada i jest chłodno. Zaledwie 21 stopni. Radio Yam-Yamowe ogłasiło dziś pełnię lata. Pierwszy słoneczny dzień od 2 tygodni. Fala upałów. 21 stopni. Na wszelki wypadek Bebe zapakowała sandały i deszczak.

Tymczasem Bebe utuczyła wiekopomne dzieło naukowe kolejnym rozdziałem. Spakowała się właśnie i jak zwykle po nocy żegna się przedwyjazdowo. Ostatni tydzień w Yam-Yamowie minął jak z bicza strzelił. W międzyczasie Bebe:
- czosnkiem i mlekiem opanowała napad gorączki, co przypałętał się bez sensu na całe cztery dni.
- zjadła własnoręcznie upieczony chleb (sprawdzony przepis dla leniwych: blog moje wypieki).
- odkryła, że szynka sopocka składa się nie tylko z mięsa, ale i z innych magicznych składników np. cukru.
- nauczyła Wiewióra, że amerykańskie masło orzechowe to jednak nie jest najlepszy wybór (orzechy plus cukier pod trzema nazwami!).
-  podczas zakupu nowych cichobiegów, dowiedziała się że jest doświadczonym biegaczem, skutkiem czego obrosła w piórka.
- odbyła udany dziewiczy 80 minutowy lot w profesjonalnym nabytku biegowym. bieganie jest fajnie!
- dowiedziała się, że jak posłuchać Bebe, to ta raczej woli jeść maliny z jogurtem i świeżym mango niż pączki z nadzieniem toffi.
- po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie dokończyła ciasta do kawy, bo już nie miała ochoty.

- dowiedziała się, że w Bangladeszu gotuje się i spożywa liście ogórka i dyni. Czy ktoś próbował?


A teraz dopija piętnastą melisę i cieszy się, że jutro o tej porze będzie popijać gruzińskie wino w jakuzzi u Hanyzki podgryzając 30 kg ogórków ukiszonych na jej cześć.

Do całuśnych kompulsów z Wiewiórem jeszcze 13 spań!

chlebem i solą

18.07.2011
Welcome! Jak mówi londyńska Babcia, z którą w zamierzchłych czasach młodości Bebe studiowała sztuki mniej lub bardziej piękne w Mieście Pierników. Babcia jest babcią, bo już po dwóch (z przewidzianych czterech) godzinach kwitnięcia przy sztaludze siadała na kubikach z ciężkim stęknięciem masując obolałe plecy. A wieczorem w domu, kładła się z Bebe na tapczanie z nogami do góry i przysięgała, jak co tydzień, że się zapisze na basen. Zatem welcome! Bebe wita was własnoręcznie upieczonym chlebem z pełnego przemiału i mąk różnistych (żyto, pszenica i cieciorka). Soli w nim całe dwie i jedna ósma łyżki:



Wojaże były bujne w wydarzenia, przemyślenia, ciekawych ludzi, pyszne potrawy, inspiracje, zieloną trawę, morski piasek, wiatr we włosach, naukowe wynurzenia i pracę od świtu do zmroku. Czy uda się zachować to wszystko od niepamięci, czas a właściwie wiekopomne dzieło naukowe pokaże. To ostatnie rozpycha się w Bebeluszkowym życiu łokciami. Bebe karmi je solidnie, bo przecież przez żołądek do naukowego serca. A dzieło rośnie jak na drożdżach, głaszcze się po coraz tłustszym brzuchu i domaga się coraz dłuższych kontemplacji siebie. Bebe znosi to z pokorą, tylko czasem pochlipując nocami w poduszkę.

Już długo jednak, bo bilet do kraju już wykupiony. Jeszcze tylko 8 spań.
Bebe zatem spina naukowe mięśnie na mózgu, by móc bez wyrzutow sumienia porzucic wiekopomne dzieło naukowe na całe dwa tygodnie. Jest w tym jakieś radosne oczekiwanie, trochę jak przed świętami. Hanyzka chłodzi węgierskie wino. Bebeluszkowi rodziciele kiszą już ogórki.. Bułka Starsza z Młodszą aż piszczą z niedoczekania. Bebe zaczyna śnić o chrupiącej kalarepce i soczystych marchewkach.

Zamknięte z powodu, że.....

22.06.2011

Bebe wybywa służbowo mniej i bardziej.
Oprócz głoszenia słowa naukowego,
ma zamiar zamienić myśli czarno-białe na bardziej tęczowe lub po prostu szare.
Cisza w eterze do odwołania.
Bebe będzie jak wróci.

Oznaki tęsknoty można wymazać kredą w komentarzach,
tudzież wymalować labiryntem słodkich słów pod
bebeluszek@gmail.com

Howk!

Zapach domu

17.05.2011
Menadżerom kosmonauty tak spodobała się bebeluszkowo-wiewiórowa kojąca obecność, że tydzień później znowu przemierzali szlaki Czarnego Lasu. Cztery i pół hobbita na drodze do Góry Złotego Sernika.


Stopniowe zwiększanie obciążenia podobno służy mięśniom. Kosmonauta w dumnym wieku 7 tygodni podszedł do bebeluszkowych treningów górskich poważnie. W ciągu sześciu dni przybrał na wadze cały kilogram. Bebe też cięższa, dwa razy tyle. Nie wie tylko, czy to już tłuszcz, czy może szczęście tyle waży.


Sernik trafił się psychodeliczny, o co podejrzewa się osiem rodzynek wciśniętych między nadzienie a kruchy spód. A może to wygłodniały aparat rozpoczął konsumpcję wizualnej treści, ledwo ciągnąc na oparach pustych baterii?


°°°
Leży Bebe z Wiewiórem w rajskim łóżku. Bebe wtula twarz w białą poszewkę w drobne kwiatki. Podnosi się nagle i wykrzykuje odkrywczo:
- Ta poduszka pachnie domem!
Wiewiór wdycha powietrze przez poduszkowe warstwy i stwierdza:
- Pachnie mną!
- Pachnie jak dom. - powtarza Bebe, starając się zapamiętać ten zapach na dłużej.
- A ta? - pyta Wiewiór podając Bebe zieloną poduchę.
- Ta pachnie proszkiem do prania.- Bebe odrzuca zieloną na bok i sięga po białą w kwiatki - Ta pachnie domem.
- Ty też jesteś moim domem.- Wiewiór całuje Bebe w środek czoła, tak jak tylko Wiewióry potrafią.

°°°

Dzisiaj żelazny ptak zabierze Bebe czarterem na bezwiewiórową stronę szklanej tafli.
Bebe zabierze tylko jeden gigabajt wspomnień i dwa bochenki chleba na najprawdziwszym zakwasie.

kalarepka z truskawkami

9.05.2011
z pozdrowieniami z raju....



w raju jest lato.
i jedzenie ma smak.
kalarepka z truskawkami i chleb na zakwasie od chłopa.
tradycyjny sernik z wiśniami. i jeszcze pół z makiem - nie idą w boczki.
majestatyczne góry czarnego lasu przebywane codziennie z sześciotygodniowym kosmonautą zamiast plecaka.
kosmonauta w pasiastej chuście śniący ufnie na bebeluszkowej piersi o rzekach mlekiem płynących.


raj to ramiona wieczorową porą, szepty gorące i pewność, że tu jest dom.



raj to najprawdziwsze życie, bez wydumania i komplikacji.




bebe jest szczęśliwa.

Spań do raju: ZERO!!!

3.05.2011
Teraz to już tylko kwestia godzin!
Ekscytacja jak przed rozdaniem świątecznych prezentów.

Opryszczka zeszła.
Siły do ćwiczeń na drążku są.
Sukienki i sexy szorty spakowane.
Buty do biegania też.
Trzy kilo najmocniejszej herbaty dla Wiewióra zakupione.
Podróżny notatnik i ulubiony cienkopis do słowotwórstwa w plecaku.
Najważniejsze w tym wszystkim też jest!
Siedzi w zielonych trampkach wypachniona i gotowa do drogi!
Na wadze, jak zaplanowane, 70 z hakiem. Dobrze.
Jeszcze tylko poranne spotkanie z ciałem pedagogicznym,
a popołudniu lot, miejmy nadzieję tym razem bez turbulencji i podejrzanie świszczących silników.

Niech Kung Fu Panda będzie z Wami!
Howk!

prezenty

25.03.2011
oprócz ciężarówki dobrych życzeń i dwóch wagonów pozytywnych myśli z całego świata, bebe dostała na tegoroczne urodzino-imieniny:

- nową tożsamość w różowej książeczce! urząd miał starą zieloną książeczkę przez cały czas, tylko bebe się o tym zapomniało. pani w okienku z szerokim uśmiechem zrobiła w niej dwie idealne dziury na przestrzał, po czym wręczyła bebeluszkowi różowo-zielony zestaw. i hajda! przez krótką chwilę bebe zastanawiała się czy to aby ambasada polska. pani z okienka zażądała od bebeluszka dowodu wpłaty, który to służył bebeluszkowi jako zakładka w nader fascynującym zbiorze opowiadań z gatunku fantastyki urbanistycznej. pani z okienka dowód wzięła, a za chwilę przesuwała przez szparkę pod-okienkową inny karteluszek, "to zamiast zakładki".

- obieraczkę do cytrusów! hit designerskiego sezonu, co wygląda jak metalowa łza zakończona harpunem. mała rzecz, a jak podwyższa znacznie jakość bebeluszkowej codzienności.

- spotkanie z samym adadorem! przepytlowały dobre dwie godziny w słońcu i przy kawie. okazuje się, że adador nie jest hipopotamem ani kurduplem. ma za to fantastyczny rower, ma moc i piękny głos! i dużo pozytywnej akceptującej energii, która bebe zassała aż do utraty wszelkich wątpliwości. spotkanie dopełniła międzynarodowa konferencja telefoniczna z wariatkami z bydgoszczy. bebe postuluje o powtórkę i powtórki powtórek! koniecznie!

- 5-dniową kartę wstępu do fitness klubu od pomarańczowej telefonii komórkowej. kartę bebe postanowiła wykorzystać tuż po urodzinach, jako prezent dla ciała i ducha. fitnessowe spa jest przydatne zwłaszcza w obliczu konkursu "kto spali najwięcej w tydzień", w którym to bebe stanęła w szranki ze śmietanką śmietanki mulionerskiej. po dwóch dniach szaleństw, pierwsze miejsce obronione. bebe ma pośladki ze stali i wagę w stanie zwyżkowym. gupia waga*.

- zen. spłynął na bebeluszka w urodzinowe popołudnie. w muzeum medycyny. bebe siedziała na białym krzesełku z czarną słuchawką przy uchu, a tam pewna jo-jo odchudzaczka ogłaszała otyłość nową modą, czyli fat is a new black. bo już dłużej nie mogła walczyć sama ze sobą. 3 miesiące później, założyła sukienkę o 3 rozmiary mniejszą! owa odchudzaczka wyluzowała. a bebe razem z nią.

c.d.n. o ile bebe, po tygodniu fitnessowych zmagań, nie pożegna się z tym światem.


*wagi są gupie. wytykają wszystko co się da. nawet małe stadko urodzinowych krówek-ciągutek. gupie są wagi.

miasto, którego nie ma oraz zaproszenie

19.03.2011


bebeluszkowi też paszport zniknął. ten ze zdjęciem w niebieskim t-shircie, zezem i twarzą jak po nieprzespanej pijackiej nocy, na którym to zdjęciu bebe dziwnym zbiegiem czasowych okoliczności wygląda na wiek kwiecistszy niż w chwili obecnej. bebe miała odebrać paszport nówkę, ale dział paszportowy prowadzi li i jedynie handel wymienny. żąda starego dokumentu lub dodatkowych 60 funciaków. to ostatnie to bebe miała na przeżycie całego marca. cóż....spróbuje na piękne oczu jeziora i dowód osobisty. na którym nota bene bebe wygląda jak własna babcia w ulepszonej popromiennej wersji.

bebe wybywa zatem do miasta, którego nie ma. szukać paszportu. szukać zen. i wiosny.

wróci w okolicach przyszłotygodniowej środy. cyfrowo już podstarzała.ale, miejmy nadzieję, bogatsza w niezbite dowody własnej tożsamości i błogostan duchowy. ale bez marzanny.



22 marca. w drugi dzień wiosny bebe zaprasza wszystkie śledzie przeszłe, przyszłe i teraźniejsze do bebeluszkowa na urodzinową niskokaloryczną niespodziewankę! a co!

po!

17.11.2010
no to jest wlasnie po.
po. po. po.
jakiez to piekne slowo! zwlaszcza jesli oznacza niewatpliwa przeszlosc!!!!

bebe idzie swietowac do pubu z innymi cierpietnikami. poszlo.....chyba dobrze :) zlosliwych pytan brak. banan na twarzy. ulga w sercu :) bebeluszek przesyla bebeluszkowe ukochania i calusy jak najbardziej soczyste dla wszsytkich kciukowych trzymaczy i przesylaczy pozytywnych mysli!!!!! nie-jedzenie chleba i slodyczy dziala cuda!!!!!!! baja cos o tym wie.

a jutro. 4 rano pobudka. kawa w dlon i godzinny marsz na stacje kolejowa. bo w yam-yamowie tak rano autobusy nie jezdza. a potem lot w irlandzkie mgly i wiewiorowe ramiona.

bebe kocha i skacze na jednej nodze!!!! juhuhuhu!!!

bywajcie w chudnacym spokoju! i niech kung fu panda bedzie z wami!

Auto Post Signature

Auto Post  Signature