Image Slider

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pocztówki z Blogosfery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pocztówki z Blogosfery. Pokaż wszystkie posty

Pocztówki z Blogosfery: MagOOmama

29.01.2013

Kochani czytelnicy,

Dzisiejsza pocztówka z zakątka blogosfery, który szydełkiem i aparatem uprawia MagOOmama. Zakątek to niezwykle udany. Co ja piszę?! Fantastyczny jest, ciepły, radosny i z pasją! MagOOmama ma bowiem wełnę w głowie, z której dzierga miniaturowy świat puchatych cudowności. Niestety, zdjęcia MagOOmamy to gotowe pocztówki (Moje kredki zbladły. O zgrozo! konkurencjo!). Załączam kilka, bo nie potrafię zdecydować się na jedną. Siedzi się tu w kuchni pachnącej obiadem, nad kubkiem herbaty, małym palcem muskając miękkie futerka myszek, jeży, królików i niedźwiadków. 

Skąd jesteś MagOOmamo? 
MagOOmama pochodzi z małego miasteczka, baaardzo małego, w którym to psy...ogonami szczekają. Cisza...nuda...nic się nie dzieje...atrakcji tu jak na lekarstwo. Tak naprawdę nazwę MagOOmama, wymyśliła moja najstarsza córka, podczas gdy we mnie dojrzewał pomysł na stworzenie bloga. Nie miałam pojęcia, że moja przygoda z tym wirtualnym światem tak się potoczy. Moim zamiarem było podzielenie się pasją, która we mnie drzemała bardzo długo nim ujrzała światło dzienne. 

Moim ulubionym dziełem Twojego autorstwa jest seria dzierganych miniaturowych zwierząt. Skąd na nie pomysł? 
Pomysł na malutkie zabawki zaświtał mi w głowie jak lampka u Dobromira - nagle. Przeglądałam różne strony w sieci, by stworzyć coś czego jeszcze nie ma i mam nadzieję, że udało mi się. Bo takie maleństwo to na półce może zamieszkać albo w kieszeni podczas podróży, bywa że w torebce się schowa albo pod poduszką czeka na dobry sen.
  
Fantastyczne są! Ale, zabawki szyłaś jeszcze przed rozpoczęciem bloga, prawda? Pamiętasz tą pierwszą? 
Szyłam ją, jego właściwie, ręcznie późnym wieczorem. To był dinozaur dla najmłodszego z synka Jerzyka. Przywitał synka wczesnym rankiem, leżąc na poduszce

No ale jak rodzą się pomysły na te wszystkie cudowności? 
Zanim dojrzeje we mnie pomysł, przez myśl przelatują tysiące możliwości, kolory, zapachy. A kiedy już mnie dopadnie, to siadam w ulubionym fotelu z zielona poduchą i ruszam z łańcuszkami na szydełku, bywa że pruję, bo mi, że tak powiem, “się nie widzi” całokształt. Trudno mnie wtedy odgonić, a już nie mówię by wyrwać z rąk szydełko! Zazwyczaj pracuję wieczorami. A kiedy zbyt długo “wachlam” (to określenie mojego męża), on wtedy robi pstryk i światełko gaśnie w mig. 



Twój blog to nie tylko przytulanki, ale też wspaniałe zdjęcia? Jak się zaczęła Twoja przygoda z fotografią? Masz w domu studio fotograficzne? 
Bardzo dziękuję za słowa uznania. Fotografią zaraził mnie mój mąż. Widziałam jaką sprawia mu to radość i powiem szczerze byłam trochę zazdrosna o jego pasje. To on, samouk i pasjonat w tej dziedzinie, nauczył mnie wszystkiego. Podarował mi aparat i tak się wszystko zaczęło. Bardzo mu za to dziękuję. A co do studia, nie, nie mamy tak dobrze, wszystkie zdjęcia robimy w domu. Jeśli podobają się innym to znaczy, że chyba nie jest tak źle z naszym rzemiosłem.
Przekornie zapytam, kiedy ukaże się książka i film animowany z Twoimi zabawkami w roli głównej? Czy są w ogóle takie plany? 
Tak, mamy takie plany. 

Ha! A jednak! taki potencjał trzeba wykorzystać!
Chcielibyśmy wydać książeczkę z bajkami dla dzieci, ilustrowaną zdjęciami moich zabawek. Myślę, że na przełomie wiosny i lata  ukaże się pierwszy egzemplarz. Co do filmu to polegam wyłącznie na czasoprzestrzeni mojego męża, bo jest to niewątpliwie zajęcie czasochłonne. Ale cierpliwości, film jest w planach, a to już jest dobry początek. 

 (Kotek!! )
 Wspaniały. Trzymam kciuki za realizację. W tym wszystkim nasuwa się jedno pytanie: jak mama czwórki dzieci znajduje czas na dzierganie, fotografię i prowadzenie blogu? 
Hmmm..:) ja  myślę , że to żaden sekret. Ostatnio pani z zaprzyjaźnionej pasmanterii, w której zaopatruję się w wełenki wszelkiego kalibru, zadała mi dokładnie to samo pytanie.Wystarczą dobre chęci, a przede wszystkim Zgrana Rodzinna Paka, i wszystko układa się tak, jak powinno. Nikt nikogo nie goni, nie pospiesza, nie ma pretensji, to kwestia organizacji czasu. Teraz dzieciaki odrabiają lekcje, pan z TVN-u wiadomości ogłasza radosne, pies wyprowadzony i grzeje łapki pod kocem, gulasz już prawie gotowy, w międzyczasie dobiega głos Majki: "Mamoooo,a ile to jest 18-4???", a ja po melisowym chillout’ciku  rozmawiam z Tobą :) Boszszsz...ziemniaków nie posoliłam !!!
Więc jak widzisz łelaks na wełanda.

Na koniec, pytanie tradycyjne: Jakie są Twoje ulubione miejsca w blogosferze? 
Jest wiele miejsc, które odwiedzam. Z przyjemnością zaglądam do Aleksandry Reich  z bloga CZARY Z DREWNA. Te wszystkie niebanalne przedmioty, które tworzy z drewna wprawiają mnie w obłęd.Uwielbiam sztukę Maryś z KIEDY BUDZI SIĘ... - tyle ciepła i radości, takiej beztroskiej, jest w jej obrazach. Zaczytuję się w ONA MA SIŁĘ i to zaczytanie podnosi mnie z kolan niekiedy. Podobnie wpływa na mnie Julia z SZAFA TOSI i Julitta z DOMWHERELIFEHAPPENS.A ponieważ ostatni będą pierwszymi, zachwycam się teutońskimi wywodami oraz “rysosłowem” Bebeluszka, znasz???? 

A jakże! :) Dziękuję, zwłaszcza za rozmowę. 

Koordynaty na planetę MagOOmamy: http://magoomama.blogspot.com. Koniecznie!
Tymczasem pakuję walizkę i lecę na Wyspę na próbę generalną. Trzymajcie kciuki!

Howk!
Bebe
  

Pocztówki z Blogosfery: O tym, że...

16.12.2012
O tym, że...Razem najfajniej!



Ahoj Czytelniku/Czytelniczko!

Pewnie Was nie zdziwi, że tu bywam. Pachnie farbą drukarską. Słychać ciszę, czasem dziecięcy śmiech. Można sobie siedzieć z wyciągniętą stopą w pasiastej rajstopie z kotem na kolanach i godzinami przeglądać kolorowe strony. Jako dziecko nie rozumiałam, jak dorośli mogą spędzać tyle godzin z czarno-białymi gazetami. Nie dość, że nieporęczne, to jeszcze bez obrazków! Przysięgłam wtedy, że nie zniżę się do tego poziomu. Choć często czuję się odosobniona w tym postanowieniu, trwam. Tym bardziej miło mi znaleźć dorosłych inaczej, którzy książką obrazkową oraz dziecięcą cieszą się bardziej niż gazetą. Taka jest na przykład Olga, mama Ewy, sprawczyni całego zamieszania zwanego O tym, że... A o czym? To już opowie sama Olga.



Na początku muszę zaspokoić swoją ciekawość: Powiedz czy kochałaś książki obrazkowe zanim zostałaś mamą? Czy ta przygoda zaczęła się wraz z przybyciem Ewy?
Tak odpowiem – zawsze przystawałam w dziale z literaturą dziecięcą. Głaskałam okładki, podglądałam ilustracje, zwracałam uwagę na nowe wydawnictwa (i wąchałam, rzecz jasna, wąchałam). Na studiach polonistycznych przeboleć nie mogłam, że literatura dla dzieci i młodzieży to tylko jeden semestr, zakończony malutką pracą. Jednak dwiema, bo przypominam sobie, że przypadku poezji polskiej pisałam o Ludwiku Kernie, proza obca – Michael Ende. Przez całą historię literatury dla najmłodszych przebiegliśmy galopem, właściwie ani razu się nie zatrzymując. Szkoda. Z perspektywy czasu żałuję nawet bardziej, niż wtedy.

Jednak, faktycznie, dopiero pojawienie się Ewki sprawiło, że ta chęć wiedzy, poznania tekstów, ilustratorów, pracy wydawców gwałtownie wzrosła. Zaczęłam po prostu działać. Oglądać, czytać, kupować, zwyczajnie – interesować się. Czyżbym całe życie szukała usprawiedliwienia dla „dziecinnych” zainteresowań? ;)
Chciałabym wiedzieć wszystko i to natychmiast! Tymczasem świadoma jestem, że to dopiero początek tej przygody, że nie wiem nic, może prawie nic. I jest to świadomość równie frustrująca, jak i nakręcająca.


I wtedy pojawił się blog. Skąd ten pomysł?
Każde moje doświadczenie zawodowe w mniejszym lub większym stopniu wiązało się z pisaniem. Tak jak pływak, po zakończeniu kariery, ma potrzebę wyjścia na basen i wypływania swoich „basenów”, tak i ja mam potrzebę wypisania się. Częściowo potrzebę zaspokajały e-maile pisane do bliskich, ale mało mi było. Powstał blog, będący połączeniem tekstu i zdjęć. Bo zdjęcia są dla mnie równie ważne. Z nazwą miałam problem. Uznałam, że najważniejsze jest, by mnie nie ograniczała, bo początkowo pojęcia nie miałam, w którą stronę pójdę z tą moją pisaniną. Pod szyldem O tym, że... mogę pisać naprawdę o wszystkim, choć czas pokazał, że to wszystko w moim wykonaniu to raczej książki dla dzieci.Zatem mój blog to przede wszystkim relacje ze spotkania z książką (celowo nie używam słowa recenzja, nie piszę recenzji), jakieś inspiracje związane z zabawkami czy akcesoriami, zabawy plastyczne i czasem tylko – oderwana od wszystkiego garść przemyśleń.


Na blogu i FB wspierasz młode polskie wydawnictwa, takie jak Ładne Halo. Co myślisz o rynku wydawniczym książki dziecięcej w naszym kraju?
Myślę, że wiele, naprawdę wiele się wydarzyło przez ostatnią dekadę... Przez kilka lat studiów – podczas weekendów, wakacji, wolnych dni – dorabiałam w księgarni takiej prawdziwej z tradycjami i ciekawym wyborem książek. Pamiętam półki z literaturą dziecięcą – oferta była dość skromna, choć można było znaleźć kilka perełek z ilustracjami wielkich polskich ilustratorów. Ale żeby książki obrazkowe? Młodzi odważni autorzy? Ciekawa, współczesna grafika? Wydania zagranicznych bestsellerów – nowości czy klasyki? Temat właściwie nie istniał. Nie istniały też Zakamarki, Dwie Siostry, Tako czy Ładne Halo. Dziś nie wyobrażam sobie rynku wydawniczego bez nich.
Teraz nie dość, że wybór jest ogromny, to jeszcze najnowsza technologia zniosła wszystkie granice. Jeśli chcę mieć nowość wydaną właśnie w Japonii, mogę ją zamówić online i tyle. Nie zamawiam, bo mnie po prostu nie stać. Ale mogę, każdy może. W końcu mamy dostęp do bestsellerów z całego świata, a i świat ma dostęp do naszych, polskich, książek. I naprawdę nie mamy się czego wstydzić.

Nie masz wrażenia, że polscy rodzice podchodzą dość sceptycznie do tych nowych książek i wydawnictw?

Gdybym miała uogólniać, prędzej strzeliłabym, że polscy dziadkowie podchodzą do nowości, jak do jeża ;) Wiadomo - nie wszyscy i nie do każdej nowości, ale... Jakby synonimem książki dla dzieci mógł być tylko zbiór baśni Grimm czy wiersze Brzechwy! 
 
Rodzice różnie, moim zdaniem, jest coraz lepiej - szukają informacji, czytają magazyny lifestylowe i blogi, rozglądają się i często - może nie autora tekstu, czy ilustratora, ale kojarzą wydawnictwo! Sporo znajomych śmieje się, że książki w domu dzielą na "pod dziadków" i resztę. Przynajmniej dwukrotnie spotkałam się z opowieścią na temat reakcji rodziny na książkę Binta tańczy (tekst: Eva Susso, ilustracje: Benjamin Chaud, wyd. Zakamarki), brzmiało to mniej więcej tak: Ale brzydka ta książka, takie obrazki dziwne i te imiona? Ajsza? Babo? Obce, inne - budzi mieszane uczucia. Ale to nic nowego, prawda?
 
Jest jeszcze inna sprawa - sporo rodziców, dziadków, cioć i wujków korzysta z oferty - jak oni o sobie mówią? - "lidera na polskim rynku dystrybucji dóbr kultury", czyli sieci na E., mającej swoje sklepy często w galeriach handlowych. Ilekroć stoję tam w dziale z literaturą dziecięcą - zgrzytam zębami. To, co jest wyeksponowane na półkach, to jakaś zgroza. Jak jesteś cierpliwym klientem i chociaż mniej więcej wiesz, czego szukasz - dokopiesz się na przykład do kilku tytułów z Dwóch Sióstr. Ale wybór z mniejszych wydawnictw? Raczej nie. No chyba, że wielokrotnie, w różnych sklepach, miałam ogromnego pecha i tak naprawdę wcale tak nie jest... Ale żeby aż taki pech?
 
Gdzie, kiedy i jak najchętniej piszesz?
Między kuchnią a pokojem dziennym zatrzymuję się pochylona nad biurkiem. Stuk-stuk-stuk – wpisuję dwa słowa komentarza, dopisuję zdanie do tworzonego posta, usuwam beznamiętnie całe akapity. Zawsze mi mało poprawek. Piszę na raty. Pochylając się nad biurkiem, z plecami w pałąk wygiętymi. Jak siadam, to na brzeżku krzesła, bo przecież zaraz, za momencik – będę musiała wstać. I podać, podgrzać, zrobić, ułożyć, przeczytać. Mam dwa zeszyty, w których wpisuję tematy postów, tytuły książek, jakieś nazwiska i adresy. Powinnam zapisywać w nich całe zdania, które przychodzą mi do głowy, ale pisanie odręczne to dla mnie zmora. Ręka niewprawna, pismo coraz bardziej kulfoniaste, nieczytelne nawet dla mnie. Lubię stukot. Klawiatury. Marzy mi się maszyna do pisania.Bywa, że chodzę z jednym zdaniem w głowie tygodniami! I co jakiś czas głośno je wypowiadam, żeby nie zapomnieć.
Idealne warunki do pracy wyglądałyby dla mnie tak – najpierw długo, bardzo długo jadę pociągiem. W pociągu najlepiej mi się myśli. Wykluczam – oczywiście – sytuacje upierdliwych współpasażerów, braku ogrzewania lub wagonu-sauny. Dojeżdżam na miejsce. Czyli gdzieś, gdzie mam komputer, zapas jedzenia i picia i ogrzewanie. Zmarzluch ze mnie! I tyle. Czy ja za dużo wymagam? ;)

Skądże! Pociągi to inkubator i mojego słowotwórstwa. Chyba czas poprosić Mikołaja o karnet na przejazdy PKP ;) Skoro jesteśmy przy podróżach, dokąd wybierasz się najchętniej zwiedzając blogosferę?
Ho, ho, ho! Mnóstwo mam miejsc, w których mi wygodnie! Zatem bardzo się ograniczę i wymienię tylko kilka. Ze względu na tematykę i profesjonalizm – regularnie zaglądam: Poza Rozkładem, Znak Zorro i 1x365, Kolekcji Hipopotama (znowu Mizielińscy!), Ryms oraz Polska ilustracja dla dzieci.
W moich „ulubionych” jest też masa naprawdę różnych adresów – zapiski codziennie, blogi mam, fotoblogi, blogi kulinarne... To nie jest kilka blogów, nie kilkanaście i obawiam się, że nie kilkadziesiąt nawet! Wspomnę zatem o dwóch, które czytam chyba najdłużej i zawsze sprawia mi to przyjemność – zimno i barbarella. I na pewno zapomniałam o jakimś bardzo ważnym adresie, na pewno.


 A powiedz jeszcze na koniec, jaka jest Twoja ulubiona książka obrazkowa?
MiasteczkoMamoko Aleksandry i Daniela Mizielińskich (wyd. Dwie Siostry). Ta książka to był mój zapalnik. Raptem się obudziłam, rozejrzałam i zorientowałam, że dzieje się, a ja o tym nie wiem! I zaczęłam znajomym dzieciom kupować Miasteczko Mamoko... Potem dopiero Ewce, dla której Miasteczko... jest, jak sądzę, również ważną książką.

A Wasza ulubiona?
Miasteczko Mamoko, ależ jestem nudna, co? Nic nie poradzę! Mizielińscy mają nas w kieszeni. Ewka namiętnie zajmuje się śledzeniem – najchętniej Zofii Ryjek i Hesi, Maćka i Antosia z Hyców... Ja lubię wodzić wzrokiem za Aleksandrem Paskiem, M. za Zygmuntem Kosmicznym. Mamy też Dawno temu w Mamoko i od niedawna Mam oko na litery. Część książek, za jakiś czas, przekażemy młodszym dzieciom z rodziny, pozycje Mizielińskich zostaną, dla pokoleń. Zbyt dużo książek pojawia się w naszym domu, by wybrać kilka tytułów – wszystkie, które opisuję na blogu po prostu lubię i uważam za wartościowe. A jak nie lubię, to nie opisuję. Proste.

I tak powstaje ilustrowana galeria tytułów, do której i Bebe chętnie zagląda :) Zatem ciepłych Świąt wewnątrz i mroźnych za oknem! Niech Wam choinka w nowe woluminy obrośnie, a na stole nie zabraknie pysznych ilustracji. Kolorowych!

Do Olgi, hej Czytelnicy,
Do Olgi, bo tam cud!(nie)
O tym, że...klik! klik!



Ukochania,
Bebe

Pocztówki z Blogosfery: LOOKarna

26.11.2012
Gdybym projektowała wystawę Lookarny...


Ahoj Przyjaciele!
W Galerii pod Chmurką Lookarny jest jak w księdze bajek. Nie wiesz, co się kryje na następnej stronie. Może pocieszysz płaczącego wilka, odwiedzisz miasto na grzbiecie wieloryba, albo obudzisz śpiącego rycerza. Lookarna to mój lek na horror vacui. Po cichu marzę (zazdroszcząc Krakusom), że pewnego dnia przyjadę na Kazimierz, kupię jabłka ze wsi, dwie kawy w papierowych kubkach i między straganami odnajdę stragan z obrazkami. Że się spotkamy. Pogadamy. Może tak:

Lookarna to nietypowe imię. Skąd się wzięło, co oznacza?
Kiedyś to olejami malowałam. Małe olejne szkice. Miasta, martwe natury z wazami greckimi w tle. Farby olejne piękny zapach mają! Moja mama, co nadal na podłódzkiej wsi mieszka, zawsze mi powtarzała, że dla niej to te farby lasem, żywicą pachną. Na podłódzkiej wsi babcia dom miała, w którym się wychowywałam do czasu pójścia do szkoły. Tam strych był. Taki idealny, na dwie części podzielony: lewą i prawą. Porządek. Stare buty. Słoiki na przetwory z łososiową gumką i fikuśną sprężyną. I ciemnia wujka. I stare numery „Filmu” przeglądane w półmroku. Roman Wilhelmi puszczał do mnie oko. Mogłabym przysiąc… Było też okienko, przy którym siadywałam. Zgięta w pół mogłam bezkarnie przyglądać się kurzowi osiadającemu na łydkach koleżanek grających w „gumę”. To tam stałam się tym, kim jestem, a potem, w dorosłym życiu nazwałam się Lookarną (lukarna, to takie małe okienko w połaci dachowej).

Mówisz oleje, ale twoje pracy to głównie rysunki.
Kiedy syn miał przyjść świat, zarzuciłam wazy greckie i oniryczne mieściny. Dla zdrowotności, żeby dziecko zapachu lasu nie wdychało. Kawę też przestałam pijać. I w ogóle, zapomniałam na chwilę, że kreatywna bywam. I nagle, jak kamieniem w łeb. Kupiłam szkicownik. Mały. 15x15. Łatwiej dokończyć projekt na małej przestrzeni. Łatwiej od nowa uczyć się rysować i ćwiczyć cierpliwość. Ołówki przywiozłam z rodzinnego domu. Pamiętają czasy liceum. Pachną jak wtedy. Pamiętam, mama zabrała mnie do sklepu dla plastyków w mieście Łodzi, na ulicy Zielonej. I pamiętam jak rozbolała mnie głowa z przejęcia!

Wtedy, na kolanie, z wyselekcjonowanych bazgrołów synka, powstała pasiasta świnia, która chciała być taka, jak wszystkie. „Zwierzęta odsunęły się od niej. Mówiły, po co nam w stadzie taki dziwoląg. Nie wierzyła, że jest inna. Pobiegła nad pobliskie bajoro i przyjrzawszy się swojemu buremu odbiciu uznała ze spokojem, że jest taka sama jak inne.” Ta świnia to ja ;)

A co było dalej?
Ołówek i mały format. Idealna sprawa dla młodej mamy. Powstały kolejne ilustracje. Cała sterta ilustracji do autorskich opowiastek i znanych bajek. Między kartkami książki, którą dostałam w ‘94 ubiegłego stulecia, zamieszkały ptaki na trzech nogach, króliki suszące pranie podczas burzowych podmuchów wiatru, śpiący rycerze, z których jeden sprawdza, czy stópki należycie kołderką okryte, wilki pozwalające oswoić strach, ryby przenoszące na swych grzbietach miasteczka i pola… pola… pola łubinu i białej jak śnieg gryki. No i co? No i powstał blog. Papier, ołówek, kredka, stara gazeta, płótno tkane ręką prababki w połączeniu z fantazją, przypadkiem, umiejętnością słuchania, przypadkiem, wspomnieniami z dzieciństwa na wsi, wierzeniami w ludowe stwory… pozwoliły stworzyć całą galerię postaci, którą zamykam wiernie w formacie 15x15. Potem odważny krok...

Czyli narodziny Galerii pod Chmurką?
Tak, za namową rzecz jasna, bo czasem tak trudno uwierzyć w siebie. Oprawiłam ilustracje, zapakowałam w wiklinowy kosz piknikowy i pojechałam na Targi sztuki Art Expo w podkrakowskich Tomaszowicach. Potem wystawa „Mama rysuje” w jednej z krakowskich księgarń i wreszcie pomysł na „Galerię Pod Chmurką”, pomysł na bycie punktem na mapie Krakowa. Punktem, do którego można przyjść po uśmiech, porozmawiać o inspiracjach, usłyszeć opowiastkę, wypić wspólnie kawę zakupioną w pobliskiej knajpce. Mała galeryjka z autorskimi pracami, w sercu krakowskiego Kazimierza. Pokazuje się w sobotnie poranki na pchlim targu i cudnie wpisuje w artystyczny klimat dzielnicy. Kawa w Kolorach, pomidory drożeją, porcelana, amber, gold, silver, bunc od górala, winyl, ja! Czujesz to? Ludzki gwar i ciepło. Wydziergana chmurka radośnie dynda na wietrze. Krakowskie sobotnie niebo odbija się w szybach oprawionych schludnie ilustracji. 

A teraz, gdzie tworzysz i jak? Bo chyba nie na kolanie?
Kuchenny stół. Na lata miał być. Tak powiedział stolarz. Taki jakiś ciemny. Dziś wolałabym biały. Zaledwie trzy lata, a ja już ciemnego stołu nie chcę. I taki stół niby nic, a jak po nim zmiany w mentalności ludzkiej widać. Zasiadam przy nim co rano. Jak tylko drzwi za chłopakami się zatrzasną (duży M i mały M). Potem nastaje cisza, a potem skrobanie ołówkiem po kartce. Radio się właśnie zepsuło. Wytrzymało trzy lata pstrykania małym paluszkiem. Jak mi czasem głosu ludzkiego zabraknie, to włączam sobie film widziany pięć tysięcy razy. No, jaki, jaki, a np.: „Vicky, Cristina, Barcelona” (Jak mi się podoba Cristina, a potem Vicky, a potem znów Cristina!) albo „Elizabeth” (Jak ona idzie przez pustą katedrę w tej kobaltowej sukni, wściekła taka!) albo „Frida” (Jak pije wódkę, a potem się całuje z dziewczyną.) albo „Ukryte pragnienia”(Lubię kiedy cykady grają w popołudniowym słońcu) albo „2 dni w Paryżu”(oooo! Jak Jack biegnie w przedmieścia paryskie). Nie muszę wtedy oka zawieszać na ekranie, oko śledzi paluch umoczony w białej farbie kreślący horyzont. Do tego kawa i czuję, że mogę wszystko!

A co najbardziej lubisz?
Lubię kwadrat, szarlotkę z lodami, słońce w oczy, kiedy mam okulary, wiatr w plecy, ciepłe rączki synka na moich policzkach. Lubię tanie wino z Maryjką i "Sto lat samotności", kolorowe czapki na jesienną słotę. Lubię, kiedy ludzie ładnie się z sobą witają i ładnie żegnają. Lubię noc. Jest bardziej twórcza. Nocą miewam najlepsze pomysły. Lubię nas pakować przed podróżą, a potem tę podróż wspominać. Lubię pietruszkę. Pietruszki mogę dużo. Nadaje się do wszystkiego! I na jajo na twardo, do mineralnej dwa listki też chętnie dorzucę. Jak nie piłaś, to spróbuj! Lubię po zmroku zaglądać ludziom w okna. Dlatego najchętniej zaglądam na blogi wnętrzarskie. Wskakuję w jeden, potem w następny i następny i potem już sama nie wiem gdzie byłam, choć bardzo chcę wrócić.
Wracam za to tu:
http://pstrobazar.blogspot.com/ - Na wsi, była biblioteka. Wszystkie książki oprawione w szary papier pakowy. Zaraz po przyjściu do domu sprawdzałam, jaką książka ma okładkę. … ehhh jak ja lubię wspominać;)
http://sixtyonea.blogspot.com/- pachnie tu morzem, wiatrem i drewnem.
http://tekturowo.blogspot.com/ - kreatywność nie zna granic!
http://rafa-kids.blogspot.com/ - piękne rzeczy dla dzieci w jednym miejscu


A teraz idziemy piec szarlotkę! I oglądać Chmurkowe cudowności: http://lookarna.blogspot.com/
Ukochy!
Bebe

Pocztówki z Blogosfery: Tulaj Tulaj

14.10.2012


Ahoj tam po drugiej stronie ekranu,

Dzisiaj goszczę u Anuszki z bloga Tulaj Tulaj. Anuszka siedzi w fotelu i przyszywa ogony leśnym zwierzakom-pluszakom. Przy filiżance z herbatą świętujemy właśnie jej debiut słowotwórczy na łamach magazynu „Przebieralnia”. Anuszka napisała bajkę o Rudym, z którym nie omieszkałam się z nim uwiecznić na pocztówce. Anuszka opowiada o swoich pluszakach jak o dzieciach i przyjaciołach: dla szopa Zenka dzierga chlebak, z Misiem Heniem była właśnie na Śnieżce. Zresztą posłuchajcie sami:  

Powiedz Anuszko, jak zaczęło się Tulaj Tulaj?
Zawsze chciałam coś tworzyć i faktycznie wiecznie coś robiłam, ale wciąż zazdrościłam starszej siostrze talentów. Uwielbiałam też jeździć do babci, mmm, pamiętam zapach babcinej maszyny do szycia... Każda wyprawa do niej była jak podróż do jaskini skarbów. Kochana babunia wyciągała duże tekturowe pudełko, albo podnosiła wersalkę a tam leżało mnóstwo kolorowych ścinków, skrawków. I ja później szyłam z nich pościele dla lal i misiów, które kładłam do kołysek z pudełek po butach. Trochę później, jakieś 3 lata temu, w czasie wakacji odkryłam blogi. Zaczęłam wtedy nieśmiałe próby z stworzenia autorskich przytulanek. Jednak wakacje się skończyły, a czasu dzielonego pomiędzy studiami i pracą było niewiele. Zapadłam w sen, owinęłam się kokonem i w marcu 2012 wyewoluowałam jako Tulaj Tulaj.

A jak wyglądała pierwsza zabawka Twojego autorstwa?
[śmiech] Przezabawna sprawa. Pierwsza była lala, malusieńka, nazywała się Ludmiła. Powstała z kawałków tego, co miałam w domu. Skrawek lnu i koronki na sukienkę, pukiel czerwonej włóczki na warkocze, turkusowe kokardy z tasiemki, od metki ręce i odnóża z konopnego sznurka. Ludmiłka uwielbiała spać w słońcu. Miała też opcje do wieszania, tzw. stryczek [śmiech].

Wiem, że pracujesz na etacie gdzieś zupełnie indziej, w takim razie kiedy przychodzą nowe pomysły na nowe przytulanki?
W drodze, najczęściej wracając z pracy, z wypraw, podczas wypraw. Niekiedy proces przebiega podczas procesu. Czasem wymyślam jakieś konkretne zwierzę i czekam, aż przyjdzie do mnie w najlepszym kształcie. Kurcze, to często jest nieprzewidywalne. Uwielbiam nieprzewidywalność, zdarza się, że zobaczę jakiś kolor, tkaninę i widzę kolejnego pluszaka. Natomiast bajki… historia o lisie przyszła do mnie jak wieszałam pranie [śmiech], resztę historii o zwierzakach (których jeszcze świat nie widział) wymyślałam w autokarze na trasie Jutlandia Południowa-Dolny Śląsk – i znów w drodze, dlatego tak ważny jest kawałek ołówka i papieru z zasięgu ręki. Świetnie jest, jeśli kawałek papieru nie przepadnie w nieodkrytej czasoprzestrzeni, którą dzieli z zagubionymi skarpetami.

Anuszko, Twój blog to nie tylko przytulanki, prawda? Lubisz dzielić się z czytelnikami, zachęcać ich do kreatywnej twórczości?
O tak, uwielbiam proste rzeczy, często wcale nie trzeba wiele wysiłku by zrobić coś wspaniałego. W ogóle lubię jak się coś dzieje, nowe dźwięki,  książki, filmy, miejsca, obrazy.  Jeszcze dwa tygodnie temu marzyłam o umiejętności szydełkowania. Przed kilkoma dniami zrobiłam pierwsze serduszko, potem kwiatka, różowy golf na świecznik. Zaczęłam też szydełkować chlebak na wyprawy dla Zenka (szop), a wczoraj zaś próbowałam nawet z żołędziem (u Piegowatej), ale zrobiło się późno i zapomniałam o liczeniu oczek [śmiech], za to magiczne kółko wyszło jak malowane. Kocham doświadczać mocy (kto nie lubi, łapa w górę), niesamowite jest, jak udaje Ci się zrobić coś absolutnie niemożliwego i potem zarażasz tym innych i oni są tacy szczęśliwi, że też potrafią, i ta szczęśliwość wraca do Ciebie. To jest moc.

A powiedz, lubisz się bawić? A jeśli tak, to co sprawia ci największą przyjemność?
Lubię się bawić w szycie, dlatego to robię i będę dopóki będzie mnie to cieszyć. To dla mnie wciąż największa frajda. Lubię też chodzić do lasu z pluszakami na plenery. Śmiesznie jest, podchodzą czasem psy i obwąchują te dziwne zwierzęta. I puszczać latawce lubię i pędzić na rowerze, i skakać w śnieżne zaspy, i szurać  w liściach, i wymyślać niespodzianki, i musieć nie móc nic powiedzieć, nic po sobie nie poznać a potem bam! Wtedy gadam i gadam, żeby wszystko po kolei opowiedzieć, czego wcześniej nie mogłam. Ogromnie lubię.

Gdybyś mogła być zwierzęciem, to jakim i dlaczego?
Niedźwiedziem, bo przesypia całą zimę, i nie babra się w śniegosolance. Myślę też, że to spokojny gość. Jest duży i nikt mu nie podskoczy, więc może robić co mu się podoba, i niby strasznie groźny, a przecież ma niedźwiedzie serce. Zimą jest mu ciepło, latem zaś jak za gorąco to wspina się w wyższe partie gór. I kochają go wszystkie dzieci na świecie.

Jakie są Twoje ulubione miejsca w blogosferze?
Uwielbiam ilustracje dla dzieci, zachwycam się, kiedy tylko mogę, ostatnio odkryłam bloga Illusimi (http://illusimi.blogspot.com/) z prostą, często czarno-białą kreską i Dziki Dzik (http://dzikuski.blogspot.com) lubię za kreatywność właśnie, chciałabym mieć taką mamę, która umie pięknie rysować i wymyślać takie wspaniale rzeczy. I  Lookarnę (http://lookarna.blogspot.com/)  za to, że kilku słowach mieści całą opowieść, i Mery (http://meryselery.blogspot.com/)  za jej zabawne i wesołe opowieści, i Gab (http://gabridou.blogspot.com/), choć dopiero się rozkręca, to widać że coś niebanalnego w niej drzemie. W ogóle nie mogę się napatrzeć, chodzę, eksploruję, podglądam, znajduję inspirację. 

***
Lubię odwiedzać Anuszkę, zwłaszcza gdy zmęczy mnie wielkie miasto. Pluszowo tu, przytulnie. A gdy zabraknie pewności siebie, Anuszka dmuchnie kreatywnością w żagle każdego. Przekonajcie się sami, o tutaj: http://tulajtulaj.blogspot.com

Serdeczności,
Bebe




Pocztówki z Blogosfery: Kaczka

16.07.2012
Cytatowi z W. Erlbrucha nie mogłam się oprzeć, choć mistrzowi do pięt nie dorastam*.


Nareszcie! Słowotwórczy kierat zostawiłam w domu, by udać się na krótką wyprawę po blogosferze. Ahoj z Planety La-terra-del-pudding, gdzie zamiast deserów serwuje się sznycle, najchętniej z poliestru. Króluje tu niepodzielnie Dynia. Nołłłłł! - krzyczy i rzuca się półnago do drzwi. Dynia jest ciekawa świata i czasu na przyziemne czynności, typu pisanie bloga, nie ma. Tym zajmuje się kronikarz w służbie królowej - Kaczka, z którą przyjemność miałam rozmawiać. Polecam lekturę, zwłaszcza do kawy i kanapek z wieprzowiną!

Hej Kaczko! Zacznijmy może od początku, czyli od Kaczki. Przedstaw się, bo może nie wszyscy wiedzą kto zacz. Kim jesteś i czy się zajmujesz?
U licha! Ciężki kaliber.
Kaczka jest porostem (co, jak się zdaje, urąga wszelkim założeniom zoologii i botaniki).
Nie ma korzeni. Ma chwytniki. Turla sie to tu to tam.
Szuka Miejsca (przez duże eM).
Jeszcze nie znalazła.
Od ósmej do szesnastej kaczka maltretuje bakterie, po godzinach jest matką...

A co z Dynią?
...Dyni.
Dynia jest płowym, metrowym hobbitem o manierach niedożywionego chomika. Wprowadziła się dwa lata temu, zajęła wolny pokój, znalazła kod dostępu do lodówki i już została. Gdy ją zdenerwujemy, dzwoni do prawnika z plastikowego telefonu  w kształcie świni Peppy. (Dla zainteresowanych podajemy numer kancelarii: aaaaaaaaaaaaaz, fynfć, eść). Podobno podpisaliśmy kontrakt z dużą ilością drobnego druku, więc przejęła już nasze mieszkanie, konta bankowe, kontroluje uczucia, kluczyki do samochodu i używalność plastikowej żyrafy.
Nie można jej eksmitować, bo rzuca urok(iem), a przy tym otumania zapachem, a pachnie jak śmietankowe cukierki.
Trudno wciąż Dynię zrozumieć. Jest więc tak, jakby wynajmować przedstawicielowi obcej cywilizacji.


Jest jeszcze Norweski.
Norweski,  kolejny protagonista bloga, jest szczególnie poszkodowany. Nie dosyć, że Dynia mówi po dyńsku i kosmicku, to w dodatku jest miniaturową kobietą, a rozumienie kobiet wychodzi Norweskiemu w stopniu, dyplomatycznie ujmując, średnim.


Powiedz Kaczko, jak zaczęła się Twoja kronikarska przygoda? 
Kaczka zawsze lubiła słowa, ale nigdy nie była zadowolona z własnych.
Cokolwiek napisała, oglądała pod światło, polerowała szmatką, poprawiała i przerabiała po tysiąckroć.
Ołówek nigdy nie nadążał za myślami.
Każde szkolne wypracowanie było udręką.
Pisanie pamiętników nie wchodziło w rachubę.
Egzamin maturalny z ojczystego języka zajął trzy strony formatu A4 na czysto i kilka miliardów kartek w brudnopisie.
Co innego czysta strona w edytorze tekstu!
Delete, delete, delete, copy, paste, cut, delete… Cud, miód i orzeszki.
Kaczka popłynęła na fali technologicznych osiągnięć ludzkości.
Blog zaczął się od nadmiaru wrażeń.
W 2004 Kaczka przeniosła się do Skandynawii, przeczytała zimno (http://zimno.blog.pl/), Wawrzyńca** i sama zaczęła pisać do komputerowej szuflady.
Po latach rozsyłania tych wrażeń emailami i latach lobbingu ze strony Wawrzyńca i Tohu (http://tohuwabohu.blog.pl/), Kaczka wynurzyła się na wirtualne wody. Przyjemną niszę, w której się okopała zamknięto (ślady po masakrze poprzedniego bloga zostały w wordpressie). Kaczka przeszła do konkurencji.
Dwa lata temu pojawiła się Dynia i podstępem przejęła fabułę. W pojawienie się Dyni pośrednio zaangażowany był Norweski, który dla większego zamętu jest tak naprawdę Niemiecki, ale skoro się go znalazło na Północy i skoro ma on ci naturę Norweskiego Leśnego kota (jest uroczy, ale mało komu udaje się o tym przekonać) pozostał Norweskim.


Istna z Ciebie słowotwórcza weteranka! Kaczko, dlaczego piszesz? Skąd czerpiesz?
Bo zdarzenia przeciekają przez palce. Bo zatrzymuje czas. Bo łudzi się, że płowy hobbit kiedyś przeczyta.* Nie uprawia literatury faktu, niefaktu, literatury żadnej nie uprawia, pretensji do Nike, czy Pulitzera sobie nie rości. Zatrzymuje. Niekoniecznie chronologicznie i niekoniecznie fotograficznie. Czasem ubarwi, czasem rozjaśni, czasem ściemni. Lubi.
Dynia inspiruje. Miniatura człowieka. Osobowość, charakter in statu nascendi.
Szkoda, po prostu szkoda, żeby się tyle dobrych chwil zmarnowało.
Życie inspiruje. Wyspiarska służba zdrowia, Bawarskie cioteczki, kwit z banku, tragiczny zgon odkurzacza znanego jako Sven Electroluxon, czy sąsiad docinający zieleń ogrodową z ekierką i kątomierzem.


[*Kaczka w realu jest małomównym mrukiem-borsukiem, więc niech hobbit wie, że wywoływał w Kaczce tornada i cyklony uczuć, które Kaczka ogarnąć mogła jedynie na papierze.]

Gdzie? Kiedy? 
W pociągu. Zamiast przerwy obiadowej. Zamiast spania. Zamiast prasowania. Głównie zamiast.


Blog Kaczki to liczne zakładki i miejsca, a które z nich najciekawsze?
Robótka!(http://la-terra-del-pudding.blogspot.co.uk/p/normal-0-21-false-false-false.html) Powołana do życia przypadkiem, jest miejscem, gdzie można sobie przyjemnie osmalić pióra i kuper od żaru ludzkiego dobroczynienia. Niech trwa!


Nie mogę nie zapytać o kulinaria, co i jak się najchętniej u Kaczki jada?
Kartoflaną sałatkę i czerwony barszcz z uszami. Der Kartofelsałatka tylko i wyłącznie na majonezie ukręconym przez Norweskiego, uszy w barszczu tylko i wylącznie wylepione przez Kaczkę wedle prastarej słowiańskiej receptury.
(Jeśli natkniecie się u Kaczki na puszkę z napisem kakor, przebóg! nie dajcie się nabrać! W niej Norweski zamiast ciastek trzyma kulki z salmiaku i czarne, lukrecjowe nietoperze. Kulinarna zgroza!)
Najzwyklej natomiast jada się chleb z czymśtam, bo jak już się hobbita odłoży do kuszetki nach Schlafenlandet to nikomu się nie chce mielić gęsich wątróbek na fułagra, ani farbować domowego makaronu inkaustem z ośmiornicy.
Od roku wszystko jada się rękami. Hobbit jest niekwestionowanym  mistrzem w konsumpcji rosołu bez użycia sztućców i innych przyrządów pomocniczych. My jesteśmy jedynie miernymi naśladowcami.


A pija?
Kawę. Pod wszystko kaczka pija kawę. Kaczka przez siebie kawę przelewa.


A jak tam z kulturą na planecie Kaczki, co Kaczka najchętniej czyta, czego słucha?
Czyta wszystko, co wpadnie jej w ręce.  Błogosławiona półka na książki w fabryce, gdzie naród przynosi  to, czego czytać już nie chce. Dzięki temu Kaczka przeczytała ostatnio ‘Piekło’ Dantego, dla równowagi nędzny kryminał, pamiętniki Che Gevary, albo genialne ‘O miłości i innych demonach’. 
Najchętniej kaczka wraca do ‘Przygód Dobrego Wojaka Szwejka’, ‘Ziela na kraterze’, Grodzieńskiej, Emily Dickinson, Joe Alexa, ‘Pożegnania z Afryką’ i pielęgnuje swoje neurozy dziełami wszystkimi Sylwii Plath.‘Szklany klosz’ Sylwia napisała słowami wyjętymi z Kaczki. Mało kto wierzy, a jednak.
Kaczka słucha ciszy. Uwielbia taplać się w ciszy.
Muzyka jest gdzieś na dnie priorytetów. Może dlatego, że Kaczka jest wyjątkowo niemuzykalna?
W drodze wyjątku wzrusza kaczkę ‘Over the rainbow’ oraz ‘Moon River’ oraz muzyka z ‘Blade Runner’.
No i ‘Behind the blue eyes’, bo pod to jechały z Dynią na porodówkę. (Jak się później okazało kolejną piosenką na tej Norweskiej składance było ‘Ein Stern der deinen Namen tragt’ Ufff...)


Czy masz jakieś rytuały lub obchodzisz specjalne święta?
Raczej nerwicę natręctw niż rytuały, na przykład Kaczka nieustannie spogląda na zegarek, jak Królik z Alicji w Krainie Czarów, nieustannie pierze  (szop pracz to przy Kaczce amatorzyna),  wszystko prasuje i zawsze musi wiedzieć, gdzie leżą nożyczki.
Świąt własnych Kaczka nie obchodzi, ale bardzo lubi obchodzić cudze.


Na koniec jeszcze, oprócz wyżej wymienionych, jakie miejsca w blogosferze lubisz najbardziej?
Kaczka lubi wędrować przez blogosferę, stąd i pękata lista zakładek. Szuka tam sobie rozumu, serca, odwagi, drogi do Kansas, przepisu na gulasz i jak z trzech zapałek i gałganka wykonać podobiznę świni Peppy nadnaturalnych rozmiarów. Do zakładek na prawo... warto, warto!


***

Dziękuję Kaczce za ten strumień z Kaczko-świadomości! 
A zgłodniałych na więcej posyłam do źródła: http://la-terra-del-pudding.blogspot.com/ 




* Trzeba jednak przyznać, że Kaczka to słowotwórczy Erlbruch.
** Onetowy blog Wawrzyńca Prusky'ego już nie istnieje. A nowy znajdziecie tutaj: http://wawrzyniec.blox.pl/html 



Pocztówki z Blogosfery: Chustka

5.03.2012
Cholera jasna! Obiecałam sobie, że ten post będzie bez etykietki przyklejanej na czyjeś czoło taśmą klejącą. Tylko czy się da? Da się mówić o ludziach bez segregowania ich w wąskie szuflady? Dla porządku, przejrzystości? A może etykietki nie są takie złe? W końcu są częścią ludzi. Niektóre są wygodne, trafne, przyjazne. Inne zaś otwierają rany, przypominają o czymś, o czym właściciel chciałby może zapomnieć. Ewa straciła w wypadku nogi, i do końca życia będzie się o tym przypominało. Wiesz, ta Ewa bez nóg. Był wczoraj Jacek, ten niewidomy. Zośka z wąsikiem. Ela z krzywym zębem. Gruby Jarek. Może etykietki ominąć nie sposób, bo jest częścią czyjegoś jestestwa. Jak recepta na człowieka, choć nie jest jedynym jego składnikiem, to jednak nadaje mu smaku? Tak, jak Kasia ma piwne oczy, a Wojtek silne barki, tak Joanna ma raka.

Nie znam odpowiedzi na problem etykietek. Nie lubię ich. Spoglądam jednak dalej. Etykietka to tylko początek. Za każdą, piękny człowiek. W jego obliczu etykietki tracą znaczenie.

----



Jestem na planecie o zagadkowej nazwie "Do czego przyda się chustka?"

Bigos jada się tutaj zdecydowanie bez pomidorów, a liczni bywalcy trudnią się głównie trzymaniem chujasków i innych pomyślności za długie życie Chustki-Joanny panującej. Ja też trzymam. Bardzo.

Chustka wywiadu nie udzieliła. Śpi zmęczona radiowym solarium. Nie szkodzi. Jest kot, jest mądre dziecko, jest szalony na punkcie chustkowym Niemąż. Jest poezja, prawda trochę jakby ostateczna, małe radości, muzyka i naprawdę fantastyczne zdjęcia. Joanna w roli Madonny nie do opisania. Boska!

Chustka przesiadła się z autostrady życia, na boczną drogę. Taką, na której jest czas się zatrzymać, zjeść kanapkę, popatrzeć na motyla, pogadać o byle czym, posłuchać muzyki, zrobić kilka zdjęć, przekląć niepogodę, zebrać opuszkiem palca okruszki z kolan i pojechać dalej.

Do czego przyda się zatem Chustka?

" wtedy - w kwietniu 2010 - zrozumieliśmy, że stoimy na rozstaju dróg - albo założę chustkę na łysą głowę i będę walczyła, albo pomacham bliskim chustką na pożegnanie.

w lipcu 2011 wyłysiałam, ale nie nosiłam chustki.
i nie zamierzam się żegnać.
chustka nie przyda się więc do niczego.
chyba.
a jeśli będzie potrzebna - dowiecie się o tym z Chustki".

Cytat z bloga Chustki: http://chustka.blogspot.com/p/chustka-streszczenie.html#ixzz1o9TNcadt

Chustka jest lakoniczna, dosadna, bez pardonu, delikatna, ciepła i silna zarazem. Chustka nie potrafi po prostu pisać. Chustka dotyka słowem, koi, raduje a czasem nawet ściska serca lub przywołuje stada internetowych trolli. Chustka się nie cacka, nie ma na to czasu. I dobrze, bo nikt nie powinien. 

Tylko jednej rzeczy u Chustki nie lubię. Rosnącej litanii blogów pokrewnych oznaczonych wirtualną świeczką. Spoglądam na lewą kolumnę ze strachem, że zapali się kolejna.

Planeta zdecydowanie warta odwiedzin, zwłaszcza gdy brak mleka w lodówce lub spóźniony autobus urastają do rangi końca świata.

Ukochuję,
Bebe

Pocztówki z Blogosfery: Ojciec karmiący

13.02.2012
Drogi czytelniku,

Jestem na bloxowej planecie Ojca Karmiącego w odległej galaktyce Rodziców Dzieci Chorych. Trafiłam tu  przypadkiem, przy okazji wojaży konkursowych, bo spodobała mi się nazwa na drogowskazie. Na pierwszy rzut oka jest tu szaro, jak na polskim blokowisku. Inni turyści mówią, że nawet trochę smutno, ale chyba nie mieli tego szczęścia, spotkania Ojca na zwykłym szarym chodniku.

Obrazek jak z Wolfa Elbrucha: kroczy Ojciec prowadząc King Konga z przedszkola. King Kong ślizga się po kałużach. Ojciec trochę rozmarzony, trochę zamyślony - filozofuje pokątnie. Martwi się też trochę, co z tego King Konga wyrośnie. A King Kong nuci Marchewkowe Pole i ma wyobraźnię. Może jest kwadratowym klockiem, który nie pasuje do okrągłej dziury społeczeństwa, ale potrzebuje trochę więcej czasu i uwagi, żeby się dopasować.

Blogu Ojca daleko do kronikarskiego sprawozdania z przebiegu leczenia. Nie czytam pokaźnych archiwów. Nawet nie chcę. To co Ojciec opisuje tu i teraz wystarcza mi zupełnie. Jest miło, i od razu się w blokowisku robi cieplej. Ojciec w cieniu King Konga nie ginie, choć chętnie ustępuje mu miejsca, bo blog Ojca jest także o postępującym tacierzyństwie. Tacierzyństwie, które cieszy, ale też czasem wkurza na tyle, że Ojcu opadają kończyny i chciałby uciekać. Ojciec przez tą szczerość jest bardzo sympatyczny i daje mi nadzieję, że z potencjalnym potomkiem da się jednak wytrzymać.

Ojciec mówi o sobie, że jest facetem,  który "siedzi" z dzieckiem. Zaprosił mnie na herbatę. Posadził na taborecie w kuchni, dał kapusty z grochem. I tak sobie pogadaliśmy:


Bebe: Ojcze Karmiący, a jak to się wszystko zaczęło? 
Ojciec Karmiący: Na początku był facet, który nie chciał mieć dzieci. Potem zmienił zdanie diametralnie i postanowił to opisać. Pierwszy blog został usunięty, kiedy zaczęła się diagnoza dziecka. Potem jednak ojciec postanowił zostawić sobie kilka notatek w internecie i tak powstał drugi blog.

Jakie są największe atrakcje na planecie Ojca karmiącego? 
Największą atrakcją u Ojca karmiącego jest przyjemność przebywania w pobliżu King Konga. Podobną w pobliżu kota Gandalfa. Hmmm... a może to oni razem są największą atrakcją? Zwyczajne życie rodzinne :)

A co i jak się tutaj najchętniej jada?
Ojciec lubi polskie żarcie, ale jest ono ciężkie... więc Ojciec przekonuje się do kuchni śródziemnomorskiej. Już dawno temu Ojciec stał się sławny na Sycylii wypowiadając zdanie: "Non cze pasta ke ijo non piacze." To prawda, Ojciec uwielbia makarony. Niestety, brak czasu sprawia, że Ojciec jada głównie w biegu. King Kong jedzący staje się żywym kalamburem, który odgrywa hasło z kategorii: "Tytuł filmu zagranicznego", a odpowiedź brzmi: "Samotność maratończyka" (chodzi o tempo i czas trwania, nie ilość).

Co najchętniej czytacie, czego słuchacie? 
To nie jest krótkie pytanie. Ojciec czyta głównie literaturę współczesną, poezję i prozę. Ostatnio trafiło się kilka historii wyreżyserowanych przez życie, dotyczących niepełnosprawnych dzieci, albo ludzi ciężko chorych. Może to minie? Słucha ojciec np. Turnaua albo Branduardiego, kiedyś dużo słuchał muzyki poważnej, albo rocka z lat 60-tych i 70-tych. Lubi też ojciec rock progresywny (chciał sam wymyślić regresywny, ale ktoś zrobił to przed nim).
King Kong dopiero uczy się czytać, ale lubi słuchać różnych opowieści. Czytamy mu od urodzenia niemal, więc trochę już przesłuchał. Jeśli chodzi o muzykę, to lubi oczywiście piosenki dla dzieci, ale od małego nie wzgardzi cięższym brzmieniem - na przykład polski punk rock z lat 80-tych bardzo go pociąga i inspiruje.

A macie jakieś rytuały lub specjalne święta?
Można chyba powiedzieć, że rytualnie staramy się przełamywać stereotypowość. Specjalnym świętem jest każdy dzień, w którym mamy okazje być rodzinnie razem. Strasznie tego mało, niestety.

Jakie są Ojca karmiącego ulubione miejsca w blogosferze?
Ojciec ma niestety dość mało czasu, więc w blogosferze czyta ledwie kilka blogów, głównie poświęconych dzieciom niepełnosprawnym. Ale czasem zagląda też i w inne miejsca - historia, literatura, pure nonsens.

Ojcze Karmiący, a właściwie dlaczego King Kong? 
Wystarczy spojrzeć na dziecko, które właśnie nauczyło się chodzić i ruszyło w pierwsze wyprawy po otaczającym świecie.

Czy jest jeszcze coś, o czym Ojciec chciałby opowiedzieć?
Hmm... bardzo wiele jest tego, ale o tym ojciec przecież pisze na swoim blogu. Więc tu lakonicznie - czytanie i pisanie, bez tych dwóch życie byłoby o 90% mniej atrakcyjne ;)


°°°

Dla zainteresowanych podaję koordynaty na planetę King Kong i Ojciec Karmiący:
http://ojcieckarmiacy.blox.pl oraz  hacjenda Ojca na facebooku.

To idę dopijać herbatę i pomiziać Gandalfa. Następna pocztówka już za dwa tygodnie.

Trzymajcie się ciepło,
Bebe

Pocztówki z Blogosfery: Prolog

10.02.2012

Wiekopomne dzieło naukowe uziemiło Bebe przy biurku na cały 2012. Przerażające jest mieć zaplanowane, co się będzie robiło w maju a co w sierpniu. Bebe będzie pisała (miejmy wszyscy nadzieję), z językiem na brodzie i kronikarską cierpliwością. Nici jednak z wypadów w góry, do kraju ojców, czy innych zakątków planety Ziemia. Rok Słowotwórcy zobowiązuje a Bebe ma silne postanowienie wzbogacenia się o magiczne dwie literki przed nazwiskiem. Perspektywa zacna, aczkolwiek nieco deprymująca dla kogoś kto lubi umoczyć wiosło w rzece i spocić się na szlaku.

W związku z tym, że Bebe nie wybiera się dalej niż do kuchni po nowy termos zielonej herbaty, wpadła na pomysł niemal genialny w swej prostocie. Dla uspokojenia małego globtrotera, będzie urządzać ekspedycje po polskiej i nie tylko blogosferze. Dwie w miesiącu powinny być w sam raz. Posypią się też pocztówki z tych z najfajniejszych światów. Bebe od zawsze rysowała własne. Na początku nie stać jej było na znaczek, a potem już jej weszło w krew. 

Bebe Beatą P. blogosfery! To brzmi dumnie. Pierwsza pocztówka z pierwszej podróży już w drodze! Wyglądajcie listonosza.

Auto Post Signature

Auto Post  Signature