Image Slider

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yam-yam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yam-yam. Pokaż wszystkie posty

Zimno?

3.02.2012
To dopiero była zima. W Gorcach, domek Muminków nad dachami świata.


Koleżanka z kraju ojców donosi, że za oknem jest -24,5, a przed oknem 11, bo szefowa zapomniała włączyć ogrzewanie. Nagotowała sobie herbaty. Do Fajrantu przetrwa w kurtce.

Tymczasem na Wyspach Brr...

Ogłoszono alarm pogodowy czerwony. W najbliższych dwudziestu czterech godzinach spodziewana jest fala zimna. Najniższa oczekiwana temperatura to -6 stopni.

Poranek. -2 stopnie w pełnym słońcu, błękitne jak nigdy niebo. Tubylcy na przystanku trzęsą się jak osiki. Magiczne zero przekroczone i nie trzeba udawać, że jest fine, choć zimno, ciemno i nie ma pracy. Co odważniejsi włożyli kurtki. Kobiety w czapach uszankach, krótkich puchówkach, kusych spódniczkach. Obcasy obowiązkowo, rajstop tradycyjnie brak. Reszta w febrze i cienkich T-shirtach.

- Co za okropna dziś pogoda! Jak zacznie śnieżyć, to nie wychodzę z domu.
- No, nie da się żyć. W ogóle z domu nie można wyjść, taki mróz. Idziesz dziś do pubu?
- Jak będzie padał śnieg, to nie ma mowy! W ogóle do samochodu nie wsiadam. 
- A wczoraj, jak się zgrzałam. Kupiłam orbitreka, wiesz. I ćwiczę od trzech dni systematycznie. Pierwszego dnia spaliłam 11 kilokalorii, drugiego 26, a wczoraj 48!
- A to dużo?
- To tyle co kromka chleba. Ale jestem z siebie dumna. No i od razu cieplej, że aż ogrzewania nie musiałam włączać.

U Bebe kaloryfery zaangażowane na pełny etat, a nieotynkowany dom emituje to ciepło w eter. Zamiast Wiewióra, w łóżku termofor, polar, długie spodnie, grube skarpety. Na głowie czapka, bo włosy stają z zimna na sztorc. W parku pustki. Bebe biegnie po zamarzniętych kałużach zapakowana w techniczny poliester. Cisza, jakby świat wstrzymał oddech pod obcą warstwą szronowego lukrem. W taką pogodę nawet wyspowe psy nie wychodzą na spacer.


°°° 
Konkursowe doniesienia: Nie ukrywam smutno mi. W kategorii blogi literackie już nie wygram. Pan Zygmunt Miłoszewski nominował inne blogi do nagrody głównej. Cieszę się bardzo, że w kategorii kultura nominowano Książki Zbójeckie. Danusiu, trzymam kciuki i zrób sobie na gali to zdjęcie z Żebrowskim, koniecznie!

Nie wszystko jednak stracone. Bebeluszek ma jeszcze szansę na tytuł Blog Blogerów. Dzięki Waszemu ogromnemu wsparciu, blog Bebe jest na 6 miejscu w rankingu. Aż zaniemówiłam dziś z wrażenia. W kilka dni o dwadzieścia oczek do góry! Jesteście niesamowici. Dziękuję to tak mało. Teraz to tylko utrzymać do 7 lutego, czyli końca głosowania. Dacie radę? Wierzę w Was.


Wasze głosy są teraz ważniejsze niż kiedykolwiek! Głosujcie, proszę.

Niskotłuszczowa errata

2.12.2011
Poprzedni post wywołał wzburzony odzew wśród polskich czytelników, którzy oskarżyli przeciętnego mieszkańca Wysp Brr o analfabetyzm i arogancje żywieniową. Bebe musi jednak, gwoli sprawiedliwości, przeciętnego Wyspiarza wziąć w obronę. Zwłaszcza jeśli jest nim matka dzieciom na podwójnym domowo-karierowym etacie. Gdyby się dobrze przyjrzeć, Matka Wyspowa niewiele różni się od przeciętnej Matki Polki. Może tylko tym, że pod szkołę dzieci podjeżdża lewą stroną ulicy. Matka Wyspowa, jak każda matka, nie chodzi po zakupy. Ona po zakupy wpada lub leci. Bebe bez potomka nie ma czasu na czytanie każdej etykiety a składy podobnych produktów porównuje raz od wielkiego dzwonu, a co dopiero taka Matka Wyspowa.

Należy jeszcze wyjaśnić, że mieszkańców Wysp Brr tłuszczem zastraszono. Poszło to całkiem łatwo, bo na wyspach wszystko tłuszczem ocieka: kuchnia, potrawy i a zwłaszcza mieszkańcy. Z wybuchem epidemii otyłości na pierwszy ogień poszedł główny podejrzany, czyli tłuszcz. Jesz tłuszcz, jesteś tłusty - głosi złota formuła. Strach to dobry biznes, a produkt z napisem "low fat" oraz "0% fat" sprzedają się na Wyspach Brr znakomicie.

Rewolucja żywienia nie dotknęła jednak cukru, którego na Wyspach dosypuje się radośnie do wszystkiego, jak glutaminianu sodu do zupek chińskich. I tak w przeciętnej sieciowej kawiarni dostaje się automatycznie kawę z mlekiem odtłuszczonym, ale suto posypaną czekoladowym proszkiem z dodatkiem cukru. Na pytanie czy można dostać tą samą kawę z normalnym mlekiem (czytaj pełnotłustym), pracownica kawiarni z pobłażliwym uśmiechem wyjaśnia, że firma kawiarniana postanowiła zadbać o zdrowie klienta i wybrała za niego to, co dla klienta najlepsze. Dziwne tylko, że dla każdego klienta to samo jest najlepsze, czyli mleko odtłuszczone, a nawet i 0%. Dobrze, że Bebe jako arystokratka pija kawę z sojowym substytutem, który występuje tylko w jednej tłuszczowej formie.

Na szczęście dla polskich rodaków urodzili się w kraju, gdzie strach sieją słowa "konserwanty" i "sztuczne dodatki". Wiedzę o naturalnym, organicznym odżywianiu ssali już z mlekiem matki.Matki Wyspowe takiego szczęścia nie miały, wzrastając tłusto na strachu przed tłuszczem, a nie barwnikiem nienaturalnym.

Dieta niskotłuszczowa

30.11.2011
by Ashley-Cooper Cartoons


Zachciało się Bebe deseru, a dokładniej (uwaga będzie kryptoreklama) ryżowego cudaka Müllera. W yam yamowym supermarkecie do wyboru opcje były dwie: toffi i toffi low fat. W Bebe odezwała się stara odchudzaczka: low fat! low fat! - agituje. Ale się przecie nie odchudzam - myśli Bebe sprawnym ruchem przekręcając obydwa kubeczki na tabelkę z wykazem składników. Odchudzaczce, aż szczęka opadła z wrażenia. Toffi low fat miało więcej kalorii niż toffi solo!!! Brak tłuszczu nadrobiono bowiem cukrem. Mimo, że zazwzczaj kaloria jest wyznacznikiem smaku, tym razem Bebe nie poszła tym śladem.

Rząd Wysp Brr trąbi o epidemii otyłości. "Jedz jogurt zamiast lodów! Wybieraj produkty niskotłuszczowe!". Yam yamy masowo szturmują siłownie i półki z dietetycznymi produktami. A koncerny żywnościowe obrastają słoninką, żerując na marzeniach o Świętym Graalu Wagowym i wiecznym szczęściu w Krainie Idealnej Sylwetki. I co się dziwić, że naród wyspowy, mimo boomu na diety, nadal tyje!

Deep Purple na krześle

28.11.2011
Weekendowy Teatr Variété przedstawia koncert Deep Purple w Wielkim Mieście, czyli ledwo Bebe odespała zlot Katarzynek u Zoyki, a już biegła na kolejny pociąg.

Osiemnaście lat temu, to samo miejsce, ta sama piosenka, ta sama moc. Tylko siwych włosów trochę mniej.

Nie tak Bebe wyobrażała sobie koncert legendarnej grupy rockowej i zdaje się nie była w tym rozczarowaniu osamotniona. "Ale jesteście świetnie zorganizowani!" - krzyczy ze sceny Ian Gillan do siedzącej w równych rzędach widowni - "Te rzędy są okropnie równe! Musimy coś z tym zrobić!"

Chłopaki na scenie w dymie i czerwonych reflektorach naparzają w gitary, keyboardy, perkusje i struny głosowe. Czterdziestoosobowa orkiestra rżnie równo razem z nimi. A na tubylcach nie robi to najmniejszego wrażenia. Siedzą przyklejeni do równych pod linijkę rzędów krzeseł, klaszcząc niemrawo przy największych gitarowych solówkach. Niektórzy zapatrzeni w ekrany aparatów i kamer, zdają się być tu tylko ciałem. Pomyśleć, że ci ludzie (chłopaki na scenie i widownia) to ten sam rocznik. Ruch nastąpił dopiero przy piosence finałowej. Rzędy środkowe powstały, kilku odważnych poguje pod sceną, a pani na lewych trybunach wywija czupryną. Dym na wodzie poruszy każdego Yam Yama.

Po koncercie tubylcy szturmują puby, a Bebe wymyka się za kulisy. Tam inny świat: skrzynki, kufry, plecaki, rurki, deski, rampy. Techniczni w hełmach i odblaskowych kamizelkach w pełni gotowości do złożenia sceny. Gitarzysta Deep Purple chodzi w kółko z sennym pięcioletnim blondynkiem na ramieniu. Dyrygent orkiestry szuka w czarnej torbie szalika. Bebeluszkowa ex-współlokatorka, grająca w orkiestrze pierwsze skrzypce, niesie herbatę w plastikowych kubkach. Brazylijczyk kontrabasista konsumuje sałatkę z buraków, a saksofonista z piwnym brzuszkiem pakuje do plecaka zdobyczny bochenek chleba, który ostał się po przed-koncertowym cateringu.

"Sprofanowano koncert legendarnej grupy rockowej - krzesłem! Zwykłym składanym krzesłem, z siedzeniem-klapką jak w kinie. Jak to możliwe?" - stwierdza Bebe z niesmakiem. Brazylijczyk kiwa zgodnie głową i dodaje: "Na Wyspach każdy koncert tak wygląda. Szkoda."

Za chwilę wołają muzyków do autobusów, a Bebe zostaje oddelegowana na dworzec kolejowy, na którym Yam Yamy prezentują koncertowe zdobycze w postaci koszulek nabożnie oglądanych w pełnej skupienia ciszy.

Bebe wsiada do pociagu i zasypia z jedną myślą: Być jak Deep Purple.....Być jak Deep Purple....

°°°
Po takim weekendzie potrzebny jest urlop.

Pachnie świętami

22.11.2011
"Idą Święta! Kup Viagrę po nowej, niższej cenie!" - powiadomiła Bebeluszka skrzynka e-mailowa. Jeszcze miesiąc temu, ta sama Viagra była dobra na jesienną chandrę i odstraszanie duchów sypialni nie tylko w Halloween.

°°°

Jak święta to i zima, czego oznaką w Krainie Yam Yam jest obecność szarej permanentnej chmury. Niebo wygląda jak pomalowane na grubo nijaką matową nieprzepuszczalną emulsją. Na wschodzie wcale nie jaśniej niż na innych krańcach świata. Ani jeden promień nie przebija się przez tę powłokę. Po krainie krążą legendy, że dezorientowało to dawniej statki hiszpańskie w natarciu na wyspowe brzegi. Czyżby wynalazek królowej? Z szarej chmury siąpi, dżdży, kropi, leje, zacina, pada, mży. Ale na pewno nie prószy. I jeszcze długo nie poprószy, a może nawet i wcale. Jeśli jednak stanie się cud białego puchu Kraina Yam Yam stanie oniemiała z zaskoczenia, jak niemal co roku.

°°°
Z Tatusiem Bebeluszka  na czacie rozmowy (bo Tatuś Bebeluszka jest bardzo postępowy. Rozmawia na czacie, posiada też wirtualne Szorty Cichych Ruchów i poluje hobbistycznie na wampiry):

Bebe: Macie jakieś życzenia do Mikołaja?
Tatuś Bebeluszka: W tym roku mamy tylko niematerialne życzenia. Po wiadrze zdrowia i po drugim Waszych uśmiechów. To nam w zupełności wystarczy.
- Kurcze, Mikołajowi wiadra właśnie wyszły. Wiewiór w zamian proponuje śrubokręt.
- Super prezent. Wiewiór to jest gość.
- No on się zna na prezentach! Tylko nie wiem czy Mama też chciałby śrubokręt....?
- Rozumiem, że wpadniecie do nas na święta.
- Może w przyszłym roku.
-To już może z Wnusiem?
- Musielibyśmy się bardzo postarać.
- To do roboty!
- Yyyyy....przez Skypa będzie ciężko zmajstrować.
- To fakt, zapomniałem.


°°°
Tego samego dnia z Bułką starszą, zwaną też siostrą, jak zwykle na czacie (właściwie to nadal nie wiadomo dlaczego Bebe z Rodzinem komunikuje się poprzez klawiaturę):

Bułka starsza: Dla Wiewióra kupimy kostkę rubikę, proszę o konsultację, jaka by mu pasowała?
Bebe: Najlepsza pewnie byłaby 7x7 albo 6x6. 5x5 dostał od nas raz na święta i już tyle razy układał, że kolory się zdarły i malował je sobie na nowo lakierami do paznokci.
- No to trzeba iść na całość i niech będzie 7x7.
- Chyba muszę sobie znaleźć zajęcie na święta. Taka kostka to niezła konkurencja. Jak dostał kostkę 5x5 to przez sześć godzin powrotnej podróży pociągiem nie odezwał się do mnie ani słowem! Taki był zaabsorbowany. A jak już ułożył, wręczył mi i mówi: "Pomieszaj, ułożę na nowo!" Niedoczekanie!
- To nie chcesz? Bo jeśli mamy Ci zepsuć święta, to dasz mu na inną okazję
- Chcę! Taka kostka to najlepszy prezent dla Wiewióra. Spoko, najwyżej nadgonię bebeluszkowe słowotwórstwo.
- A co do paczki z Polski, to jakieś spożywcze sprawy? Krakowska sucha?
- Kiełbasa jak najbardziej!
- Śliwki w czekoladzie? Torcik wedlowski? Delicje? Coś polskiego słodkiego?
- Nie, nic z tego nie lubię. Nie no, kiełbasa. Ze słodkich rzeczy to chyba jedynie kisiel.
- Kisiel, jaki smak?
- Czerwony! Nie lubię smaku zielonego ani żółtego, pomarańczowy ujdzie.
- Czyli chyba będzie truskawka i wiśnia.
- Wiśnia jest najlepsza.
- Porzeczkowy?
- A taki robią????
- Nie wiem, wymyślam.
- To dopiero technika poszła do przodu.
- Chemicznie wszystko się da zrobić.
- A! Jak masz to poproszę jednego suchego grzyba. Do bigosu.

Byle do poniedziałku.

13.11.2011
Para zakochanych trzyma się za ręce nad talerzami spaghetti. Przy stoliku obok gruby pan w koszuli w drobna niebieską kratkę wstaje z trudem, by wznieść toast. Blada twarz starszej kobiety uśmiecha się do niego z naprzeciwka i puszcza oko do siedzącej obok eleganckiej czterdziestolatki z blond lokami. Balon z numerem 21 uwięziony nad czarnymi głowami trzy młodych Chinek chybocze się lekko na różowej wstążce. Mały chłopiec uciekł siedzącym w rogu sali rodzicom, wspina się na palce, z baru sałatkowego ściąga koszyk łyżek na podłogę. Cała sala odwraca się w jego stronę.

Ludzie się śmieją, ale Bebe nie słyszy ich głosów. Odwraca się od szyby, poprawia czapkę i włączyła empetrójkę. Od piątkowego popołudnia nie zamieniła z nikim słowa.

Punkt siedemnasta pustoszeją uczelniane korytarze, studenci jadą po wałówkę do rodzinnych domów, profesorowie znikają w pociągach do Wielkiego Miasta. W tygodniu pracy cisza biurowa jest na wagę złota, ale w piątkowy wieczór robi się nagle niewygodna, jak źle dopasowany stanik. By nie słuchać ciszy, Bebe się czymś zajmie. Pocieszy smsem przyjaciółkę w depresji, zaprojektuje koszulkę siostrze, uciszy studenckie obawy mailami, pogratuluje nowej pracy znajomemu z Facebooka, poda przepis na karpatkę młodej matce na forum, a na czacie wysłucha rozterek przyszłej rozwódki.

Po drodze do domu wstąpi do supermarketu. Przy odrobinie szczęścia pani przy kasie zapyta ją, jak minął dzień.

Bengalska bania

4.10.2011
Bengalski wieczór pod mrugającą jarzeniówką skończył się wielką banią.

W Bangladeszu panuje prohibicja, która dotyczy tylko autochtonów. Żeby pić alkohol, trzeba mieć licencję, coś na kształt prawa jazdy. Tato Rezwany, dzięki politycznym machinacjom, dostał zieloną kartkę od lekarza, bo procenty służą mu na serce. Pijemy zatem za jego zdrowie. W Bangladeszu whisky jest jak piwo w Polsce, najbardziej popularne. Łatwej to pić potajemnie. Pierwsze w życiu Rez czerwone wino wytrawne smakuje jej na tyle, że butelka świeci dnem w ekspresowym tempie. Dobrze, że jest jeszcze chilijskie różowe.

Rez opowiada dalej jedząc palcami ryż z mięsnym sosem; jeśli może, nie używa sztućców. Bebe udaje że to normalne i siłą woli powstrzymuje się, by jej te place nie zahipnotyzowały.

Rezwana, pod pretekstem edukacji na nowojorskiej szkole prawa, uciekła z kraju przed zaaranżowanym małżeństwem. Chciała być artystką, więc po roku w Stanach przyjechała na wymianę do Yam-Yamowa. I tak już mieszka tu od sześciu lat.

Na stole mała kolacja dla dwojga: dwa półmiski z mięsami w ostrych, tłustych sosach, ryż z migdałami i warzywne pakory. A na deser yam-yamowym już zwyczajem marchewkowe ciasto i hity bengalskie lat 60tych. Ze względu na bebeluszkową promocję zdrowia, Rezwana podobno powstrzymała się ilościowo, do ciasta dodała tylko jedno jajko, a jagnięcina jest z ziemniakami zamiast bez.

W poniedziałkowy poranek Bebe obudziła się w łóżku z kacem. Kacem potworem, kacotworem. Kanapki słowne najlepiej smakują na bani. Bengalskie jedzenie, mimo niewątpliwej kaloryczności, nie dorównuje magii ukraińskich podkładek z chleba, słoniny, czosnku i pietruszki. Bania niedzielna jest do bani, zwłaszcza gdy w poniedziałkowy poranek trzeba się spotkać z profesorem.

p.s. 
Bebe zgłosiła bloga do konkursu literackiego. 
Oprócz jury, głos mają też internauci. Jedną z nagród jest publikacja w formie książki lub e-booka. Zapraszam wszystkich przyjaciół Bebeluszka do klikania, wspierania i przesyłania wieści dalej. Może sen o Bebe w origami z papieru i liter jednak się ziści. Głosowanie odbywa się tutaj:

p.s.s.
Do Wiewióra 19 spań.

Kontynentalne śniadanie. Czyli jakie?

26.09.2011
Podróżnik w Krainie Yam-Yam do wyboru ma dwie śniadaniowe opcje.

Pierwsza, to śniadanie wyspowe. Z dziada pradziada przekazywana tradycja mozaiki układanej misternie z krótkich szarych kiełbasek, oberżynowych krążków kaszanki, różowo-białych wstążek bekonu, jajek w koszulkach lub całkiem nagich, bladej fasolki w czerwonym sosie, połówek pomidorów i pieczarek usmażonych na głębokim oleju oraz trójkątów tostowego chleba. Wszystko na największym talerzu (nota bene w reszcie Europy zwanego obiadowym), bo dzieło wyspowej sztuki kulinarnej potrzebuje przestrzeni.Także żołądkowej.

Dla tych z mniejszą przestrzenią wewnętrzną jest jeszcze opcja druga, to tak zwane śniadanie kontynentalne. Kontynentalne, czyli jakie? Podobno europejskie. Wysp Mglistych i Deszczowych bowiem z Europą nie należy mieszać.Może stąd yam-yamowe wyobrażenie o składnikach pierwszego posiłku na starym kontynencie ograniczających się do:
- owoców z puszki w syropie (ewentualnie, aczkolwiek niechętnie, odmrażanych malin, świeżego banana, rodzynek lub wodnistych truskawek z Chile),
- płatków śniadaniowych - najlepiej kukurydzianych, oblepionych miodem i kolorantami kulek, lub tubylczych prasowanych w brązowe podeszwy otrębów,
- mleka beztłuszczowego (bo tłuszcz tuczy, w przeciwieństwie do cukru) oraz beztłuszczowych, wysoko-słodzonych jogurtów owocowych.
- No i oczywiście trójkątów z chleba tostowego, wzbogaconych solonym masłem i marmoladą pomarańczową z mini plastikowych opakowań.

Z obserwacji wynika, że przeciętny Yam-Yam, żywi się ową wersją śniadania kontynentalnego na co dzień, a tradycyjną mozaiką kiełbasianą od święta. Posiłki zwykle spożywa w towarzystwie porannej telewizji, wszędzie ale nie przy stole.

I tak cały naród żyje w nieświadomości urokliwych rodzinnych celebracji mlecznej zupy, sera, świeżych bułeczek, rogalików maślanych, jajecznicy na kiełbasie, kanapek z szynką i papryką, kakao, kawy inki, placuszków z jabłkami, twarogu ze szczypiorkiem, bagietek, kaszy manny z sokiem.....i czego jeszcze podniebienie zapragnie.

Pogoda

21.09.2011
Po dwóch tygodniach permanentnej chmury i opadów przylotowych
nad Kraina Yam-Yam zaświeciło słońce.

Wilgotność policzkowa: 99% (z radości i spada)
Ciśnienie wewnętrzne: coraz niższe.
Wiatr: w plecy.

Prognoza:
Z przewidywanych 120 spań w samotności zrobiły się tylko 32!
Jak to dobrze, że wymyślono urlopy.
Wiewiór na wyspach jesienną porą.

Ostrzeżenie:
Możliwe trzęsienia ziemi: Bebe skacze na jednej nodze.

O tym co lubią mężczyźni

18.09.2011
Bebe bywa kobietą niewidzialną. Szare rajstopy w drobna białą kratkę, tweedowe szorty w kolorze bakłażana, pomidorowo czerwony płaszcz, włosy upadające już za ramiona. I nawet przedszkolak nie zwróci na nią uwagi.

Bywa też inaczej. Czarna klasyczna sukienka w białe groszki i 5 centymetrów halki wyglądających spod jej rąbka, czarne rajstopy, bateria spinek trzyma kasztanowe włosy w szachu. Staruszek kłania się w pas, mijani na ulicy panowie szepczą pospiesznie słowa aprobaty, a co odważniejsze podlotki gwiżdżą z radości, komentując jej "fajne nogi".

Klasyka wygrała z ekstrawagancją.

Halny i kosmici

11.09.2011
Podobno kiedy w ojczystych górach wieje halny, w Krakowskich urzędach wzrasta ilość petentów, których zaatakowali kosmici. Kiedy na Wyspach Mglistych i Deszczowych wieją resztki amerykańskich huraganów, potencjalni petenci kryją się w domach z bawarką i maślanymi ciastkami, a kosmici lądują na polach uprawnych i golfowych.

Całe rzesze kosmitów, przebranych stereotypowo za golfistów w białe polo, kratki i czarno-białe buty,  przyglądały się dzisiaj żelaznym pośladkom Bebeluszka, którego trasa biegowa przecinała się z trajektoria lotu białych pocisków luksusu.Szczerzyli się w idealnie białych uśmiechach, machali przyjaźnie, rzucając od czasu do czasu sprośnym słowem na huraganowy wiatr.

Za polem golfowym jest las, a za nim oznaczona ścieżka pieszych wędrówek, wiodąca przez przez romantyczne wyspowe pola. Byłaby to idealna trasa dla biegacza amatora na długi relaksujący niedzielny bieg, gdyby nie fakt, że ścieżkę przez lato teletransportowano w odległe miejsce planety Ziemia, pozostawiając w zamian świeżo zaorane pole a na nim, dla pewności, kosmitę w zielonych gumowcach uzbrojonego w widły.

Pamiętając, że za zaoranym polem jest dróżka prowadząca do bocznej drogi, Bebe ruszyła ochoczo w takt empetrójki. Na co Kosmita, jak ożywiona Statua Wolności, wyciągnął widły w niebo i przyjaznym inaczej głosem nakazał bebeluszkowy odwrót wskazując drogę na autostradę. Nie chcąc zmieniać ambitnych planów sportowych i narażać się na golfowe gradobicie, Bebe z duma odwróciła się na pięcie i pobiegła przez ściernisko do drogi szybkiego ruchu.

Na szczęście drogowy architekt w szale aktu twórczego, zaplanował kawałek asfaltu jako drogę dla zabłąkanych pieszych. Trakt ten stóp nie zaznał już dawno, przykryty gęstwiną z koniczyny i pokrzyw. Samochody świszczały łamiąc limity prędkości, a Bebe przekraczała limity własne uprawiając bieg przełajowy przez chwasty i mrucząc polskie wyrazy braku uznania dla galaktycznych gości. Jak w kiepskiej komedii, zachmurzyło się pięć minut później. Zabłąkanemu biegaczowi nawet i deszcz w oczy. Z planowanej rekreacyjnej godzinnej przebieżki, zrobiły się niemal dwie. A teraz, jak inni potencjalni petenci, Bebe zwija się pod kocem z herbatą i ciasteczkami.

W niedziele niestety yam-yamowe urzędy są nieczynne.

kto nie ma w głowie....

22.05.2011
Lot na Wyspy Mgliste i Deszczowe odbył się w towarzystwie stada pingwinów w schludnie skrojonych marynarkach i garsonkach, połączonych bezustannie z biznesowym światem przez iPody i iPady w bezpiecznym dla lotu modusie. Bebe w czerwonych trampkach i z fioletową różą we włosach przyciągała uśmiechy marynarek i krytyczne spojrzenia garsonek. Ale nic sobie z tego wszystkiego nie robiła, obserwując rajskie lasy i myśląc o wiewiórowych dłoniach, jeszcze 15 minut temu ocierających na peronie łzy z bebeluszkowych policzków. Gdzieś na południu Francji chmury zasłoniły ląd. Wyspy Mgliste i Deszczowe przywitały Bebeluszka szarą mokrością i wiatrem. Dobrze, że deszczak spakowała na samym wierzchu. Autobusu nie było, więc na własnych plecach dotargała przez puste ulice 20 kilo kawy inki i letnich sukienek, z których pewnie i tak nie będzie w Yam-Yamowie użytku.

Następnego poranka, dotknięta jetlegiem, Bebe wstała o nieprzyzwoicie wczesnej godzinie i wykorzystując ten nagły przypływ czasu oraz słoneczną lukę w szarej ciężkiej chmurze, poszła biegać. Bieganie to jest jednak to, nawet jeśli yam-yamowa pogoda nie sprzyja letnim sukienkom i zakupionym w Czarnym Lesie sandałom.

Po śniadaniu Bebe poszła do yam-yamowego centrum pozałatwiać sprawy nudne, ważne i papierkowe. Poszła, bo autobus przyjechał i nie raczył nawet zwolnić. Współoczekujący zaczęli wieszać na kierowcy niepochlebne przymiotniki, wymachiwać pięściami do oddalającego się tyłu autobusu, aż w końcu oklapli na przystankowych ławkach. A Bebe, czując jeszcze czarnoleski zen, ruszyła do centrum o sile kończyn własnych. I tak sprytnie się jej wszystko udało załatwić, że do spotkania na szczycie w muzeum została jej cała godzina.

Co tu robić? - myśli Bebe i zaczyna snuć misterny plan. - Pójdę do parku z kawą na wynos, siądę na tej ławce pod kasztanem i będę słowotworzyć. A później spotkanie w muzeum i obiad. A na obiad będzie kurczak z warzywami i kasza gryczana....kasza gryczana....kasza gryczana!!!!!! 

Bebeluszkowe serce najpierw stanęło mu w gardle, zatykając na dłuższą chwilę dech w piersiach. Po czym ruszyło w drum'n'bass palpitacji. W bebeluszkowej głowie tymczasem film: Bebe przychodzi z biegania. Bebe odmierza kaszę gryczaną i wsypuje ją do rondelka. Bebe zalewa kaszę wodą. Bebe stawia rondelek na kuchence elektrycznej. Bebe przekręca włącznik. Bebe przykrywa rondelek pokrywką. Bebe odchodzi...i zapomina!!!!

To było najdłuższe 10 minut w życiu Bebe. Plecak pełen książek i zakupów, nie pozwalał na rozwiniecie nadświetlnych prędkości. Przed oczami wizje najczarniejsze, pełne dymu i zapachu spalenizny...o jesssuuuuu.....a kto za to zapłaci?????? przecież i tak od tygodnia jem tylko kapustę, bo mnie na więcej nie stać!!!! Serce wali jak szalone, łzy cisną się do gardła. Bebe próbuje się uspokoić. Myśl pozytywnie, myśl pozytywnie.- mantruje coraz bardziej nerwowo, przypominając sobie wczorajszy film o sile przyciągania i podświadomości.

Zwalnia więc trochę, bierze kilka głębokich oddechów i zaczyna powtarzać z rosnącą wiarą "Dziękuję, że nic się nie stało......Dziękuję, że nic się nie stało......Dziękuję, że nic się nie stało......". Wyobraża sobie, jak wchodzi do domu, wspina się po schodach na piętro do kuchni, nie czuje swądu, nie widzi dymu, patrzy na kuchenkę i okazuję się ze zapomniała przekręcić włącznik. A może nawet postawić garnek na kuchence....

Serce uspokaja się, ale tylko do momentu wejścia w zakręt, z którego widać dach domu! Dymu nie ma! Dobrze. Straży pożarnej ani tłumów gapiów też brak! Nadzieja rośnie z każdym krokiem. "Dziękuję, że nic się nie stało......Dziękuję, że nic się nie stało......". Bebe dociera w końcu do drzwi, cała spocona, trzęsącymi się rekami przekręca klucz i wchodzi. Dymu i smrodu spalenizny brak. Wchodzi na piętro i nie wierzy własnym oczom.

W kuchni na kuchence stoi garnek z kasza, pełen wody i przykryty pokrywką. Włącznik kuchenki przekręcony na 6, czyli maksymalną wartość. Nic się nie gotuje i nic się nie pali! Dopiero po chwili Bebe zaczyna rozumieć. Wczoraj wróciła z Czarnego Lasu i nie zdążyła włączyć głównego dostępu prądu. Czerwonego guzika na ścianie tuż obok gniazdka. Po raz pierwszy w życiu Bebe podziękowała wszechświatowi za Yam-Yamy i ich strach przed elektrycznością. Za te dziwaczne przyciski przy każdym gniazdku, które każdy Yam-Yam niemal automatycznie przełącza na "off" po każdym zaparzeniu herbaty i tostowaniu chleba. Zjawisko dotąd powodujące u Bebeluszka co najmniej napady śmiechu lub białej gorączki. Bebe popatrzyła na ten wielki czerwony przycisk i wykrzyknęła z nieukrywaną ulgą: Dziękuję, że nic się nie stało!!!


Po zen śladu nie pozostało.
Bebe nadal nie przełącza czerwonego guzika na "off". Ale przed każdym wyjściem wbiega na piętro sprawdzić, czy się aby nic nie gotuje.

Do kolejnego spotkania 60 lub 90 spań.

...nigdy nic nie wiadomo....

26.04.2011
bebe nie należy do tych osób, które zawsze mają mini apteczkę przy sobie. ba! przez dwa lata w krainie yam-yam nie nauczyła się jeszcze, że parasolka to nieodzowna część garderoby każdego wyspiarza, nawet gdy pogoda nie rokuje. ale dzisiaj postanowiła wziąć parasol a nawet chusteczki higieniczne, tym bardziej, że jakaś zapomniana paczka ukryła się na szafce z butami. będę paniusią! - ucieszyła się bebe, myśląc o tajemnicy cieknącego nosa, na którą cierpiała li i jedynie będąc w krainie....czyżby alergia na yam-yamy?

i poszła bebe do miasta. gorączka już opadła. kaszel i katar nie wystąpiły. wystąpiła za to pięknej urody opryszczka, który to wykwit bebe jest silnie zdeterminowana zniszczyć do przyszłego tygodnia! bebe nie całowała się już całe 2 miesiące! i żaden wykwit nie stanie jej na drodze!

idzie bebe dziarskim krokiem i śledzi przedstawicielkę tubylczego rodu. rozczłapane adidasy, przyciasne spodnie, sprana bluza sportowa, włosy mysie ufarbowane na czarno z odrostami na pół twarzy. yam - yamowa mysza. i nie byłoby w niej nic nadzwyczajnego, gdyby nie sposób pokonywania trasy. przy każdej bowiem przecznicy, mysza skręcała lekko w bok i zataczała idealne półkole, żeby przejść na drugą stronę ulicy. bebe te same odległości pokonywała po linii najmniejszego oporu, czyli po prostej. zastanawiała się przy tym głęboko, czy mysza może trenuje do zbliżającego się w yam-yamowie walkathonu i w ten sposób wyrabia dodatkowe kroki. bebe musi przyznać, że mysza zaimponowała jej pomysłowością! przecznic w yam-yamowie nie brakuje. a każde takie półkole to przynajmniej dziesięć kroków na plusie!

z kontemplacji wyrwała bebeluszka brązowa maź spadająca z nieba tuż na odrosty myszy oraz krzyk poszkodowanej wyrażający najgłębszą odrazę. mysza staje jak wryta. wypatruje winowajcy na drzewie niewinnie chylącym nad jej głową gałęzie pełne kwiecia. bada biust w różowym t-shircie udoskonalonym teraz brązowym rzucikiem. bebe podchodzi, a mysza dopytuje się: czy mam to na włosach?? bebe ze stoickim spokojem dokonuje oględzin, wyciąga chusteczki higieniczne i wyciera co się wytrzeć dało. po czym wręcza myszy pozostałe chusteczki.

shit happens.

innych opadów nie odnotowano.

°°°
jeszcze 7 spań.

dla ludzi o mocnych nerwach....

8.04.2011
to miała być miła rowerowa wycieczka.

zwłaszcza, że tuż po porannym bieganiu we mgle, co potwierdza prawo murphiego, wyszło na yam-yamowym niebie piękne słońce w zupełnym negliżu a lazurowym tle. bebe miała dwa wezwania na pocztę główną po odbiór paczek, jak się później okazało jedną z nich był urodzinowy prezent od didka, który to jest wariatką niesamowitą i bebe aż zaniemówiła z wrażenia na widok tego pudla!!!!!! nie wspominając zawartości.....bosko! didku już zaparzam zioło!!!!

dwa wezwania na pocztę + poczta na drugim końcu miasta + warunki pogodowe sprzyjające = idealna sytuacja rowerowa!

miała bebe nawet podwyższyć wartość jednośladu montażem najnowszej produkcji lidlowej prosto od haanyzki, ale cierpliwości jej nie starczyło na walkę z mocowaniem. było po raz ostatni bez licznika. relaks. ptaki. drzewa obsypujące głowę biało-różowymi płatkami. pierwsze liście jarzą się neonową zielenią. panowie trąbiący lub wykrzykujący pochlebstwa w stronę bebeluszkowych nóg odzianych w różowe rajtuzy też poczuli wiosnę. ach bebe! dlaczego właściwie nie jeździsz rowerem na uczelnie?



po drugiej stronie miasta jest długa ulica. prosta jak drut. jedna z głównych w yam-yamowie. jedzie bebe poboczem. stara się nie zabierać czterokołowym kolegom miejsca. ale kolegom dać palec....bebe na składaku, a tu niemal ociera się o jej but srebrny mercedes próbujący wepchnąć się na trzeciego.....bebe oddycha głęboko....tylko nie wpaść w panikę...nie bać się, nie bać się - mantruje coraz bardziej nerwowo. kolejny kierowca zajechał bebeluszkowi drogę, tak że omal nie wyryła zębami w nierówny asfalt. a na wisienkę, wielka ciężarówka przetoczyła swe wielkie i grzmiące cielsko o 3cm od bebeluszkowego ramienia. to był ten moment. bebe przestraszyła się. uderza pedałem o krawężnik. traci kontrolę nad kierownicą. przed oczami ma twarz wiewióra, gdy nachyla się by pocałować ją w sam środek czoła. a w głowie historię z wioski babci jadzi, której sąsiad został wciągnięty podmuchem powietrza pod koła tira wraz z rowerem. nie przeżył. a kierowca nawet nie zauważył nieszczęścia. ta ciężarówka jest mniejsza. bebe udaje się skręcić kierownicę od czarnych zakurzonych kół i złapać równowagę...


ktoś by zapytał, dlaczego bebe nie jeździ chodnikiem skoro na ulicach yam-yamskich jest tak niebezpiecznie. chodniki otóż nie są wcale lepsze. technicznie jazda nimi jest utrudniona, bo średnio co 50 metrów poprzecinane są maleńkimi przecznicami, na których to trzeba przepuszczać wszelkie pojazdy. ale to nie wszystko. największym niebezpieczeństwem są sami piesi, którzy zdają się rościć wyłączne prawo do chodników. zajmując całą ich szerokość lub stając grupowo na ich środku i blokując możliwość manewru. czasem  patrzą na nadjeżdżającego bebeluszka i nie raczą  ruszyć się z miejsca. lub też obrzucają go obelgami, bo przecież ma do dyspozycji cała (?) ulicę!!!! dochodziło nawet do rękoczynów. łapania bebeluszka za ramię lub popychanie w stronę jezdni!!!!! bebe boi się jechać po chodniku bardziej niż po ulicy.

wniosek: yam-yamom, tak pieszym jak i zmotoryzowanym, brakuje wyobraźni.

tak oto bebe zamiast się zrelaksować dwugodzinną jazdą w słońcu, wróciła z przejażdżki z palpitacją serca. i już wie dlaczego, zamiast rowerem, na uczelnie maszeruje te 40 minut pod górkę.

makrela, czyli moc rzeczywistości

17.03.2011
nagle a niespodziewanie bebe zapadła na trzydniową mózgową depresję. że nigdy nie dojdzie do wagowego celu. że to wszystko nie ma sensu. że już ma siebie dosyć. że to całe odchudzanie jest okropnie frustrujące i że może jedyną słuszną metodą jest smacznie dopasowana. na samą myśl bebe zrobiła się przeraźliwie głodna.

wprost-proporcjonalnie do czarności myśli, wzmagało się wchłanianie, a malało spalanie. apogeum nastąpiło przy wczorajszych plackach z jabłkami w okolicach północy. bebe spożyła. pomedytowała z politowaniem nad sama sobą. i poszła spać.

dziś przyszło wybawienie. nie tylko w postaci smagajączch biczami mulionerek, ale i rzeczywistości.

rzeczywistość każdy widzi inaczej. ba! rzeczywistość jest przeoczana! tak często jedziemy na autopilocie, że nie zdarza się nam widzieć rzeczywistość taką jaka jest. czasem lekko przerażająca to myśl.

ten cenny moment rzeczywistej rzeczywistości zdarzył się dziś bebeluszkowi. tuż przed rozpoczęciem zajęć zumby, siedział na długiej drewnianej ławce w klasycznej szkolnej sali gimnastycznej. drewniane klepki, drabinki i kolorowe linie. bebe przypatrywała się kolejce zumbowiczek ustawionych do zapłaty. foka, foka, słoń morski, foka, wieloryb, szprotka, mniejszy wieloryb, wielka foka, mniejszy słoń morski, śledź, foka..........zaraz zaraz, a gdzie w tym wszystkim jest bebe? bebe jest tłusty śledź! no może makrela! ale bebe NIE JEST najgrubsza! ba! bebe mieści się lekko w chudszej połowie tego zgromadzenia! niech żyje rzeczywistość! niech żyje yam-yamowa kuchnia!

bebe podniosła się z ławki, stanęła w pierwszym rzędzie (bo znowu zapomniała soczewek kontaktowych) i postanowiła dać z siebie wszystko. a co!

jak w podstawówce

11.02.2011
bebe + wiewiór = bwm


wiewiór jest u władzy. twardą ręku trzyma chochlę. pilnie studiuje tajniki indeksów glikemicznych.
bebe ma się nie przejmować. bebe ma ładnie wyglądać. a przede wszystkim dobrze się czuć.

przyszedł materac. nie trzeba zatem spać na podłodze.
insektów brak.swędzenia brak.
dzieło naukowe na dobrej drodze.

bebe oddycha szczęściem. a niektóre pyszne chwile zamyka w szklanej buteleczce. na później. 

plany

30.01.2011
zadomawiania ciąg dalszy.

bebe nawet upiekła muffiny montigniacowe, żeby domem zapachniało.....lecz z muffinów wyszło ufo z twardą skorupką i rozmazanym wnętrzem.....bebe popatrzyła na talerz zakalca i rozpłakała się w głos. łzy ciurkiem toczyły się po policzkach skapując w mini kałuże na kuchenny blat...a bebe sama jak palec.....i cale szczęście. bebe przepoczwarza się właśnie w hormona, więc i nad rozlanym mlekiem płakać będzie...i nikt na to pomóc nie może...zresztą, jeszcze tylko kilka dni......a właściwie siedem spań! i wiewiór zaszczyci wyspy deszczowe i mgliste swą kojącą obecnością! bebe już na samą myśl skacze na jednej nodze! będą sobie bite trzy tygodnie w bebeluszkowej komnacie mieszkać, tylko we dwoje! jak jeszcze nigdy dotąd! będą brać długie kąpiele przy świecach w wannie na lwich nóżkach. ćwiczyć dzielnie na dywanach. pić wino biało-czerwone z jedynych dwóch kieliszków kupionych za grosze w second handzie. oglądać zachody słońca przy kolacji. chodzić na filmy za pół ceny i bez synchronizacji. piec razem pizzę na mące z pełnego przemiału. a przede wszystkim sklejać razem mobil* z papieru, który wiewiór tak pieczołowicie zaprojektował dla bebe na gwiazdkowy prezent. bebe lubi mobile. w placu w stumilowym lesie mają taki wspólny mobil. granatowe sześciany wirują lekko na cieniutkich drucikach, obserwując bebluszkowo-wiewiórowe życie już od 4 lat! żeby bebe  i na wyspach miała kawałek domu, wiewiór wykreślił sześciany na kawałkach cienkiego kolorowego papieru. dokupił mały klej, szpulkę dratwy, skręcił druciki odpowiedniej długości i zapakował do samodzielnego złożenia. w związku z rychłą wizytą, ustalono zatem wspólne majsterkowanie w ramach świętowania codzienności we dwoje!

°°°°

bebe donosi, że konował definitywnie nie ma racji. nabyta przed miesiącami książka o rzuciku na-jajnikowym, donosi, że pigułki dinozaurowe znajdują się na liście jak najbardziej niewskazanych dla takich jak bebeluszek. według badań powodują one m.in. wzrost insuliny krwi, insulinoodporność otyłość typu brzusznego, trudności w utracie wagi i inne atrakcje, których bebeluszkowi opatrzność jednak oszczędziła. a więc! nie ma to jak ojczysty specjalista! doktorze w.! kocham pana! w piątek badanie na słodkość krwi. a później planowana wizyta u innego konowała, który może okaże się kobietą rekomendowaną przez innych pacjentów. tymczasem w ramach domowych sposobów na opanowanie sytuacji.......

bebe ma plany.

1. plan żywieniowy, oparty o diety: bajeczna i montiego.

2. plan ruchowy. zalecana norma dla tych z jajnikowym rzucikiem: 150min tygodniowo. bebe będzie wyrabiać normę. przynajmniej. zajęcia z modern dance okazały się czasoumilaczem w niezwykle radosnym towarzystwie. od polowy lutego obiecano zumbę tuż po! dopiero bebe będzie bioderkiem zarzucać! a w czwartkowe wieczory bebe odkurza swe bokserskie rękawice! instruktor jest misiem. ale wymagający to miś. bebe lubi. bebe będzie chodzić. resztę normy bebe wyrobi biegowo, skakankowo, hula-hopowo...jakoś! grunt to się ruszć!

3. plan pracy, a jakże! wiekopomne dzieło naukowe czas pchnąć ku środkowemu końcowi.


°°°°
tymczasem bebe zegna się czule! i idzie obejrzeć swe alter ego, czyli kung fu pandę. która, jak powszechnie wiadomo, rokowała marnie, a skończyła tak legendarnie, że aż stała się tematem legend!



howk! i niech moc pandy będzie z wami!



*gdyby owa zabawka nosiła w ojczystym języku inną nazwę, bebe uprzejmie prosi o informacje.

...nigdy nic nie wiadomo....

29.09.2010
czerwona w groszki bez bolu w sercu lezy znowu pod lozkiem zapakowana w wytworne wartstwy reklamowek. bebeluszek otarl lzy. podniosl glowe i wyszedl z domu. u ciapaka na rogu kupil duzy jogurt naturalny, pol kilo jalbek, cytryne i 4 litry wody. od czegos trzeba zaczac. w sklepie za funta nabyl suszarke na pranie (po tubylczemu zwana koniem). tak oprzyrzadowany ruszyl razno w nowa droge zycia. nie zaszedl jednak daleko. porawie nieznajomy macha lapka z drugiej strony ulicy. prawie nieznajomy, bo to sasiad, z ktorym bebeluszek jest tylko na "dzien dobry". tym razem jednak pofatygowal sie na druga strone ulicy. usmiechna sie szeroko miedzy informacja o operacji na sercu a angielskiej niepogodzie. poczym popatrzyl na bebeluszka i stwierdzil: "my mamy pralko-suszarke. jakbys chciala wysuszyc rzeczy to przyjdz do nas". bebeluszek tez ma suszarke. na wyspach mglistych i deszczowych to niebedny sprzet kazdej szanujacej sie gospodyni domowej. ale mimo wszystko milo sie mu na duszy zdrobilo. i po raz pierwszy, poczul sie w yam-yamowie swojo.

plan biegowy napisany.
komputer umarl.
po kilkugodzinnej reanimacji udalo sie uratowac najwazniejsze dane.
w tym wiekopomne dzielo naukowe.
wraz z komputerem umarly tymczasowo ojczyste ogonki.
straty powetowano 3 czekoladowymi batonikami.

bebe walczy dalej.
howk!

złota yam-yamowa jesień

14.09.2010
bieganie z rana jak gęsta śmietana.....ta najlepszego sortu...od cioci ze wsi i jej krów.....ta zbierana łyżką z kanki......pod błękitnym niebem, kiedy jeszcze rosa na łakach.......cyklady ucichły dawno, a ptaki chóralnie obwieszczają rozczochrane słońce.......pierwsze promienie przebijają się przez żółto-zielone liście. czyżby złota yam-yamowa jesień??? ścieżka lekko mokra, wilgotna ziemia przyczepia się cieniutkimi warstwami do butów. wokół nikogusieńko. bebeluszek truchtem przez las.....szerlock holmes szepcze mu do ucha o zaginionym manuskrypcie karla marxa.....ostre jeszcze powietrze przeszywa przyjemnie płuca.....jest rześko....a bebeluszek myśli......o wszystkim i niczym....o mulionerach w ciechocinku...o tym, że trzeba kupić dzbanek-termos...o rauszu oranżadowym......i że licznik prądu nadal nie odczytany....o słuchaniu wszechświata nocą...o grejpfrutach na rynku......i o tym, że mijany właśnie czarny labrador mógłby zatrudnić się jako tancerka w moulin rouge. za labradorem pojawia się pierwszy zaspany właściciel.....jak zwiastun......po półgodzinie jest ich już całkiem sporo.....fryzury na bakier...oczy jak szparki....w końcu to niedzielny poranek. tylko ich podopieczni w pełni sil i zmysłów węszą po krzakach mnie oglądając się za siebie. bebe uśmiecha się do każdego....do rosłej właścicielki trzech czarno-białych owczarków.....do babci z wżyłem sięgającym jej do pasa....do biznesmena z eleganckim pudelkiem.....do bezdomnego z szaro-burym mieszańcem.....tutaj uśmiechy są bezpieczne. tutaj uśmiech to uśmiech. nie tak jak w parku. tam, to znak zgody na randkę a nawet propozycja matrymonialna! z każdym rozesłanym bananem, bebe może głębiej oddychać...tak jakby pojemność płuc rosła do nich wprost proporcjonalnie. jest dobrze. spokój, cisza......i tylko sherlock podekscytowany biega z rewolwerem po londyńskim bulwarze. bebe wyłącza empetrójkę.

dziś już koniec złotej yam-yamowej jesieni. pora deszczowa nastała. szaro i mokro. jak to w yam-yamowie.  biegania nie będzie. sherlock musi poczekać na bulwarze na ciąg dalszy.

back to the yam-yam land

6.09.2010
wzbogacona o ból głowy bebe zasypia nad pasiastym kubkiem zielonej i miseczką kisielu co udaje malinowy. yam-yamy śpią. a bebe już wie dlaczego ptaki lubią latać. bo to esteci. te ptaki. latają dla widoku. np. wysp ugwieżdżonych pomarańczowymi światłami latarni i smużkami samochodowych reflektorów. jak girlandami bożonarodzeniowymi. dla takiego widoku bebe mogłaby latać choćby codziennie. tylko po lądowaniu brakuje jakoś śniegu, kominka, prezentów, herbaty z rumem i wiewiórowych ramion. dzisiaj jeszcze bebe w swej słabości zje czekoladową babeczkę, pochlipie do zdjęć, zapatrzy się w niebo przy ninie simon. a od jutra będzie inaczej. od jutra będzie bebe-pseudo-singielka. będzie marchewka, słowotwórstwo i wielki come back do fitness klubu! howk!

Auto Post Signature

Auto Post  Signature