Image Slider

Okruszki #8: Krótki spis treści życia

24.05.2019
Tak sobie czasem siedzimy na łące i cytujemy literaturę piękną....

 Wiewiór w delegacji: od tygodnia klęczy na podłodze zamku i pędzelkiem zerówką retuszuje barokowe intarsje.

Bebe w kolizji z rzeczywistością samotnej matki pracującej: mimo to cieszy się słońcem jak dziecko sąsiadów lizakiem; odmraża zupy z mlekiem kokosowym, jeździ po autostradach 150 km/h (ale parkowanie musi jeszcze poćwiczyć - twierdzi nauczyciel jazdy), nauczyła się 96% pytań na egzamin teoretyczny i ma nowe okulary. Wygląda jak Harry Potter, ale podobno okrągłe oprawki wracają. Zatem znowu, całkiem przypadkiem, jest trendsetterką.

Grudka, zainspirowana balkonowym ogrodem cioci z Berlina, zażyczyła sobie taką samą długą doniczkę na naszym balkonie. Dzisiaj zaczęły wschodzić pierwsze kwiaty. Zanim wyszła do przedszkola, Grudka pochyliła się nad czterema zielonymi mikro-listkami, pogładziła je delikatnie, pożegnała się i pocałowała każdy bardzo ostrożnie. Może będzie to mały ogród, ale pełen miłości.

Okruszki #7: Rysować jak Grudka

17.05.2019
Rysować jak Grudka....



Tu akurat kartka na imieniny Eweliny. Ewelinę znacie z Robótki.
Grudka zaś zna Ewelę pod hasłem "Ta co nie ma mamusi i tatusia".
Tak sobie Grudka wzięła ten fakt do serca, że regularnie domaga się utrzymywania żywej korespondencji obrazkowej z Niegowem i dostarczania listów i paczuszek z najróżnorodniejszymi bonusami.

Tym razem w kopercie leci nomen omen stado magnetycznych motyli, którymi Ewelina może ozdobić sobie wózek.

p.s. Jeśli też zechcecie wysłać Niegowiakowi kartkę na imieniny, to śmiało! Listę solenizantów znajdziecie na Robótkowym Blogu. W czerwcu akurat będzie wielu Piotrów i Pawłów.

Okruszki #6: Pierwszy maja po bawarsku

10.05.2019


Pierwszy maja w Bawarii.
Lokalna orkiestra dęta, sukienki z gorsetem, dziane na grubo sweterki, spodenki ze skóry, dziergane ocieplacze męskich łydek, kapelusze z piórkiem, tańce z szarfą, morze piwa, precle giganty, prosię z  rożna.... A nade wszystko (nomen omen) błękitny piętnastometrowy totem, zwany majowym drzewem. Totem młodzież tubylcza stawia przez dwie godziny do pionu za pomocą długich drewnianych pali i mocy mięśni własnych.

Społeczność lokalna przygotowuje się do tego wydarzenia przez cały kwiecień.
Rada rodziców  postanowiła wykorzystać masy ludzkie i zorganizować słodki bufet do kawy, a zebrane środki przeznaczyć oczywiście "dla dobra naszych dzieci". Rada organizuje, ale ktoś musi przecież piec. Przez trzy tygodnie Bebe nie mogła spokojnie przejść przez przedszkolny korytarz, bo z kąta garderoby w każdej chwili mogła wyskoczyć Brunhilda z listą ochotniczych cukierników i zapytaniem "Dlaczego Cię Bebe jeszcze na tej liście nie ma? I co upieczesz ciasto, tort czy może coś wytrawnego?"  Uległam.

Z braku czasu, a napędzana poczuciem winy z powodu zaniechania, zaczęłam nawet rozważać, które ciasto z zamrażarki supermarketu mogłoby przejść za wypiek domowy, zwłaszcza jeśli upuścić by je przypadkowo na ziemię dla lepszego efektu. Ale koniec końców poszłam na kompromis i zawinęłam w gotowe ciasto francuskie szynkę z serem. Wiewiór był zachwycony. Na tyle, że wykupił całą baterię szynkowych ślimaków. Tym samym pomógł przekroczyć najśmielsze oczekiwania Rady Rodziców względem "dobra naszych dzieci" i stał się na chwilę lokalnym bohaterem. Na chwilę, póki inny ojciec nie wykupił dwóch tortów, na wynos.

Zatem siedzieliśmy na trawie, jedliśmy słodkie i wytrawne, słuchaliśmy trąbek i puzonów i nie mogłam przestać myśleć o jednym. Jakby to było, gdyby w Polsce ludzie na takie okazje ubierali się w stroje ludowe. Wyobraźcie sobie warszawskie metro zapełnione ludźmi w folkowych outfitach! No widzę to! I uśmiecha mnie ten powidok.


Okruszki #5: Komunikacja

3.05.2019
Zdjęcie z pozoru od czapy: Dwa tygodnie temu odkręciliśmy boczne kółka.
Pierwszego dnia biegaliśmy obok, by złapać ją, gdy chciała się zatrzymać.
Drugiego dnia hamowała już sama. Po tygodniu przełamała strach przed krawężnikami.
A trzy dni temu nauczyła się sama startować i jechać stojąc.
Jeszcze chwila i puści kierownicę!


W czasach wczesnego konkubinatu Bebe i Wiewiór uprawiali bogatą digitalną korespondencję. Ona w Republice Federalnej, on na Zielonych Wyspach Irlandii. Ona z internetem na kabel, on - na modem. Podczas dużych wiatrów na wyspie - kontakt urywał się nawet i na kilka dni. Ona oceany liter mailem i na google-chat. On lakoniczne, uspokajające odpowiedzi tą samą drogą.

W weekendy nie rozmawiali ze sobą wcale, bo jedyny modem znajdował się na terenie Uniwersytetu. Nie był to kampus w wielkim mieście, z pracownią komputerową, halą sportową i klubami studenckimi. To był jeden niski budynek na obrzeżach parku narodowego w wiosce wciśniętej między góry a ocean. Wioska liczyła 80 mieszkańców. Przy jedynej drodze rozsypane wśród bagien domki letniskowe latem okupowali turyści, a zimą studenci. Autobus do najbliższego miasta jeździł dwa razy dziennie, rano i wieczorem - choć nikt nigdy nie wiedział dokładnie o której godzinie. Do najbliższego miasta - 80 km. Do bankomatu - 14 km. Po dziesięciu miesiącach - Wiewiór przyjechał z całym dobytkiem na plecach do Bebe i został.

Drugą złotą erą komunikacji wspomaganej był czas doktoratu Bebe. Gdyby nie Skype.... Bebe wydawałaby całe stypendium naukowe na znaczki, karty telefoniczne na rozmowy międzynarodowe i abonament komórkowy. A i tak po pierwszym roku rzuciłaby to wszystko w cholerę i bez oglądania się za siebie wróciła do Wiewióra. Bez tytułu i fikuśnej czapki. Do dziś zastanawiamy się ile małżeństw i par Skype uratował od rozpadu, ilu ludzi od depresji, ile prac naukowych od niepotrzebnych przecinków i merytorycznych błędów.


Gdy Bebe i Wiewiór spędzają większość czasu w jednym mieście, a nawet mieszkaniu - przeważa natomiast bezpośrednia komunikacja paszczą. Nie dzwonią do siebie w drodze do pracy ani podczas przerw. Nie wysyłają zdjęć obiadu, dziecka, nieba czy sąsiada przez WhatsApp. Nie wymieniają się wrażeniami dnia na bieżąco przez smsy. Nie prześcigają statusami na Facebooku. Nie komentują wzajemnie postów na Insta. A już tym bardziej - i o zgrozo dla niektórych znajomych! - nie mają zainstalowanego GPSa, żeby wiedzieć gdzie właśnie znajduje się drugie.

W marcu coś się jednak zmieniło. Bebe zaczęła dzwonić w godzinach pracy Wiewióra i z ekscytacją wołać w słuchawkę:
- Nikogo dzisiaj nie zabiłam!
Albo:
- Wyprzedziłam rowerzystę!
Albo:
- O rany o rany! 100 km/h!!!!  A potem jeszcze rondo!
Albo:
- 5 bieg!  I wsteczny!!!!
Albo:
- Doświadczałam dzisiaj korka! 

Wiewiór powtarza to za nią głośno, a w tle słychać rechot kolegów po fachu.

Tak. Bebe robi prawo jazdy.
Tak. Bardziej ją to ekscytuje niż przestrasza.

Grudka twierdzi, że skoro jej się udało opanować rower, to jej "wspaniała Mamuś" poradzi sobie z autem. I tego się trzymamy.

Okruszki #4: Berlin - miasto osorożców

26.04.2019


Poznajcie Ruu. 9,50 ojro za porządny kawał sztuki plastikowego przemysłu. Nieprzemakalny, łatwozmywalny, przetrwa nawet skoki z czwartego schodka. Przyjaciel z drugiej ręki, z ogonem przyciętym przez poprzedniego właściciela. Odnaleziony w labiryncie zabawkowego cmentarzyska na Prenzlauer Berg. Przyznajcie, grzechem byłoby go nie zaadaptować. Uczynił Grudkowe wakacje pięciogwiazdkowymi.

Berlin polecam gorąco. Zwłaszcza dla tych, którzy w swych biurach, miasteczkach i kolektywach czują się nieco inni, odstający, kanciaci, pod prąd i w czerwonych butach, gdy wszyscy noszą czarne.

W Berlinie zgubicie się, staniecie się częścią większego tłumu innych, poczujecie, że można wam wszystko, bo innym też można.

Parafrazując klasyka:
Zawsze bądź sobą, ale jeśli możesz być osorożcem, bądź osorożcem!
Zwłaszcza w Berlinie.

P.s. Nasz pociąg wieżdża właśnie do Bawarii, a tu leje! Jednak trzeba będzie zakryć te gołe szkity, co w stolicy poczuły już lato.

P.s.s. Jednorożec - nosorożec... Językowo ekonomiczna Grudka poszła na kompromis z  osorożcem.

Okruszki #3

19.04.2019
Tegoroczną Wielkanoc sponsorują Psychodelia na Malignie i Kaszel.
Co, jak widać, podkręca artystyczne delirium Grudki.

Tak było w czwartek.
Jutro zaś, czyli w sobotę, zamiast koszyczek do kościoła, poniesiemy własne plecaki na dworzec.

Stolico Republiki Federalnej szykuj konfetti, brokat, kebaby i pączki!
Przybywamy na Zjazd Fajnych Babek i nie omieszkamy rozpuścić warkoczy na wietrze.

Zostawiamy Wiewióra samego w domu. Nie będziemy go torturować o poranku barszczem czerwonym z jajkiem i kiełbasą*. Niech się człowiek wyśpi. Wszak właśnie dostarczył 1,1 tony bawarskiego lwa do Muzeum Sztuki Browarnej. I ustawił na trzymetrowym piedestale. Wstrzymując oddech i modląc się, by żaden gołąb nie usiadł lwu na głowę. Bo dźwig mógł podnieść dokładnie jedną tonę plus 10%. Aber warum? - zapytacie. - Wiewiór aż tak lubi nomen omen życie na krawędzi?  
Nie, większy dźwig po prostu nie zmieścił się przez drzwi muzeum.
Kurtyna!

*stalowy punkt programu śniadania wielkanocnego w moim rodzinnym domu. Mój tato wrzuca sobie do tego jeszcze twaróg....

Okruszki #2

12.04.2019
Lubię patrzeć kiedy śpi.
Jest coś dziwnie uspokajającego w śpiących dzieciach.



Wtedy podejrzewaliśmy, że Grudka w poprzednim życiu była kangurem.
Procedura wyglądała następująco:
Girl from Ipanema Franka Sinatry na pełen regulator.
Grudka w ramiona Wiewióra.
Więcej podskoków niż obrotów.
Powieki Grudki robią się ciężkie.
Wiewiórowi omdlewają ręce.
Frank śpiewa nadal na pełnej oktawie.
Grudka produkuje na polikach rumieńce w kolorze waty cukrowej.
Tanecznym krokiem kierujemy się w stronę zaciemnionej sypialni.
Na bezdechu kładziemy ją do łóżka.
Na palcach wycofujemy się w stronę drzwi.
Ściszamy muzykę. Siadamy na sofie.
Bebe: To co teraz robimy?
Wiewiór: Chodź pójdziemy popatrzeć jak śpi. 

Teraz.
Zostawiam na chwilę Grudkę samą w pokoju. Przy stoliku, z językiem na brodzie - niewątpliwie córka Wiewióra - wycina w pełnym skupieniu zające z papieru. Wracam po minucie, a Grudka na leży na dywanie. Śpi. Bez poduszki. Bez koca. Po prostu. Choćbym opróżniała piętnasty raz zmywarkę, przesuwała meble, za oknem stado wróbli na hormonalnym haju śpiewało La Boheme a słońce świeciłoby jej prosto w twarz - będzie spała.

Świeżo upieczeni rodzice - jest nadzieja!

Okruszki #1

6.04.2019


Grudka od dawna, czyli mniej więcej od ostatniego wtorku, marzy o ogrodzie.
Oderwałam zatem z piersi etykietkę z napisem "notoryczny morderca zieleni"* i kupiłam doniczki.
Ogród jest w wersji mini. Mieści się na parapecie.
Ale Grudce to nie przeszkadza, wszak twierdzi, że: "When I grow, I will do big things".
Nie wątpimy w to, córko!


-----

Niniejszym inauguruję sobie coś nowego.
W wersji mini. Ot taki ogródek na słowa i powidoki.
Przyjemne małostki. Z których jednak składać się może życie.
Mój prywatny kalejdoskop miłych chwil.
Drobiny codzienności, co mi się przykleiły pod powieką.
Gdzieś je wszak trzeba strzepać.


-----

*potrafię zabić nawet kaktusa

Cztery

4.02.2019
Zaproszenia na imprezę, pt.: "Grudka i Adela na Hefalumpie".

 No i stało się:

Grudka skończyła 4 lata.

Jak na człowieka konkretu przystało, od miesięcy miała już ustaloną listę gości w liczbie dwóch oraz menu.

Tym ostatnim pretendowałam do miana chujowej matki roku. A to wszystko dzięki tubylczym zwyczajom, według których solenizant zapewnia przedpołudniowy wikt dla całej grupy kurdupli, sztuk dwadzieścia i cztery plus NaszPanie. Najlepiej wikt niskocukrowy, nisko tłuszczowy, nisko smakowy, eko-bio i we wszystkich odcieniach witamin.

Grudka zaś zamarzyła sobie ulubione ciasto.
Ciasto z truskawkami.
Przełożone śmietaną i masą jogurtową.
Ciasto z zamrażarki.
Ze wsiowego supermarketu.

Żeby zamaskować poczucie winy, do 5 kartonów gotowca dorzuciłam pudełko własnoręcznie pokrojonych gruszek.

Zwrotów nie było. Na szczęście.

W domu nikt nam już w talerze nie zaglądał. Zatem obfitym strumieniem sypały się chipsy w dwóch rodzajach. Po rękach ciekła czerwona marmolada z pączków. Adela konsumowała precle z masłem jak zawodniczka olimpijska. A mała Marlena wypchała policzki i kieszenie żelkowymi gadami. Grudka zaś wiosłowała łyżką w zupie pomidorowej z ryżem. Dla każdego według potrzeb.

Brak innych dorosłych oznaczał, że mogłyśmy też odpuścić sobie - ku uciesze Grudki - wszelkie tutejsze konwenanse i rytuały około-urodzinowe. Grudka bowiem nie lubi walić drewnianą łyżką w podłogę w poszukiwaniu garnka. Zwłaszcza z oczami przewiązanymi szalikiem. Nie szepcze też dziwnych zdań w cudze uszy udając, że to telefon. A już zupełnie nie rozumie, dlaczego uważa się za wspaniałą zabawę, wyłączanie co chwila muzyki tanecznej. Zwłaszcza kiedy ona próbuje potrójnego toe lupa z saltem. 

W słowiańskiej spontaniczności cała młodzież, przebrana za jednorożce, skakała na trampolinie. I w ogóle bawiła się świetnie. Dopóki solenizantka nie oznajmiła, że koniec imprezy, bo jest już zmęczona.

Materiałów dowodowych nie posiadam, gdyż  na haju z węglowodanów byłam wstanie cieszyć się jedynie chwilą. Na aparat zabrakło już sił.

No i cóż, że środek bawarskiej zimy?
Eleganckim trzeba być!

Auto Post Signature

Auto Post  Signature