Image Slider

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiewiór i bebe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiewiór i bebe. Pokaż wszystkie posty

Okruszki #5: Komunikacja

3.05.2019
Zdjęcie z pozoru od czapy: Dwa tygodnie temu odkręciliśmy boczne kółka.
Pierwszego dnia biegaliśmy obok, by złapać ją, gdy chciała się zatrzymać.
Drugiego dnia hamowała już sama. Po tygodniu przełamała strach przed krawężnikami.
A trzy dni temu nauczyła się sama startować i jechać stojąc.
Jeszcze chwila i puści kierownicę!


W czasach wczesnego konkubinatu Bebe i Wiewiór uprawiali bogatą digitalną korespondencję. Ona w Republice Federalnej, on na Zielonych Wyspach Irlandii. Ona z internetem na kabel, on - na modem. Podczas dużych wiatrów na wyspie - kontakt urywał się nawet i na kilka dni. Ona oceany liter mailem i na google-chat. On lakoniczne, uspokajające odpowiedzi tą samą drogą.

W weekendy nie rozmawiali ze sobą wcale, bo jedyny modem znajdował się na terenie Uniwersytetu. Nie był to kampus w wielkim mieście, z pracownią komputerową, halą sportową i klubami studenckimi. To był jeden niski budynek na obrzeżach parku narodowego w wiosce wciśniętej między góry a ocean. Wioska liczyła 80 mieszkańców. Przy jedynej drodze rozsypane wśród bagien domki letniskowe latem okupowali turyści, a zimą studenci. Autobus do najbliższego miasta jeździł dwa razy dziennie, rano i wieczorem - choć nikt nigdy nie wiedział dokładnie o której godzinie. Do najbliższego miasta - 80 km. Do bankomatu - 14 km. Po dziesięciu miesiącach - Wiewiór przyjechał z całym dobytkiem na plecach do Bebe i został.

Drugą złotą erą komunikacji wspomaganej był czas doktoratu Bebe. Gdyby nie Skype.... Bebe wydawałaby całe stypendium naukowe na znaczki, karty telefoniczne na rozmowy międzynarodowe i abonament komórkowy. A i tak po pierwszym roku rzuciłaby to wszystko w cholerę i bez oglądania się za siebie wróciła do Wiewióra. Bez tytułu i fikuśnej czapki. Do dziś zastanawiamy się ile małżeństw i par Skype uratował od rozpadu, ilu ludzi od depresji, ile prac naukowych od niepotrzebnych przecinków i merytorycznych błędów.


Gdy Bebe i Wiewiór spędzają większość czasu w jednym mieście, a nawet mieszkaniu - przeważa natomiast bezpośrednia komunikacja paszczą. Nie dzwonią do siebie w drodze do pracy ani podczas przerw. Nie wysyłają zdjęć obiadu, dziecka, nieba czy sąsiada przez WhatsApp. Nie wymieniają się wrażeniami dnia na bieżąco przez smsy. Nie prześcigają statusami na Facebooku. Nie komentują wzajemnie postów na Insta. A już tym bardziej - i o zgrozo dla niektórych znajomych! - nie mają zainstalowanego GPSa, żeby wiedzieć gdzie właśnie znajduje się drugie.

W marcu coś się jednak zmieniło. Bebe zaczęła dzwonić w godzinach pracy Wiewióra i z ekscytacją wołać w słuchawkę:
- Nikogo dzisiaj nie zabiłam!
Albo:
- Wyprzedziłam rowerzystę!
Albo:
- O rany o rany! 100 km/h!!!!  A potem jeszcze rondo!
Albo:
- 5 bieg!  I wsteczny!!!!
Albo:
- Doświadczałam dzisiaj korka! 

Wiewiór powtarza to za nią głośno, a w tle słychać rechot kolegów po fachu.

Tak. Bebe robi prawo jazdy.
Tak. Bardziej ją to ekscytuje niż przestrasza.

Grudka twierdzi, że skoro jej się udało opanować rower, to jej "wspaniała Mamuś" poradzi sobie z autem. I tego się trzymamy.

Ślub po irlandzku

16.01.2017
Idźcie po popcorn! Bo to notka numer 501 i najdłuższy post na tym blogu

[06.04.2013]
Dzień był szary, brzydki, deszczowy. 
Mój humor podobny.
Pralka właśnie włączyła wirowanie.

Siadłam na różowym prześcieradle łóżka.
Wiewiór przyklęknął przy mnie.
I z kieszeni wyciągnął pierścionek. 

Drewniany.
Hand-made. 
Jak na konserwatora przystało. 

Tyle z tego dnia pamiętam. 

[styczeń 2014]
Zróbmy ślub w lipcu.
Siódmego. W Stumilowym Lesie.
U hipisów.
Siedem lat po tym, jak przyjechałeś tu na zawsze. 

[kwiecień 2014]
Potomka ma jednak pierwszeństwo. Może jednak w przyszłe wakacje?

[czerwiec 2015]
Bardziej od wesela potrzebujemy spokoju. 
[październik 2015]
Zainspirowana Dynią zamawiam ślubną spódnicę. Z szarego tiulu. 
Z widokiem na... staje na wysokości zadania!
"Między warstwy możesz sobie, jak Dynia, nasypać filcowych kulek albo Haribo" - ucieszyła się kaczka.
[styczeń 2016]
To może w tym roku?

[kwiecień 2016]
Lista dokumentów wymaganych przez teutońskie władze jest dłuższa niż litania do wszystkich świętych.
Dla dwojga obcokrajowców razy dwa. Każde w tłumaczeniu z ojczystego na tubylczy.
To może w innym kraju? 

[maj 2016]
Albo Wiewiór nauczy się języka polskiego w trybie natychmiastowym albo w Polsce ślubu też nie będzie.
Nie stać nas na przysięgłego tłumacza symultanicznego na liście gości. 

[czerwiec 2016]
Wiewiór: Dodzwoniłem się do Irlandii! Potrzebujesz tylko paszportu i potwierdzenia wiarygodności aktu urodzenia. Gdy zapytałem, czy potrzebny jest tłumacz urzędniczka spytała: "A narzeczona potrafi powiedzieć I do?"

[sierpień 2016]
Irlandia południowo - wschodnia. 
Przychodnia lekarska. W recepcji dostajemy numerek.
Siadamy w poczekalni między wypluwającymi płuca a czekającymi na borowanie. 

Niska blondynka w wełnianym swetrze przychodzi po nas i prowadzi do schowka na szczotki pełnego papierów.
Oto proszę państwa urząd stanu cywilnego. Za ścianą komuś wygrywają zęby. 

Jednak potrzeby będzie jeszcze jeden dokument. Potwierdzający,  że mój międzynarodowy oficjalny akt urodzenia jest dokumentem iście oficjalnym. Ommmm.....

[wrzesień 2016]
Średniowieczny zamek wydaje nam się jedyną słuszną lokalizacją.
200 ojro za 2 godziny przyjemności. Wdech wydech.
Wszak ślub z Wiewiórem bierze się tylko raz.

Bebe: A gdyby tak nie czekać do przyszłego lata?
Wiewiór: Co masz na myśli? 
Bebe: W styczniu stuknie nam 10 lat. W prawdzie to wypada w piątek, ale może w Irlandii udzielają ślubów nie tylko w weekendy. Oraz pomyśl! Będziemy musieli pamiętać tylko tą jedną datę! 
Wiewiór: Rzeczywiście kuszące. 

(...)
Polskie dokumenty załatwione.
To oficjalne: w piątek 13 stycznia 2017 wychodzę za męża.

[październik 2016]
Prawda bywa jak surowa marchewka przy bólu gardła - trudna do przełknięcia. 
Chyba nie chcę tiulowej spódnicy. Chcę sukienkę.
Z Berlina. Bonnie & Buttermilk. W innych retro wzorach się nie widzę. 

Atak telefoniczno-mailowy na zamek celem rezerwacji miejsca nie przyniósł rezultatu. 
Cisza, jakby ich zalało. 

A skoro nie zamek to.... Ommmm ommmmm..... Witaj przychodnio!
W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że wezmę ślub w medycznym schowku na szczotki.
Tak dziwne, że aż śmieszne. 

(...)
Bilet do Berlina kosztuje więcej niż sukienka. Kupuję przez internet. Na wszelki wypadek dwie.
Czas oczekiwania 6 tygodni. Chyba osiwieję.

[30.11]
Mamy! W końcu coś mamy.
Fotografa!
Który utrzymuje, że jest naszą rodziną, co świadczy o ułańskiej fantazji rzeczonego.
W prawdzie, zważywszy tuziny wujków i ciotek Wiewióra, takie wyznanie nie powinno dziwić, ale....

Jestem mężem siostry byłego partnera siostry Wiewióra.

W każdym razie mamy fotografa.
A fotograf ma aparat.

[04.12]
Umiarkowana panika na temat sukienki.
A dokładniej jej braku.

[05.12]
Wielka panika na temat sukienki.
A jak będą za małe? 

Szukam alternatywy. 
W sklepach tylko smoła i cekiny. 
Nie, nie, nie, nie.

Ommmmmmmm.....

[07.12]
Nie mam sukienki.
Mam buty.
Gumowce.
Żółte. 

No co?!
Przecież będzie zima.
W Irlandii.

[09.12]
Przyszła pierwsza sukienka.
Kremowa w niebiesko-żółte retro kwiaty.
Piękna.
Za duża?!?!?!?
Krój też nie ten.
Ommmmmmmmmmmmmm

[12.12]
Przyszła druga sukienka.
Czerwona. Piękna. 
Namiot!!!!!
Ommmmmmmmm...

Gdzie ja znajdę krawca, co mi to spruje i uszyje na nowo?!?!?

(...)
Nie będę panikować.
Ommmmm.....

(...)
Gorączkowo przeglądam strony internetowe w poszukiwaniu kreacji.
No żeż! Nic!

[18.12]
Ma strychu znajduję sukienki sprzed ciąży.
Wiewiór mówi, że najładniej mi w wełnianej spódnicy. 

Ommmmm.....

[19.12]
Bebe: Zamówiłam trzy nowe sukienki.
Wiewiór: I znów będziesz czekała 6 tygodni?!
Bebe: Nie! W innym sklepie. Te przyjdą jeszcze przed świętami (w myślach: oby....).

[22.12]
Cud! Cud w groszki. Czerwony.
W prawdzie z poliestru, ale jest szansa, że w środku irlandzkiej zimy się nie spocę.
Za jedną trzecią retro kiecek. Ekonomiczna panna młoda strikes back!

[25.12]
Grypa żołądkowa.
Przeziębienie.
Ból oczu.
Ból istnienia.
Zaklejam twarz plastrami na opryszczkę.
Błagam. Tylko nie to!

[O4.01]
Za dziewięć dni zawiązujemy węzeł mażeński, a Wiewiór jak na razie może wystąpić nomen omen tylko w butach. 

Nie wpadam w panikę, nie wpadam w panikę, nie wpadam..... Aaaaaaaa!

[05.01]
Pojechać do sąsiedniego powiatu po pasztety warzywne, wrócić z marynarką i koszulą. Spodni na człowieka-pająka brak. Sweter na pannę młodą jest. Z przeceny.

[06.01]
Największym wrogiem panny młodej są buty. Przymierzam cały zasób szafy. Kończy się tak jak zwykle. Przypadkiem. Czerwone szpilki kupione przypadkiem nomen omen w Dublinie i różowe półbuty od Clarksa kupione na sąsiedniej wyspie. 

Sukienka z internetów, szalik od Zosi, kurtka z Tkmaxxa (ta, co ją w ciąży kupiłam z Kaczką), rajtki z promocji, sweter z przeceny.
Dobrze, że Wiewiór wybrany świadomie.

[O7.01]
Dwadzieścia minut samochodem, (wyczute) muliony minut w korku na parking, trzy zgubione drogi w przybytku szopoholika, jedną pieluchę z ładunkiem broni biologicznej i osiem kanapek z szynką dalej.......czyli w szale sobotnich zakupów nabyliśmy ostatnie części ślubnych kreacji. Grudka zwiedziła przy tym wszystkie sąsiednie kabiny wzbudzając raczej ochy, achy i wie-süß-y niż oburzenie. Na wszelki wypadek udajemy, że to nie nasze dziecko.

[08.01]
Wiewiór w garniaku wygląda nader ponętnie.
Chyba za niego wyjdę. Jednak.

(...)
Bebe: Nawet nie wiem, o której mamy lot.
Wiewiór: Ja też nie.

(...)
Obudziłam się po północy z przeczuciem, że zapomnieliśmy o czymś ważnym. 
Rezerwacja obiadu!
Dzięki bogu za Facebook, różnicę czasu i nocnych marków branży gastronomicznej.
O pierwszej trzydzieści zasnęłam spokojnie. 

[09.01]
Jeszcze dwa dni w kieracie i wywieszam kartkę: "Wyszłam za mąż, zaraz wracam."

(...)
Wiadomość dnia! 
Odpowiedział nam mailowo zamek! Ten zamek. Buhahahaha!

Po miesiącu milczenia raczyli nas poinformować,  że cisza w eterze to wynik problemów z IT. Ale i tak mają zamknięte do 16 stycznia, więc nam pomóc nie mogą. No chyba, że zmienimy datę ceremonii. Buhahahaha! 

[10.01]
Czy panna młoda potrzebuje bukietu?

[11.01]
Dwa pociągi, dwa autobusy, dwie porcje ryby z frytkami, dwie kawy, dwa banany, jednego precla z masłem, jedno opakowanie dżemu zjedzonego łyżeczką, jeden samolot, dwanaście godzin i mulion odczytów tej samej stricte obrazkowej świnki Pepy później lądujemy w kolebce przodków Wiewióra. Jak to dobrze, że wielki dzień dopiero pojutrze.

[12.01]
- Dzień dobry, chcemy kupić bukiet. Ślubny bukiet.
- A na kiedy?
- Na jutro.
Kiedy ocuciliśmy i doprowadziliśmy do pionu lokalną florystkę okazało się, że była w zeszłym tygodniu na targach ślubnych, na które udzierała bukiety. Ten najprostszy, z samego przybrania sprzedała dziś nam. Za pół ceny. Zburzonego światopoglądu nie udało się ocucić.

Leje.
Na wszelki wypadek kupujemy parasol.
Czerwony. 

Może nie powinnam o tym mówić głośno, ale mam fajną teściową. Przygotowała się na ślub: "Mam trzy butelki szampana. Najlepszy, bo mocny! Oraz wino. Swoje wino. Mam też dla Was weselny tort*. Ha! Akurat przecenę mieli w markecie."

* 30 centymetrów biszkoptu przełożonego bitą śmietaną i posypanego cukrem pudrem.
[13.01.2017 piątek ]
Słońce! Słońce! Słońce! 
Z parasolem kupiliśmy pogodę!
To będzie dobry dzień. 

"Ale jestem podekscytowana!!!!" - mama Wiewióra świętuje już od rana - "Zamówiłam sześć skrzynek piwa, na wszelki wypadek. Bebe chodź no do kuchni. Czas na pierwszą butelkę szampana."

Grudka przesypia sesję foto.
Dzięki niebiosom!
Tym samym nikt mi nie ukradł show. 

Przychodnia lekarska wita nas plakatem:

To już wiadomo dlaczego Wiewiór musiał zostać Wiewiórem ;)

Ktoś ewidentnie sprzątał w schowku na szczotki. Dokumenty usypane w wieże, chylą się zsynchronizowane ku jednej stronie. Biurko przykryte białym prześcieradłem. Urzędniczka zamieniła wełniany sweter na marynarkę.

Młodsza część gości musiała zostać na zewnątrz. Taka karma.
Nie będzie z tego filmu na Snapchacie.

Przysięga na szczęście tylko po angielsku. Błędy w wymowie sklerozę* zrzucam na wzruszenie. Coś mi do oka wpada, gdy Wiewiór recytował swoje "I do". Strategiczne momenty ciszy Grudka wypełnia chrupaniem sucharka. Raz na moim, raz na Wiewióra ramieniu. 
*Z całej przysięgi pamiętam tylko "I do and I will". Musi starczyć.

"Teraz poproszę obrączki." 
"Obrączki? Bebe, kto ma obrączki." 
"O rany! Są w plecaku! Na zewnątrz!" 

W drodze do bufetów. My z Grudką przodem, za nami teściowa z resztą gości sztuk trzy. Nagle teściowa zaczyna biec w naszą stronę rączym kłusem trzymając torebkę ryżu w ręku. Wiewiór rzuca się przed siebie. Ja za nim. Teściowa w pozie dyskobola: "I forgot about rice!!!!!" Białe pociski, świsty, wybuchy, okopy, białe flagi. "Cieszcie się, że nie ma śniegu! Bo rzucałaby śnieżkami!" - siostra Wiewióra zatacza się ze śmiechu.
Kawiarnia pod Bawełnianym Drzewem. Grudka świetnie się bawi. Myje ręce siedemdziesiąt siedem razy w ciągu półtorej godziny. "Co jemy Potomko?" - "Napki*, ciastko, aach!**" - każdemu według potrzeb. Tosty z serem, fish pie, zapiekanki warzywne, frytki, pieczone ziemniaki, coleslaw, sałata, kurczaki w sosie, ciasto marchewkowe, tiramisu, kawa, nawet z soją, woda, dużo wody.
Na wisienkę zachód słońca na Octowym Wzgórzu. Wiatr, zimno. Pod murem wieży czekamy na dobre światło. Grudka obserwuje drżące towarzystwo i w końcu rozumie, o co w tym dniu chodzi: "Happy Birthday!"
W domu teściowej strzelają korki szampana.
Dj Teściowa puszcza najstarsze kawałki gatunku Irish country "No zobaczcie jaki on jest przystojny!"
Rodzina Wiewióra objawia się w szybszym tempie niż jestem w stanie odpowiadać na "How ar' ya hon?"
Wujek Ron snuje niekończącą się opowieść, z której jestem w stanie wyłapać tylko pojedyncze słowa "hemoroidy", "więzienie", "bezsenność" i "topnienie psa, który cudem przeżył".
Młodsza młodzież w osobie Grudki tańczy. Starsza młodzież dokumentuje i transmituje zajście w social mediach.
Chipsy, orzeszki, krakersy. Kuzynka Marianna pretenduje do miana najlepszego gościa wieczoru: przynosi polski sernik.

Po północy siostra Wiewióra znajduje napoczęty tort weselny.
Kto napoczął? Nie wiadomo.
Zjada połowę. Rękami. Podobno taki dobry był.

*Kanapki
**Woda
[14.01]
Okazuje się, że liczna rodzina zamieszkała w tym samym mieście ma swoje plusy dodatnie i ujemne. Państwo sami rozważą co jest co. Sobota upłynęła nam mniej więcej tak:
- Przynieśliśmy Wam prezent!
- O! Kryształowa rama na zdjęcie ślubne! Dziękujemy!
- Mamy dla Was prezent.
- Tak? Jak miło!
- To rama na ślubne zdjęcie. Lokalny kryształ!
- Mam dla Was coś w prezencie!
- Czyżby rama na ślubne zdjęcie?
- No co Wy! Przecież wiem, że lecicie samolotem. Album! Album na zdjęcia ślubne Wam kupiłam. Z kryształami na okładce.

[15.01]
Procedura podróży odbyta w odwrotnej kolejności. Aż trudno uwierzyć, że śniegi Bawarii to nie atrapa. 
Wchodząc do domu potykam się o paczkę. 
Z sukienką. 
TĄ sukienką. 

Będzie na poprawiny ;-)


[16.01]
W kieszeniach, butach i załomach wózka znajdujemy ryż.

(...)
- Rings of power!
- Bzzzzzzt!

Wiewiór i Bebe - cz.VII: Jojo

19.02.2012



Fioletowe jojo z plastiku.To wszystko, co jej po nim zostało. Samo wraca, powiedział zanim wsiadł do autobusu na lotnisko.

- Miałem się nie zakochiwać, ale mi coś nie wyszło.
- Też Cię kocham.

Jojo powędrowało w stronę chodnika i lekko wspięło się do góry. Wiewiór uśmiechał się zza szyby autobusu, a Bebe rozpłakała głupio, bo na widoku, oglądana przez innych pasażerów.

- Kocham Cię, ale to koniec. Nie chcę związku na odległość.

Tego wieczoru, punkt dwudziesta druga, Bebe zdała sobie sprawę, że nadal czeka i nasłuchuje. Drzwi na korytarzu pałacu nie skrzypnęły na nienaoliwionych zawiasach. Nie było też dźwięku długich kroków na laminowanej podłodze, ani jęku klamki bez pukania. Jedyne co wróciło, to fioletowe plastikowe jojo, zaklęte w wiecznym tańcu na sznurku.

Te straszne słowa: Kocham Cię

14.02.2012

Bebe miała kiedyś amanta, który oszczędnie używał słów czułych. W nadmiarze wycierały mu się zbyt szybko, blakły, znikały. Odmierzał je skrzętnie, wydawał od święta, na specjalną okazję. Warował, odliczał, ciułał, by nie straciły znaczenia. Aż tego znaczenia w ogóle zabrakło.

Wiewiór kąpie Bebe w miłych słowach, ubiera, dekoruje, dzieli się. Jest hojny, jak Jezus z rybami i chlebem. Nie raz do roku, nie od święta, nie przy niedzieli, nie w nagrodę. Tylko wtedy, gdy to czuje, czyli tu i teraz, wciąż. Od pięciu lat, niezmiennie mocno i wyraziście, choć nadal się kłócą, kto bardziej.


°°°

Niech Wam się słowa czułe mnożą!

Wiewiór i Bebe - cz.VI: Laptop

12.02.2012


Laptop Wiewióra umarł nagle.

Kiedy po powrocie na Zieloną Wyspę, Wiewiór zaniósł komputerowe truchło do obdukcji, odbyła się następująca rozmowa z fachowcem:
- Tja, ciekawe. Też miałem ten model. Czy kiedy się zepsuł, była w pokoju kobieta?
- Tak - przyznał zaskoczony pytaniem Wiewiór.
- Bliska jakaś? Może dziewczyna?
- Tak.
- Czy to było w jej sypialni?
- yyy...tak....- Ten facet jest dobry, pomyślał Wiewiór.
- Pokłociliście się może, była napięta sytuacja?
- Tak, następnego dnia wracałem do domu.
- Ciekawe, ciekawe. A ta kobieta, to może była z Europy Wschodniej?
- Tak - Wiewiór nie wierzył w to co słyszy.
- Dokładnie! To samo stało się z moim komputerem, ten sam model. Właśnie zerwałem z moją dziewczyną, Czeszką, i nagle, bach! przestał działać! Kobiety z byłych krajów sowieckich są bardzo niebezpieczne. Zwłaszcza dla komputerów.

Wiewiór i Bebe - cz.V: Gorące noce

5.02.2012
Na początku chciałabym przeprosić wszystkich czytelników za przerwę w transmisji tej serii opowiadań. Pamięć mam słabą (pozytyw: bez tego ten blog by nie zaistniał). Musiałam zatem udać się na retrospektywną naradę z bohaterem drugoplanowym. Po ustaleniu faktów i spisaniu ich czerwonym flamastrem, wznawiam kronikę wydarzeń. Tradycyjnie, kolejne odcinki będą ukazywać się w weekendy.
Poprzednie odcinki i odcinki pokrewne dostępne są tutaj (początek jest na końcu): Wiewiór i Bebe.

°°°




Dwa dni później dzwon na wieży romańskiej katedry wybijał właśnie dwudziestą trzecią, kiedy Bebe i Wiewiór wyprowadzili rowery na rozgrzany bruk starego miasta. Wronka musiała zostać z madonnami, które smażyły się w ceramicznym piekle. Kocie łby emitowały przyjemne ciepło. Cyklady zagłuszały myśli. Na zachodzie niebo jeszcze zaciągnięte różem, aż szkoda było jechać do domu. Wieczór idealny na nocną kąpiel w jeziorze.

Dojechali na dziką plażę przez labirynt z wybujałej roślinności. Mikro plaża pod dziką wiśnią z zadeptanym skrawkiem trawy. Co chwila słychać plusk wpadających do wody owoców. Na środku stoi ławeczka z trzech kawałków drewna. Perkozy, jak chłopaki na dzielni, uprawiają pełen lans, z kuprami ponad taflą przeźroczystej wody. Nie mieli strojów kąpielowych ani ręczników. Nigdy też nie byli wobec siebie nadzy . Mała katoliczka tupie nóżką w bebeluszkowej głowie, a Bebe wystawia jej zawiadomienie o eksmisji. Zawsze chciała to zrobić, popływać w jeziorze o zmroku. Nago. Mała katoliczka grozi Bebeluszkowi losem madonn z pieca. Ta nagość jest jednak konieczna. Tylko nagłe onieśmielenie odebrało im mowę. Jakoś tak niezręcznie i nieskładnie się zrobiło. Trema, jak na chwilę przed otworzeniem prezentu. Radość z oczekiwanego i strach przed rozczarowaniem. Avanti! Będzie o czym opowiadać wnukom - pomyślała Bebe, rozebrała się szybko i nie patrząc na Wiewióra, schowała się w wodzie.

Jezioro było jak talerz zupy, ciepłe i gęste z zieleniną wodorostów dryfującą na powierzchni. Bebe wypłynęła na sam środek. Odwróciła się i widzi, że Wiewiór stoi w wodzie po pas.
- Chodź do mnie! - krzyknęła do niego. On pomachał jej ręką, odkrzykną coś, co utonęło w falach i nadal z miejsca się nie ruszał. Bebe podpłynęła do brzegu. Stał tam, nagi i trochę zagubiony.
- Dlaczego nie pływasz?
- Nie potrafię.
- Jak to, nie potrafisz? W ogóle?!
- W ogóle. Kiedyś morze wciągnęło mnie na głębinę. Dotarłem do brzegu skacząc po dnie. Boję się wody - niebieskie oczy krótkowidza uśmiechnęły się przepraszająco.

Bebe podeszła do niego, przytuliła i nic nie mówiąc, wyprowadziła z wody. Suszyli się na brzegu między pocałunkami. Rowerami pojechali do wiewiórowego akademika, by jak nastolatki do rana słuchać "Smells like teen spirit" i zapleść początek wspólnej historii. Jak na wakacyjną miłość przystało, miała ona duszę szaleńca i bardzo krótkie nogi.


c.d.n.


°°°
A teraz proszę się przyznać, który z czytelników przebywa właśnie w Argentynie, który w Katarze, a który na Wyspach Guernsey? Rosja też mignęła na zielono. A reszta? Gdzie otwiera swojego internetowego Judasza? Statystka podpowiada mi, że niezłe z Was obieżyświaty! Jeśli ktoś się wybiera do Peru, to proszę o zdjęcie Machu Picchu.


Meldunek z placu broni: Miejsce 5 utrzymane. Ostatnie 48h głosowania rozpoczęte. Konkurencja nie śpi i atakuje. Byle do wtorku! Howk!

Różnica kultur

23.01.2012


Małostkowość bywa pryszczem na siedzeniu. Nie widać a boli, zwłaszcza właściciela. Bebe bywała małostkowa, zwłaszcza w stosunku do zegarowego tykania. Nie jedną noc kuchenny czasomierz spędził już w szafie. Czepiała się też namiętnie kwiatów ciętych, których nigdy od Wiewióra nie otrzymała, a chciałaby bardzo. Chciałaby, też żeby Wiewiór otwierał jej drzwi, nosił siatkę z zakupami, nie zaczynał obiadu pierwszy i na boga przestał mlaskać, jak mu coś szczególnie smakuje. Czy cały świat musi o tym wiedzieć?! Chciałaby też, żeby czasami walną ręką w stół. Po męsku, żeby się uparł i żeby było na jego. I żeby focha strzelał, jak ona wychodzi na obiad z kolegą.

A Wiewiór nadal swoje. Przynosi jojo dla początkujących, pingwiny z papieru składa  i naprawia kran bez proszenia. Zaczyna obiad, by jej nie obrazić. Mlaszcze przy tym głośno, bo nie umie inaczej, choć się bardzo stara. Plecak jej zabiera, jak mu się nie przypomni ta feministka wyspowa, co za oferowaną pomoc wyzwała go od zacofanych seksistów. Nawet nóż jej kupił firmowy, szwajcarski, ale z pilnikiem. I jak miło, kiedy wraca cała radosna po spotkaniu z przyjaciółmi, nawet jeśli jego przy tym nie ma.

Bebe ma to, co naprawdę chce.

°°°
Powtórzę się, ale głosowanie na Bloga Blogerów trwa jeszcze do 7 lutego.
Uzbrójcie się zatem w telefony i ślijcie smsy pod numer 7122 o treści G00404. Te "0" to zera a nie litery. Jeden telefon - jeden sms. Śpieszmy się, bo konkurencja nie śpi... 
I rozsyłajcie wici wśród znajomych mniej i bardziej. Proszę.

1D

22.01.2012
Centrum Dowodzenia Kryzysowego


Komputer połączył się z idealnym światem: w Czarnym Lesie jest 21 stopni w pełnym słońcu.
- Nie wierzę. Przecież jest styczeń i do tego leje. Sprawdzę u Ciebie. Wpiszę, Wilka Brytania - trzeszczy Wiewiór przez Skype'a. - Nie, nie może znaleźć. To może Anglia? UK? Nie! Komputerowa pogodynka mówi, że taki kraj nie istnieje.

Tuż przed przebudzeniem, gdzieś między snem a brutalną jawą, Bebe traci na chwilę poczucie orientacji. Azymut zimnej poduszki sprowadza ją szybko na ziemię. Światło jest na sznurek, spłuczka na klamkę, poduszka za płaska, koc zamiast ciężkiej kołdry, chleb z plasteliny, termofor jako namiastka ciepła znajomego ciała, a pod oknem niewidzialni kierowcy jadą różańcem po złej stronie drogi. Wszystko wskazuje na Wyspy.

Cholera by wzięła takie pożegnania! Ostatni wieczór spędziła przy łóżku, obserwując Wiewióra zmorzonego migreną. Następnego dnia, pojechał z nią na lotnisko, gdzie reklamują lepszy świat w 3D. Pani w okienku ślamazarzyła się przy bagażach na tyle, by pozostało im tylko klika minut na bieg do stacji, pośpieszny pocałunek i wepchnięcie Wiewióra do pociągu powrotnego tuż przed zatrzaśnięciem drzwi.  Bebe została na peronie, patrząc jak jej D do pary znika w migoczących szybach. A potem śnieżyca, opóźnienie lotu, długie godziny w ciszy i star trek na laptopie. W perspektywie: płaska szara permanentna chmura i debiut ze studentami. Oby mnie nie nie zjedli wraz z kagankiem oświaty.

Północ. Przez szybę taksówki Bebe ogląda, jak zbyt rozebrane dziewczyny kolędują po pubach na zbyt wysokich obcasach. Zbyt pijani chłopcy w zbyt białych koszulkach chwieją się za bardzo nad papierosem. W domu na wieży zbyt zimno, żeby zasnąć.

Tylko wanna, z idealnego świata, stoi nadal na czterech lwich łapkach po środku łazienki wykładanej czerwonym dywanem. Wanna jest statkiem, a Bebe żeglarzem. Siedzą sobie z książką od dwóch godzin i lądują powoli na wyspie. Bebe zanurza się w gorącej wodzie.

- Nie chcę wracać - szepcze na mokro w Wiewiórowe ucho.
- Byle do wiosny.


°°°

Bebe nadal zbiera smsy w konkursie Blog Roku 2011.
Kto ma zbędny, niech odda!
Wyślij smsa o treści G00404 na numer 7122 (te 0 to zera).
W zamian wymasuję wam obolałe kciuki.

Jeden numer, jeden sms.
Koszt 123 grosze już z vacikiem.

Serce na sznurku

18.01.2012
Oszukali! Z premedytacją!


Aperitif.
Na rocznicę powiesili sobie miłość na sznurku. Miłość to szklana i nieprzejrzysta, mleczna. Szkło choć grube, to i tak obchodzą się z nim uważnie, na wszelki wypadek.
 
Obchody piątej rocznicy zaplanowali ze szczegółami. Chyba dlatego, że nigdy dotąd nie poświęcili ani krzty uwagi odhaczaniu tego, co minęło. Wystawianie rachunków, bilanse zdarzeń, odliczanie podatków strat, nie leżały w ich naturze. Okrągłość daty jednak zobowiązuje. Jak nie dla siebie, to dla potomności. Kwiaty cięte, mała czarna, trzymanie się za ręce nad kolacją na mieście - stały na samej górze listy.
- Szef zaprosił nas na kolację - oznajmił Wiewiór. - W piątek wiecz.....o jesssssuuuuuu!!! zapomniałem, że to nasza rocznica!

Pierwsze danie główne
Po trzeciej lampce bardzo czerwonego wina:
- Jak się dużo pracuje, to wydłużają się człowiekowi ręce - oznajmił Wiewiór udając uderzanie młotkiem w stół. Żona Szefa wyciąga oba ramiona przed siebie. Jedno jest zdecydowanie dłuższe niż drugie. U Szefa i Wiewióra to samo. Tylko Bebe jakaś równa.
- Nie wiedziałam, że kończyny różnej długości to norma - wybełkotała z niedowierzaniem, szukając odsyłaczy w procesorze głównym, który, jak na złość, rozpłyną się w procentach.

 
I tak klocek drewniany staje się różny od innych drewnianych klocków. Tak różny, że już bardziej nie może.  Bebe przeniosła się duchowo do podstawówki, gdzie w klasie lekcji plastyki miała narysować swoją ksywę. Tylko, że Bebe nigdy się takowej nie dorobiła. Dumała nad białą kartką, gdy artystka w przebraniu nauczycielki wykrzyknęła jej nad głową:
- Jak to nie wiesz, co narysować! Bebeluszek - Otyłuszek! Rysuj te swoje oponki!
Cała klasa wybuchła śmiechem, a czerwień wybuchła na pulchnych policzkach Bebe. Rysowała zatem Misia Otyłuszka z brzuszkiem, jakby połknął trzy baryłki miodu wraz z opakowaniem. Na szczęście, Otyłuszek nie wykazał właściwości przylepnych i odpadł tuż po wystawieniu ocen.

- Jeszcze nigdy nie spotkałam kogoś z równymi ramionami! - Żona Szefa popatrzyła na Bebe z podejrzanym politowaniem.
- Cóż, wychodzi na to, że jestem rasową księżniczką - Bebe nie traci fasonu - Wasze zdrowie!

Drugie danie główne, czyli 2 butelki póżniej
Na kaca poszli do miasta. Romantyczne dziesięć kilometrów w obie strony. Z przystankiem na chai latte w barze wytapetowanym starymi szyldami. To znaczy, herbatę z mlekiem piła Bebe, a Wiewiór piwo, bo macho nie piją cappuccino w barze.
- Co najbardziej lubisz, w tych ostatnich pięciu latach razem - zagaiła Bebe z wizją długich romantycznych wspomnień.
- Radość. Przedtem byłem bardzo smutnym człowiekiem.
- A coś jeszcze?
- Nie. Ta radość to najlepsza rzecz.


Wieczór. Zapachniało wędzoną rybą. Dwie marchewki i cebula duszone z makrelą na mleku. Przepis od babci Wiewióra, tej co na świat wydała tylko dziesięciu potomków. Wynik nikły w porównaniu z bacią drugą, która postarała się o dwa tuziny.  Podobno po ósmym, już nie ma różnicy czy przychodzą kolejne czy nie. Wszyscy mieszkają razem w tym samym nadmorskim miasteczku z operą i najlepszymi rissoles* na świecie.

Deser.
 Bebe zastała Wiewióra zakopanego z laptopem pod kołdrą.
- Co robisz?
- Zimno mi - odpowiedziała błękitnooka głowa.

- Czemu nie włączysz ogrzewania?
- Bo jestem pod kołdrą. A bycie pod kołdrą to esencja szczęścia - Bebe traci grunt pod nogami, gdy dwie ręce wciągają ją pod pierzynę. - Widzisz, teraz jesteśmy razem pod kołdrą. To szczęście podwójne! Nie ruszam się stąd!


* Przepis na Rissoles: Domowym sumptem smażymy frytki. Dużo frytek. Miażdżymy je na plastelinę, dodajemy sól i dużo zielonego suszonego czegokolwiek. Lepimy kulki wielkości pięści i smażymy na głębokim oleju na złoto. Smacznego i żeby wam cholesterol nie skoczył!


***

Ostatnie 24h głosowania w konkursie Blog Roku 2011 Bebe rozpoczęła na miejscu 4!
Czapki z głów, niech Wam Pan B. w podwyżkach płac i zniżkach cen wynagrodzi! 

Nie pomóc Bebe utrzymać się w pierwszej dziesiątce, byłoby teraz przestępstwem. 

Nakłońcie dziś choć jedną osobą na wysłanie smsa o treści G00404 (te 0 to zera) na numer 7122. Koszt to 123 grosze już z wacikiem i brzemię bebeluszkowej radości.

Rocznica

13.01.2012
Spieszę donieść, że po pierwszym dniu głosowania Bebe na miejscu 5 z 420 zgłoszonych blogów w swojej kategorii! Uhuhu!!!! Kłaniam się usłużnie i dziękuję za wsparcie!

Konkurencja nie śpi, trzeba więcej SMSów! Chwytajcie za telefony (swoje i bliskich) i głosujcie!
Aby zagłosować na blog Bebeluszka należy wysłać SMS o treści G00404 (te 0 to zera) pod numer 7122. Każdy głos się liczy, ale z jednego numeru można wysłać tylko jednego smsa.


Konkurs konkursem a życie toczy się dalej:


Zdjęcie: Maria Brinkop
Trzynastego w piątek, a ja siedzę i myślę, co by tu napisać o Bebe i Wiewiórze. Okazja jest, bo dzisiaj stuknęło im okrągłe pięć lat pożycia. Tylko słów brakuje. O miłości pisać to kopać sobie dołek. Albo wychodzi za różowo i puchato, albo za sucho, albo zbyt ckliwie, a nie daj Panie B. za słodko! A między Bebe i Wiewiórem była raczej wielka cisza. Ciemna, chłodna i bardzo pusta.

Dokładnie pięć lat temu Bebe westchnęła nad licznymi mailami pisanymi w głuchy eter, nad kołdrą coraz to zimniejszą i nadzieją, co głupia umiera ostatnia. Przestała oczekiwać, że między nimi się w końcu uda. Tymczasem Wiewiór usiadł do komputera na Zielonej Wyspie. Tego dnia nie wiało i modem obwieszczał połączenie ze światem. Bebe animowała poklatkowo ryby na dyplom, gdy Wiewiór napisał:

Okay.

Może nie było to najbardziej romantyczne słowo w słowniku, lecz wypełnione ciepłem a może i pożądaniem. A przede wszystkim komunikowało to, co już od dawna chciał powiedzieć. Była 16:45, a Bebe do dziś przechowuje tą wiadomość.

Czekoladowa kaszanka

23.12.2011


Wiewiór pracuje, a Bebe - curą domesticus. Miesza bigos przy teoriach socjologicznych interakcji. Z jednym okiem w notatkach z fenomenologii składa koślawe gwiazdy z papieru, które nijak nie chcą dorównać złotemu aniołowi origami autorstwa Wiewióra. Przeszła na dietę opartą o tubylczy wypiek świąteczny, co jej chyba nie służy, bo w rajtkach coraz luźniej. Pisze plany ukończenia wiekopomnego dzieła naukowego, a o północy robi świąteczne zakupy w pobliskim supermarkecie: połowa karpia z wytrzeszczonym okiem, tona twarogu homogenizowanego na sernik, mąka najbielsza na lazanię, nugat do dwóch pieczonych jabłek i najmniejsza kapusta w szpic na bigos. Jaka szkoda, że to święta we dwoje!!! - krzyczą geny polskiego dobrobytu stołowego.

Bebe oswaja poddaszowe gniazdo obrazkami z dzieciństwa i zdjęciami z wakacji, lustrem zawieszonym w sypialni i parą kolorowych miseczek. Wieczorami zdradza Wiewióra z ciałem profesorskim na Skypie. Ciało bowiem zdeterminowane jest silnie kaganek oświaty nieść nawet i pod samą choinkę! Jak to dobrze, że to święta we dwoje. - szepczą nerwy na niteczkach zawieszone. Tylko cynamonowych gwiazdek i waniliowych księżyców brak. Upiec własnych nie ma jeszcze na czym, a kupne w cenach zawrotnych po trzy i pół książki za kilogram.

Nic to, mama Wiewióra z prezentami przesłała chocolate pudding razy dwa, co Wiewióra wprawiło w osłupienie. W kraju jego przodków, zadziwiająco do bebeluszkowego podobnym, pudding to bowiem kaszanka. Czyżby kaszanka w wersji czekoladowej, czyli poslki salceson? Okaże się w pierwszy dzień świąt, który na szczęście Wiewióra jest dniem drugim, bo do otwarcia prezentów zostało mu już tylko jedno spanie. A że Święta odbędą się w stylu łączonym Wiewiór łata najdłuższe skarpety, żeby o świątecznym poranku zmieściły się w nich nie tylko pomarańcze.


Choinka z metra cięta przekracza zdolności budżetowe, w związku z czym Wiewiór wykazał się miłosierdziem i zaadoptował w supermarkecie chudą choinkę made in china. Plastikowe kulki vel poranna rosa na gałązkach gratis. Drzewko nie sięga mu nawet do kolan, a sztuczna ikra rybia sypie się, ku uciesze nowego ojca, na dywan suto, co objawia się charakterystycznym chrzęstem nadal dziurawą skarpetą. Wiewiór nowego członka rodziny ubrał odświętnie, opatrzył w perukę z anielskiego włosia, umieścił na piedestale z pudełka po ciastkach.  Jak to dobrze, że to święta we dwoje. - cieszy się Wiewiór myśląc o tych licznych studenckich razach bez drzewek, bliskich a nawet chleba z masłem. Z Bebe w ramionach wdycha święta przy blasku niemrugających lampek i chyba po raz pierwszy w życiu zaczyna je po prostu lubić.

Podróż filmowa

15.12.2011

A tak było dokładnie rok temu. Pociąg relacji Kraków - Warszawa.

 Nie, podróż filmowa nie ma nic wspólnego z czerwonymi dywanami i szpilkami. Za brak tych ostatnich Bebe dziękowała wczoraj wszystkim bogom i aniołom z przytupem. Wszystko zaczęło się od tego, że nie przyjechał ten wcześniejszy niż wcześniejszy autobus na dworzec. Ten wcześniejszy też się nie pojawił. Nie mówiąc już o tym na czas.

Pot stresu lał się ciurkiem pod dwiema warstwami kurtek, które nie zmieściły się do plecaka. Wiatr zimnymi podmuchami w oczy nie pomagał przy galopie z językiem na brodzie i trzydziestokilowym balastem na plecach. Czwarty autobus pojawił się, jak za dotknięciem różdżki, tuż po zamówieniu taksówki, która miała zrobić wszystko co w jej mocy, by do Bebe dojechać na czas. Moc taksiarza nieraz już Bebe zawiodła, wybór padł więc na wtaczający się właśnie na przystanek środek komunikacji miejskiej. Dziesięciominutowym biegiem na yam yamski dworzec Bebe zaliczyła egzamin wstępny do korpusu Marines. Nawet bandę kudłatych podlotków staranowała bez mrugnięcia okiem, w końcu widzą, że leci, więc na cholerę zajmują całą szerokość chodnika?!

Czas jest niewątpliwie kobietą i to z PMSem, humorzastą i zmienną. Ciągnął się jak stare kapcie po szpitalnej podłodze, gdy kierowcy autobusu zachciało się zrobić przerwę w samym środku trasy. Gdy zaś do pociągu w Czarnym Lesie zostało pięć minut i trzy podejścia po schodach, leciał sobie jak struś pędziwiatr. Bebeluszek robił za kojota, zwłaszcza przy trzech podejściach z balastem po wydłużających się, jak Boga kocham, schodach. Osobom z setką wagową na karku Bebe gotowa jest od dzisiaj wycinać medale z ziemniaka. Każdy krok z takim ciężarem to jak zdobycie K2 w środku zimy. Bebe nie chce wiecej ani K2 ani stu kilo na biodrach.

Samolot, jak zwykle, pełen był pingwinów w biznesowych marynarkach i dopasowanych garsonkach.   Nielot w płaszczu od Gucciego z silnym keczupowym akcentem oznajmia ludzikowi w telefonie: Samolot mam spóźniony. Taka uroda świata biznesu. Tego wieczoru elegancka rzeczywistość papierów wartościowych i cen nieruchomości wzbogacona została najbrzydszymi butami do biegania a w nich buraczana jak Matrioszka Bebe, która odmówiła miesiąca rozłąki ze ulubionym sprzętem sportowym tylko dlatego, że gabaryty stelaża nie są przystosowane do potrzeb nowoczesnego nomada.

Scena końcowa. Entuzjastyczny bieg po peronie i romantyczny pocałunek w ramionach amanta? Wybaczcie, ale dystanse biegowe zostały już wyczerpane z zadatkiem. Błękit znajomych, dobrych oczu kazał Bebeluszkowi krok po kroku przeczłapać długość peronu, który też, jak Boga kocham, zdawał się wydłużać niż skracać. I nastąpiła czerń. Czerń nocy i czerń wiewiórowego płaszcza, w której Bebe postanowiła zniknąć.

Niniejszym Święta uważam za otwarte!

Flying home for Christmas

14.12.2011

Chris Rea. Piosenka, która co roku nabiera dla Bebe nowych znaczeń.


Już od dziewięciu lat utwór ten opisuje bebeluszkową rzeczywistość. Ostatnia skypowa rozmowa: Wiewiór włącza to na cały regulator po swojej stronie ekranu i zaczyna śpiewać razem z Chrisem. Bebe śmieje się na tą wizję własnej przyszłości. Patrzy na człowieka na ekranie komputera i roztapia się jak czekolada w palcach trzylatka. Wiewiór to dom, choć tak nie było zawsze.

Na początku domem były zasypane śniegiem mazurskie lasy, trzypokojowe mieszkanie wśród zamarzniętych truskawkowych pól. Tam kręciła mak przy trzeszczącym czarnym radio z kolędami w programie pierwszym. W Wigilijny poranek, jako najmłodsza latorośl, ubierała chudą choinkę, pamiętającą jeszcze czasy Gierka. Na samym jej czubku różowa kula ze stalagmitem wystrzelającym srebrem w sufit a całość pokryta anielskim włosiem. Tatuś Bebeluszka już w południe podkładał prezenty pod drzewko, a następie wydeptywał w różanym dywanie ścieżkę, regularnie sprawdzając, czy już pojawiły się paczki z jego imieniem. Mama Bebeluszka, dla równowagi w rodzinnej przyrodzie, o prezentach kompletnie zapominała. Zaskoczona odkrywała niezapakowane dobra dla całej rodziny w czeluściach szafy kilka dni po podziale opłatkiem. Siostry Bebeluszkowe zjeżdżały już po pierwszej gwiazdce, żądając pasztecików z kapustą i bigosu.

Rok temu miano domu przypadło hipisowskiemu pałacowi w środku Stumilowego Lasu. Na ręcznie plecionych chodnikach pod ogromną żywą choinką w balowej sali jedli z Wiewiórem sałatkę kartoflaną z kiełbaskami i pieczone z nugatem jabłka ....a po polsku, karpia cichaczem w pokoju, bo dla sześćdziesięciu hipisów ryba nie chciała się rozmnożyć. Za to korzenne wino lało się hektolitrami. Na pasterkę była wielka bitwa na śnieżki w ogrodzie, zakończona suszeniem zmarzniętych stóp przy kominku, gdzie Gwiezdne Wojny snuły do rana niekończącą się opowieść.

W tym roku dom, to nowe gniazdo na poddaszu i pierwsze w historii święta z Wiewiórem sam na sam. Wigilijny wieczór będzie po bebeluszkowemu: choinka i pod nią prezenty. Ma być bigos (podobno bardzo śmierdzące suszone grzyby z kraju ojców już doszły, a z nimi kisiel i kiełbasa) i pierogi opieczętowane irlandzką koronką. Pierwszym dniem świąt dyryguje Wiewiór. Mają być skarpety wypełnione pomarańczami i Wiewióra ulubiona lazania autorstwa Bebe. Gwiezdne Wojny tym razem przegrają z Doctorem Who. Przedświąteczne wieczory zarezerwowali na Franka Sinatrę, czarowanie zwierzaków origami na choinkę i Schmalzkuchen na świątecznym jarmarku (coś w rodzaju małych kwadratowych pączków bez nadzienia, posypanych suto cukrem pudrem, jak śniegiem, i jedzonych patyczkiem z papierowej tutki).

Bebe ma gęsią skórkę na samą o tym myśl. Za kilka godzin pociąg zatrzyma się na na stacji w Czarnym Lesie. Jeszcze przez szybę będzie starała się dostrzec na peronie wysoką czarną kurtkę. Wysiądzie z pociągu z nerwowym uśmiechem na ustach a serce stanie jej na chwilę w suchym gardle. Nie, nie boi się niczego szczególnego, ale nie wie, jak wytrzyma te kilka najbliższych godzin oczekiwania. Ma wrażenie, że za chwilę eksploduje. To tylko to dziwne uczucie, gdy po długiej nieobecności, spotyka się znowu kogoś niemal tak znajomego jak my sami. Tak jakby ten ktoś stał się nagle odrębnym istnieniem, które na nowo trzeba oswoić. I dostrzega się znowu, jak ten ktoś naprawdę wygląda. 

Na tym peronie Bebe roztopi się znowu jak czekolada, tym razem w znajomych ramionach, i zaczną się święta!

Wiewiór i Bebe - cz.IV: Fotoplastikon wspomnień

20.11.2011
Czasem wspomnienia są jak seanse w fotoplastikonie. Scena, cięcie, scena, cięcie. Pojedyncze obrazki  łączą się w logiczną całość, ale brak jej ciągłości. Z Kopenhagi Bebe pamięta właśnie takie obrazki. Ciepłe, radosne chwile zamrożone na krótką wieczność. Życie smakowało wtedy młodością.

Gdzieś nad morzem w drodze do Kopenhagi. Sierpień, piąta rano.

Piątka szaleńców przed samochodem na granicy krzyczy do kamery "cheese". Mewy serfujące między burtą promu a szarymi bałwanami. Słońce wschodzące z morskiej kipieli. Włosy Bebe wirujące na wietrze. Juliusz na skale rozkłada ramiona, patrząc w otwarte morze. Bose stopy Wiewióra na mokrym piasku. Chleb z serem i wino na śniadanie na plaży. Kręte uliczki Kopenhagi i zanieczyszczone kanały. Najdroższe piwo świata. 8 euro. Młody mężczyzna w białej koszuli na ławce, w ręce dzierży pędzel, a nad nim stojak z tysiącem wieszaków - pół białych, pół jeszcze niepomalowanych. Wronka trzy czwarte zatrzymana wpół słowa z palcem wskazującym do góry. Kudłaty na antycznym krześle, a przed nim Wiewiór na klęczkach sprowadzający konstrukcję drewnianego mebla. Wesołe miasteczko. Korek na ścieżce dla rowerzystów. Biały most do złudzenia przypominający San Francisco.Wronka ze śmiechem wychyla głowę za szybę samochodu. Pięć kebabów na obiadokolację. Bebe z półprzymkniętymi oczyma łapie ostatnie promienie słońca. Przystanek nad rzeką. Wronka uśmiecha się do obiektywu, a w tle długie włosy Wiewióra odwróconego do niej plecami. Wronka z Kudłatym na kredowych klifach. Dłonie Wiewióra splecione na bebeluszkowej nodze i jego głowa kołysząca się we śnie na oparciu tylnego siedzenia samochodu.

Do Stumilowego Lasu dojechali o północy. Kudłaty, lewo żywy ze zmęczenia, odwiózł Wiewióra do akademików. Niespodzianka - przywitał ich Tomasz siląc się na uśmiech - Jestem tu od wczoraj. Jutro muszę wracać. Gdzieście wszyscy byli??? Serca grupowo stanęły z wrażenia. Tomasz wpakował zdumionego Juliusza do swojego samochodu i tyle ich widzieli.

Bebe zawahała się przez chwile, czy może pójść z Wiewiórem, ale z braku reakcji ze strony rzeczonego, pozwoliła się zawieźć do hipisowskiego pałacu. A tam w ogrodzie Komputerowi Ludzie raczyli się winem w dużych ilościach i sałatką z tofu. Żeby zagłuszyć rozczarowanie, Bebe przyłączyła się do opowieści o Star Treku, polskiej kiełbasie i programowaniu małych ludzików w internecie. Pytania o tym, co po Obcym zbyła zdawkowym wzruszeniem ramion.

Wiewiór został na parkingu sam i do dziś nie wie, jak to się właściwie stało.


Wiewiór i Bebe - cz.III: Lato jak ajerkoniak

23.10.2011


Dzień był upalny, sierpniowy. Kudłaty chciał pobiec po bułki, ale zgodnie stwierdzili, że południe to raczej czas na kebaba niż jajecznicę. Zaprzyjaźniony Turek zapakował to co zawsze i tak dotarli do pracowni ceramicznej z prowiantem i piwem.

To był jeden z tych leniwych dni, co sączy się powoli jak kieliszek ajerkoniaku...Wronka popatrzyła na Kudłatego: Obetniesz mi grzywkę? Na środku dziedzińca opustoszałego uniwersytetu Wronka usiadła na stołku, a Kudłaty klęcząc przed nią obcinał jej włosy. Powietrze drgało lekko, czy to z gorąca czy namacalnej bliskości tych dwojga. Bebe z Wiewiórem na ławce w cieniu jedli i pili, starając się bardzo by nie wypadło to nienaturalnie.

Nic się nie stało..nic się nie stało...jeden pocałunek wiosny nie czyni... Bebe wzięła głęboki oddech przeganiając poczucie winy. Jeszcze wczorajszego dnia należała do Obcego, a ostatniej nocy całowała się z innym. Obawy zaczęły układać się w brzydki obrazek. Jeszcze przed wyjazdem, Wronka na osobności opowiedziała jej o polskim korytarzu, z którym się Wiewiór zaprzyjaźnił. Powiedziała też o Acie, której się Wiewiór podobno bez powodzenia oświadczył. Czy jestem mu tylko balsamem?

Żeby przerwać ciszę, Bebe opowiedziała Wiewiórowi o Juliuszu, który po trzech latach studiów w Stumilowym Lesie miał za trzy tygodnie wrócić do ojczystego kraju na drugiej półkuli.Serce się wszystkim krajało, zwłaszcza że Juliusz w Stumilowym Lesie mógł być w końcu sobą. Rozkwitł i zakochał się szczęśliwie w Tomaszu. Życie pisze swój własny scenariusz, dając Tomaszowi wymarzoną pracę  w innej części Keczupowa. Nie widzieli się już dwa tygodnie i niewiele im już czasu zostało. Stypendium Wiewióra kończy się wraz z końcem wakacji... - przypomniała sobie Bebe ze ściśniętym gardłem.

- A może gdzieś pojedziemy ? - pół godziny później zapytał Kudłaty otwierając atlas samochodowy Europy na przypadkowej stronie - O tu na przykład. - Uśmiechnął się wskazując palcem na Kopenhagę. - Dzisiaj po mojej pracy, o 22. Ja prowadzę. Powiedzcie Juliuszowi, przyda mu się trochę rozrywki.

---

c.d.n. ale nie wiadomo czy jutro.....tymczasem Bebe piecze kurczaka, wkłada obcasy i jedzie odebrać Wiewióra z lotniska. Życie jest dzisiaj wyjątkowo piękne!

Wiewiór i Bebe - cz.II: Nie chronić od zapomnienia

22.10.2011
Pamięć jest zawodna, zwłaszcza bebeluszkowa, dlatego warto zapisywać teraźniejszość. Kiedy myśli o tamtym lecie, wspomnienia rozmazują się, mieszają. A te które chciałaby zapomnieć rysują się wyraźnie czerwoną kreską. Jak to o Obcym, którego zabrała na spływ kajakowy na Bugu. Czy każdy ma na koncie związek, którego się wstydzi?

---

Nie widział jej całe dwa miesiące, do dnia kiedy wróciła w końcu ze spływu kajakowego gdzieś na granicy Europy wschodniej z bardziej wschodnią. Przyszła w tym swoim różowym podkoszulku w serek, opowiedziała Wronce jednym tchem o Obcym, który na szczęście nie sprawdził się w nadbużańskim gąszczu i zjedzony przez komary, a w rzeczywistości zazdrość, uciekł po czterech dniach gdzie keczup z curry produkują.

Bebe otrząsnęła się szybko z początkowego szoku, co ułatwiła trójnarodowa grupa kajakowych zapaleńców oraz samogon ukraiński w skwarne południe zagryzany misternymi kanapkami ze słoniną, czosnkiem i listkiem pietruszki. Tuż po powrocie, nie zważając na dowody miłości w postaci spaghetti według przepisu ciotki Obcego, Bebe skończyła mezalians i przyszła do Wronki na wino, Władcę Pierścieni i sen. Wiewiór słuchał uważnie, sącząc słodki Muskat ze szklanki.

Długowłosy Irlandczyk zaprzyjaźnił się z Wronką na bazie koleżeńsko-zawodowej. Wronka robiła wtedy cholernie ciężkie odlewy gipsowe egipskich madonn. Wiewiór wyposażony w mięśnie i wolny czas, zgodził się jej pomóc pod warunkiem, że ktoś sfotografuje ich pracę. Wronka mogła pomyśleć tylko o jednej osobie: Bebe. Zwłaszcza, że zdała śpiewająco egzamin językowy i mogła zostać w Stumilowym Lesie na kolejny rok. Bebe zgodziła się bez namysłu wychylając drugą lampkę wina: Praca jest najlepszym lekarstwem na horrory sercowe, ale teraz muszę się przespać.

---
Juliusz wpadł kilka godzin później w odwiedziny:
- A co to? - zapytał zdziwiony spoglądając na materac Wronki.
Na co Wronka wyszeptała prowadząc go na balkon:
- Bebe śpi, a Wiewiór wykorzystuje sytuację.

---
Co to była za noc! Zdawało się, że Bebe przysnęła tylko na chwilę, by obudzić się wciśnięta w ścianę na materacu Wronki. Za oknem ciemno, a oni leżeli jak sardynki w puszcze. Jedno przy drugim. Ściana, Bebe, Wiewiór, Wronka i i jej Kudłaty. Kudłaty zwisał połowicznie nad podłogą pochrapując lekko. Ich twarze oświetlał ekran komputera cichutko pokazujący owłosione stopy hobbitów w skalistym Mordorze. Na ramieniu Bebe dłoń Wiewióra, dłoń obejmująca, opiekuńcza. Niech ta chwila trwa. Niech nikt się nie budzi. Udając zły sen wtuliła się w znajomy zapach. Dłoń zgarnęła ją delikatnie, przyciągając bliżej do siebie. Miłe ciepło i spokojny oddech. On nie śpi, więc co robi ta ręka na moich ramionach?? Bebe obróciła się powoli wokół własnej osi i spotkała się oko w oko z błękitem wiewiórowych.

---
c.d.n. jutro!


p.s. Zostało jedno jedyne spanie.

Wiewiór i Bebe - cz.I: "Początki nieświadczące"

21.10.2011
Dla Bebe najważniejszy jest Wiewiór, choć tak nie było zawsze....

---- Tekst napisany w grudniu 2010, gdy wielkie litery były wrogiem.....czas pędzi jak na hulajnodze. ----

 wiewiór przyjechał do stumilowego lasu na trzy-miesięczne stypendium. prasować komody  i odczarowywać stołowe blaty z herbacianych kółek. na peronie przywitał go gej i chudzina o słowiańskiej urodzie. przedstawili się jako juliusz i wronka. interesująco..... miło, że ktoś po niego wyszedł. w gruncie rzeczy wcale się tego nie spodziewał. oboje w przepraszających ukłonach opowiadają coś o jakieś bubie czy bebe, która nie mogła go odebrać ze względu na jakiś egzamin. wiewiór o niczym nie wie. maila też nie dostał. za to teraz ta dwójka wciska mu w rękę klucz i mówi, że to od jego pokoju?! to ja mam pokój? - pyta wiewiór wyraźnie zaskoczony. juliusz i wronka uśmiechają się znacząco, po czym prowadza go na przystanek autobusowy.  wiewiór nie wiedział, że gościnność i organizacja to specjalność stumilowego lasu.


----
w czasach zamierzchłych, liczonych jednak jeszcze na palcach jednej ręki bebe w różowym podkoszulku w serek z h&m wpadła do małej knajpki na obrzeżach stumilowego lasu. tam w półmroku, wronka kryła się przed słońcem za kuflem lokalnego przysmaku z pianką. a towarzyszył jej długowłosy blondyn. bebe ogarnęła pobieżnie jego wyciągnięty sweter. zanotowała w głowie, że jak na jej gust jest zdecydowanie za niski. poza tym kobieta nie powinna mieć mężczyzny mniejszego rozmiarem. to nie przystoi. i wygląda głupio na ulicy. wronka jak zwykle na czarno. chuda do niemożliwości przywitała ze szczerą radością krągłości bebeluszkowe. a bebe, jak z armaty wypaliła, że już nie ogarnia o co tym wszystkim samcom chodzi. towarzysz wronki, przedstawiony pobieżnie jako wiewiór, skulił się na swym krześle i skupił wzrok na złotej zawartości kufla. a bebe ciagnęla dalej oburzonym głosem: za dwa tygodnie mam egzamin, a do mnie dwóch na raz uderza. czy im się w głowach poprzewracało?! 


---
 c.d. nastąpi.....jutro! 

Auto Post Signature

Auto Post  Signature