Image Slider

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dieta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dieta. Pokaż wszystkie posty

Racja babci

31.01.2012


 
U technicznych zamiast tranzystorów papryki w łódeczki. W sekretariacie tuńczyk sauté. W portierni ćwierć jabłka z jogurtem naturalnym. A profesorskie grono pije już tylko małą czarną. Ciastek na zebraniu nie ma. Świat akademicki trwa na noworocznej diecie. A Bebe trwa w oczekiwaniu.

°°°

Wertujesz gazety, fora, portale, by znaleźć tą jedyną, ostateczną dietę, która zapewni ci dozgonne szczęście. Wprost proporcjonalnie do gubionych kilogramów, wzrośnie ci poczucie własnej wartości, portfela i libido.

Kupujesz wszystkie produkty: chudy cycek kurczęcy, chudy ser, chudą wodę o smaku mleka, chudą rybę w chudym sosie własnym. I ty też będziesz chuda, o ile wytrzymasz na tym dwa tygodnie. Wierzysz, że nawet może trzy. Co z tego, że eksperci zabraniają, znasz się przecież najlepiej.

Dnia piątego, zgodnie z instrukcją, stajesz na szklanej wyroczni, która z precyzją do jednej dziesiątej grama przepowie ci przyszłość. Jest mniej, zjesz na śniadanie dwie deski pełnoziarniste z serkiem wiejskim, a może nawet kostkę czekolady. Jest constans, wykręcisz dodatkowe 30 minut na rowerku, żeby ruszyć machinę. Jest więcej, zamiast śniadania, trzy kółka w parku i zamiast kolacji basen.

Dnia n-tego stoisz nad garnkiem z gulaszem dla całej rodziny. Wołowina, śmietana, tłuste oka tańczą na powierzchni. Jesteś tak głodna, że mogłabyś zjeść ten gulasz na zimno. Zagryźć pajdą chleba z masłem i najtłustszym camembertem. Popić słodkim kompotem, poprawić tabliczką czekolady i paczka chipsów. Usiąść i zapłakać, że jesteś taka beznadziejna, że nawet diety nie umiesz dotrzymać.

Podnosisz się, chudniesz dalej. Pewnego poranka, tego poranka, szklana wyrocznia wyświetla ci Świętego Graala. Skaczesz z radości. Biegniesz do biura, oznajmiasz wieść Jolce z biurka po lewej. „Jak to zrobiłaś? Pewnie nic nie jadłaś”.  „Nie chudnij tyle, bo jeszcze znikniesz” – dodaje sarkastycznie Mariolka z księgowości. Wracasz do domu nieco oszołomiona. Świat miał się przecież cieszyć. Zaglądasz do portfela, a tam nadal tyle, co kot napłakał. Nie pójdziesz na basen, bo nadal boisz się rozebrać, a mąż,  jak zawsze ogłada wieczorem mecz.

Zerkasz przed siebie a tam ta sama obca baba - szara, stara i nijaka. Gapi się na Ciebie wystraszona. „Jesteś gruba świnią” – mówisz i zaczynasz jeść. 

Przez myśl ci nawet nie przejdzie, że twoja własna babcia miała jednak rację. „Nie musisz tego robić” – powiedziała, gdy jako trzynastolatka obwieściłaś nad nietkniętym talerzem pierogów, że jesteś na diecie. 43 kilogramy temu.



°°°
Uprzejmie przypominamy, że kto jeszcze nie głosował to niech łapie za telefon, bo mi już zasycha w gardle od tego przypominania, a widzę po rankingach, że się strasznie lenicie. 

SMS o treści G00404 na numer 7122. 

Jaś i Małgosia też się ucieszą, bo z tych smsów pojadą w końcu na prawdziwe wakacje z krową i jeziorem, zamiast spędzać gorące lato przed ekranem komputera wśród szarych blokowisk.  

Nie krępować się, głosować.

Dieta do reklamacji

15.09.2011
Dieta odchudzająca to jedyny taki produkt na rynku, który, jeśli nie działa, powoduje, że to klient obwinia siebie a nie producenta.

Kupiła Bebe żarówkę. Wlazła na stół, wdrapała na stołek i, balansując w powietrzu, umieściła żarówkę pod sufitem. Zeszła z prowizorycznego rusztowania bez uszczerbku na zdrowiu, przełączyła kontakt. Nadal ciemno! Po kolejnej turze cyrkowych akrobacji, okazało się, że w żarówce grzechocze. Gdyby żarówka była dieta odchudzającą, Bebe z miejsca zaczęłaby monolog:
- Znowu zrobiłam coś nie tak? Jestem do niczego. Taka prosta rzecz, a ja nawet tego nie potrafię!

Żarówka dietą odchudzającą nie jest. Bebe wsiada na rower i jedzie z paragonem do budowlanego supermarketu wymienić bubel. Szkoda, że trzech lat na diecie nie da się zareklamować.



* podziękowania dla Beyond Chocolate za inspirację

coś za coś

26.03.2011
bebe w londynie. samotny krążownik uliczny późnym sobotnim popołudniem. zachodzące słońce, na małych sklepikach tłumy, drzewa w pąkach i kwiatach a na niebie błękit skalany wstążkami samolotów. wieczorem ma być wspólna kolacja z przyjaciółmi i może nawet  na obcasach ciał cięcie gięcie w pobliskim klubie.a bebe jest głodna tu i teraz. bo obiadu nie było. idzie do supermarketu i kupuje kanapkę. bardzo nie teges jak na bebeluszkowe warunki insulinowe. biały wyspiarski chleb, ser żółty i ogórek. tania była. a bebe ma węża w kieszeni, jeszcze przez 2 tygodnie. bebe wychodzi ze sklepu i tuż na zewnątrz otwiera opakowanie mijając młodego mężczyznę w ortalionowej kurtce. kontakt wzrokowy i bebeluszkowy uśmiech przełamał lody. mężczyzna z wyspiarską nonszalancją przeprasza za zakłócanie bebeluszkowego spokoju i jednym tchem wyłuszcza prośbę o drobne na jedzenie.

bebe w czerwonym płaszczu na parkingu supermarketu w centrum wyspowej stolicy. w ręce dzierży właśnie otwarte opakowanie z kanapką. ptaki zagłuszają nawet pobliski ruch uliczny. a młody mężczyzna wpatruje się w nią wyczekująco. piękne ma te oczy. modro-szare, akwarelowe. czyżby nawet bogowie czuwali nade mną? bebe nie wierzy sytuacji. wręcza kanapkę mężczyźnie uśmiechając się zachęcająco. on skonfundowany, przyjmuje podarunek z ociąganiem. może liczył na pieniądze. ale bebe już się tym nie przejmuje. bebe uśmiecha się i odchodzi z pustymi rękami. współczesne anioły mają dziwną pracę.

pół godziny później, bebe otrzymała w antykwariacie prezent. dwie części "mrocznych materii" pullmana ("his dark materials") w cenie jednej. bebe szukała ich od miesięcy. a zawartość portfela pozwoliła wyskrobać równowartość tylko jednej z nich. pan antykwariusz machną ręką: oddasz następnym razem.

podobno dostajemy tylko tyle ile dajemy....

bebeluchy bywają durne

7.03.2011
durny bebeluch wlazł wczoraj na wagę. o 0,5kg więcej niż w piątek. bezpowodnie.

i dobrze tak durnemu bebeluchowi!

szanujący się odchudzacz waży się tylko raz w tygodniu. bebeluchy w piątko-soboty. a nie, jak ta małolata, co drugi dzień albo i częściej. bo niby co? że ćwiczył ostatnio dużo i systematycznie? że poszedł spać o głodzie? i że kapryśnica szklana miała to wszystko zauważyć? psu na budę! niech się bebeluch uczy pokory. religia niskokaloryczna zakorzeniła się w bebeluchu bardziej niż przewidziano.  trudno to sformatować. potrzebne fakultety u wiewióra. bo odchudzanie to nie matematyka. gdyby była matematyką, to otyłość nie zbierałaby tłustego żniwa. jak zjesz kilo pączków to nie zmagazynujesz kilograma tłuszczu. zmagazynujesz może dwa albo i trzy. a może nic. czynników wpływających jest wiele. a bebeluch w tym roku ani jednego tłusto czwartkowego pączka nie pochłoną. naleśnika tubylczo wtorkowego też nie będzie! takie święta bebelucha nie dotyczą!co nie musi robić wrażenia na pannie szklane oczko.

poza tym co się bebeluchowi uwidziło z tym odchudzaniem? mógłby się w końcu odczepić od tej myśli! puścić ją wolno niech sobie pohasa na łąkach dla frustratów.


bebeluch w obcasach wygląda bosko? wygląda!
czerwona urodzinowa zmniejszyła galaktyki? zmniejszyła!
czerwona urodzinowa dopina się? dopina! (choć jeszcze na bezdechu...)
bebeluch czuje się lepiej? czuje się!
od ponad tygodnia nie było kompulsu? nie było!
insulina w normie? w normie!

no to czego się durny bebeluch stresuje?! że mu waga pokazuje cyferki nie pomyśli?! niech bebeluch dorośnie! i nie wymyśla! niech się uzbroi w cierpliwość! doceni co ma i robi swoje!

howk!

p.s.
czekoladzie i ciastkom śmierdzi spod pachy.

monti lowam cię, czyli wyniki eksperymentu

20.02.2011
eksperyment zakończony sukcesem!
po tygodniu na diecie michel montignaca
bebe nie utyła!
ba!

bebe nie utyła i nie zanotowała trzęsawki rąk i mroczków przedoczynch dwie godziny po posiłku.

co więcej.

bebe kocha montiego. coraz bardziej.

w pierwszym tygodniu eksperymentu jadła do syta i między innymi:
- humus (spożytych opakowań: trzy)
- czekoladę 85% kakao
- masło orzechowe
- orzechy brazylijskie
- ser żółty
- polską kiełbasę
- bekon i jajka
- makaron
- wędzoną makrelę
- a nawet wypiła czerwone wino

i nadal dała radę zrzucić 0,7kg!
i to bez ekscesywnych procesów ruchowych!
mocy przybywaj!


 w celu potwierdzenia wiarygodności wyników eksperyment zostanie powtórzony.

waga na dziś: 69,6kg
cel na przyszły tydzień: nie utyć.

howk! i niech kung fu panda będzie z nami!

diabelskie koło

16.02.2011
kolejna wizyta u lekarza przyniosła ukojenie.
dobry lekarz jak terapeuta.
wysłucha, zrozumie, pocieszy i zagrzeje do walki.
wyniki krwiowe w normie.
insulina nie w normie.
norma dla jajników z rzucikiem.
insulina się unormuje, jak bebe schudnie.
bebe ma trudności z chudnięciem, bo insulina w chaosie.
diabelskie koło.
ale jak zwykle i z tej sytuacji jest wyjście.
monti, czyli niski indeks glikemiczny.
ćwiczenia.
konotacja czekolady ze złym samopoczuciem.
oraz duma, że już się tyle bebe udało osiągnąć.
i że utrzymuje wagę na przyzwoitym poziomie.

bebe pocieszona .
zatem do dzieła!
za chwilę jazz street dance i zuuumbaaaa!!!!
howk przyszłe śledzie!

eksperymenty

12.02.2011
eksperyment chwilowy.

bebe stanęła oko w oko z ciałem muzealnym. oko ujarzmiła. stres z tym związany wyszedł po fakcie w postaci snickersa. i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, w końcu każdej renomowanej odchudzaczce zdarza się wpadka...lecz godzinę po, bebe siedziała na schodach swej komnaty. i nie tyle widziała, co czuła podwójnie!!!!!! jakby to dwa bebeluszki siedziały na czerwonym dywanie. a cały świat i czarne bawiły się w diabelski młyn....sprawę załagodziła marchewka. i duży kubek herbaty. wniosek:
1. snickers nie służy.
2. insulina wariuje.
3. trzeba coś z tym zrobić.


eksperyment tygodniowy.

wiewiór podszedł do sprawy poważnie. przeczytał książkę motignaca. od deski do deski. wytłumaczył bebeluszkowi z grubsza całą filozofię. kazał powtórzyć i zapamiętać najważniejsze części. po czym ubrał bebeluszka w czerwony płaszczyk i niebieski szal i zabrał go na zakupy. po drodze wydrukowali zielone i czerwone listy, żeby nic dozwolonego nie przeoczyć. bebeluszkowi się podoba. zwłaszcza humus, dżemik malinowy bez cukru, ser feta i czekolada 85% kakao. od dziś rusza eksperyment tygodniowy. waga wyjściowa: 70,3kg. jak bebe nie utyje to będzie sukces. jak nie utyje i dwie godziny po posiłku nie będzie stała obok siebie, to będzie bardzo duży sukces. słońce za oknem jest. warzywa z targu będą w południe po taniości.

wiewiór jest najlepszym bohaterem na świecie.

m jak michel, michael lub po prostu michał.....

25.01.2011
a bylo ich wielu. głównie muzyczni.

michael jackson odkryty późno.....z niezapomnianym beat it, które do dziś wprawia bebeluszkowe stopy w rytmiczny pląs.
george.....ale też michael....umilający zimowe wieczory jazzowymi balladami....
michał lorenc i jego bandyta....asystowali niejednej piernikowej nocy przy dłubaniu stopklatkowych animacji....
no i oczywiście michał bryndal....brat TYCH bryndali....z którym niejedno bebe wypiła już piwo....
ale był tez inny michał...sprintowy....ex właściwie, co poślubił szczęśliwie bebeluszkową przyjaciółkę z przedszkolnej piaskownicy....czego bebe miała zaszczyt być nadwornym światkiem....
a od niedawna jest michel zwany pieszczotliwie montim.

michel wprowadza bebeluszka w tajniki alchemii indeksów glikemicznych....czyli co zrobić, żeby nie zwariować......i metodą naturalną, wyrównać to czego konowały wyprostować się boją.
na dobry początek tego związku bebe upiekła chleb z mąki z pełnego przemiału. bardzo żytni. niestety na drożdżach, bo na zakwas nie ma chwilowo czasu. jest też:
- chudy ser
- surowa marchewka od tubylczego rolnika w ilościach hurtowych
- dwa pudelka otrębów najlepszego sortu
- fruktoza na osłodę życia

oraz almanach napisany przez samego michela.

bebe poczytuje. ale powolutku. powolutku też wprowadza zmiany. fanatyzmu brak. jest za to mała motywacja. bebe ją po głowie głaszcze i do piersi przytula. motywacja bidulka zapodziała się gdzieś między brakiem snu a niechcianymi współlokatorami. ci ostatni, nota bene, zostali wczorajszego wieczoru okrutnie acz subtelnie wyproszeni z bebeluszkowej komnaty. ostentacyjnie walające się po dywanie truchełka insektów rożnej maści świadczą o skuteczności działań pana w białym kombinezonie. i chwała mu za to. bebe nie płacze. bebe się zadomawia.

a jutro będą pierwsze zajęcia z tańca. i niech król gaci zakręci kiedyś bioderkiem jak król popu!



howk!

armagedon na szynach

20.12.2010
w czwartek, tuż przed odjazdem, zadzwonił doktor w. z wynikami. niedobrymi. wyspowa służba zdrowia zawaliła sprawę. złe tabletki brane od roku. infekcje. konieczność dodatkowego leczenia. a na wisienkę przykazanie doktora w.: "proszę zrezygnować z węglowodanów. całkowicie. przynajmniej na najbliższy miesiąc lub dwa. a później to tylko w ograniczonych ilościach i to najlepszej jakości. pełnoziarniste.". bebe pokiwała posłusznie głową. i jak zahipnotyzowana udała sie do najbliższej piekarni po jagodziankę. pożegnalną. i tak się już do wyjazdu napawała smakiem pączków, ryżu i rogali z dżemem. a niech to. polskie węgle są jednak najpyszniejsze. następnym razem....no właśnie, nie wiadmo kiedy się ten następny raz zdarzy. choć u mamy zamówiona już na tę okazję babka ziemniaczana i papmuchy :)

piątkowy armagedon na szynach. sceny dantejskie na dworcu głównym miasta głównego. czarne tłumy zjeżdżające nieustanną falą w jeszcze większe tłumy drepczące w miejscu z zimna i zniecierpliwienia. brak informacji. strach o nagłą zmianę peronu. aplauz z wiwatami na widok nadjeżdżającego pociągu relacji gdańsk-kraków. opóźnionego o bagatela 4 godziny. peron opustoszał. a bebe została otoczona grupką zdezorientowanych gości z zagranicy, którym trzeba było tłumaczyć kurjozum sprawy. co 10 minut, zagłuszane młotem pneumatycznym pobliskiej budowy, głośniki bulgotały wzrastające opóźnienie pociągu do hauptsztatu. a była to stacja początkowa. po 70-minutowym oczekiwaniu podstawiono srebrną strzałę. ulga z możliwości odtajania zmarzniętych stóp i nosów ukoiła nieco niezadowolenie z nieistnienia miejscówkowych miejsc. każdy usiadł gdzie mógł. byle jechać. byle do przodu.

zamiast ośmiu godzin, dwa dni bebe jechała przez polską narnię do ukochanego stumilowego lasu w samym środku keczupowa. śnieg, jak co roku, zaskoczył polskich kolejarzy. bebe nie może jednak narzekać. jechała przecież w luksusie. światło było. ogrzewanie było. a nawet na granicy, po siedmiu godzinach podróży, głośniki wyszprechały dokładne opóźnienie w postaci 120 minut. tym samym bebe nie zdążyła na ostatnie połącznie. bez pytania zamieniono ramiona wiewióra na objęcia kociej mamy. kocia mama, uraczyła bebeluszka hektolitrem herbaty, wygodną sofą, pożywnym śniadaniem i spacerem po śniegach byłego lotniska tempelhof.




taka przestrzeń w sercu miasta pozwala odetchnąć pełną piersią. bebe zachłysnęła się nim na dłuższą chwilę. do stumilowego lasu nie było się co spieszyć. wiewiór i tak sobotnio udzielał korepetycji językowych. pociąg keczupowy spóźniony o jedyne 20 minut. głośniki szprechały przeprosiny w równiuteńkich odstępach czasu, a konduktorzy uśmiechali się z zażenowaniem.

a w stumilowym lesie? bebe pod plecakiem i z walizką z zabytkowymi nalepkami z całego świata.....wiewiór, jak w filmie, biegnący w jej stronę po peronie....i ciężkie płatki śniegu z czułością opadające na przytulone policzki....

tysiąc(e) kalorii bebeluszkowej żeglugi

14.12.2010
po babeczkach był pożegnalny kurczak na złoto w soku jabłkowym i czosnku....i sos czosnkowo-tymiankowy.....ta marry to umie jednak gotować...
potem bebe popłynęła.....rzekami yam-yamowego fervexu....na diecie resztkowej w malignie....

pierwszą przystań znalazła w paproszkolandii...marczewka z groszkiem, pluszersy, grzaniec z pomarańczkami i dziury w ścierce....w uroczym towarzystwie nieprzyzwoicie szczupłej reni(bebe do 50tki jeszcze tak daleko! przybywaj śledziowa liczbo!) bebe popłynęła wartkim strumieniem grzańca galicyjskiego i wedlowskiej czekolady...cieśninę wyrzutów sumienia ominęły wielkim łukiem....

na wyspie buły młodszej bebe uraczono dukanowymi plackami ze szpinakiem, ubraniowym szaleństwem i nowymi czerwonymi czółenkami (!!!!)....za co bebe odwdzięczyła się radosną twórczością w masie bardzo solnej...słone bombki-pociągi, które na pewno wygrają prezent-niespodziankę w przedszkolu, były niezjadliwe, mimo najszczerszych chęci siostrzeńca bebeluszkowego, bułeczkowego syna....

kolejnym etapem bebeluszkowej żeglugi były morza nalewkowe....bebe upodobała sobie szczególnie zatokę aroniową, wyspy kartaczowo-koptykowe oraz góry ogórków kiszonych...nie wiadomo jednak do końca czy to urok tych krajobrazów...czy zdolności bebeluszkowej rodzicielki, która dwuletnią rozłąkę skracała sobie drogą przez bebeluszkowy żołądek...

gwoździem programu, a raczej stolycy okazały się jednak były torty penisowe i inne piersi w pensjonacie semilli na oceanie winno-czerwonym....w pensjonacie zacumowało wielu mulionerów....było bosko! bebe chce więcej!

kolejne morze wina przegadała bebe wieczorno-nocnie w siostrzanym towarzystwie bułki starszej. a przygrywało im kocie murmurando i bardzo czillowa zetka. na morzach podobnych acz łódzko odległych bebe spotkała też panią balerową. bardzo bebeluszkowa ta baleronowa....bardzo...aż żal było odjeżdżać! ale łez rozlewać nie ma co. bo panny b. są zdolniachy i na laurach nie spoczną!

a teraz bebe szykuje się na spotkania z eksami...balsamami i innymi adoratorami. dzień z siostrami-bułkami....oraz inne przedwyjazdowe atrakcje. bo o ile śnieg i narniowy mróz bebeluszka nie powstrzymają....to piątkowy wieczór będzie już wiewiórowy! bardzo!

dietę zgubiono wraz z bagażem. a może w ogóle jej nikt nie zapakował?

lekcja pierwsza: koniec z dietami

8.09.2010
szedł bebeluszek przez yam-yamowo....kuszony myślami i zapachami.....i myślał....na przykład o wczorajszym wieczorze, który okazał się dietetycznym fiaskiem. rodzina k nawiedziła bebeluszka znienacka. skusiła go na wyjście do sklepu i z  najwyższą perfidią naciągnęła go na czekoladę, chipsy, wafelka i kiełbasę! bebeluszkowi wstyd. ale nic to. bebeluszek już wie, że zasada pierwsza "jem kiedy jestem głodna" oznacza dokładnie i dosłownie to co mówi. jem kiedy jestem głodna. a nie godzinę później lub wcześniej. a wczoraj bebe z głodem zdecydowanie przeholowała. spodobało jej się! doprowadziło ją to na skraj czarnej dziury i dzielnice zamieszkane przez obcego. a ten uprzejmie zaprosił ją na ciasto. a później to już popłynęli......
więc dziś bebeluszek już mądrzejszy. bebe je jak jest głodna. i już! niejedzenie nie pomaga. poza tym, jak piszą wielcy badacze i liczne brukowce, zwalnia metabolizm i przyczynia się do zatrzymania wałka. a tego delikwenta bebe chce się jak najszybciej pozbyć.

bebe myślała też o nowych książkach i pierwszym przeczytanym rozdziale...a ten mówi wyraźnie: "koniec z dietami!". bebeluszek aż zamarł pod kocykiem. no ale...no ale jak to???? bebe zaczyna się bać. teraz to już na bank utyje. od tylu lat funkcjonuje przecież według jakiejś diety. jasne zasady, jeden wróg, choć zmieniany z każdą nowo obraną taktyką...czasem są to węglowodany, czasem tłuszcze, a czasem słodycze.....dieta to bezpieczeństwo, pewność i kontrola. no więc jak to koniec z dieta???? choć z drugiej strony.....gdy nie ma diety....nic nie jest niedozwolone....a przecież tylko zakazane jabłka kuszą.....bebe i tylko bebe decyduje co i kiedy je.....zupełna wolność....bebe jest zachwycona! wiec czyta dalej!

diety pakują nas w pułapkę "wszystko-albo-nic". nikt jeszcze nie wytrwał na diecie bez łamania jej zasad. mało to razy bebe będąc na smacznie-dopasowanej tygodniami odmawiała sobie słodyczy, by pewnego wieczoru nie moc już dłużej odwrócić wzroku od szyb piekarni....i chwile później znajdowała samą siebie pochłaniającą całą szarlotkę na parkowej ławce? no bo jak łamac reguły to porządnie. i do końca wieczoru. a może nawet weekendu. kajanie i dietę pozostawiała na jutrzejszy poranek a najlepiej poniedziałkowy.

diety leczą symptomy a nie przyczyny. a przyczyny to całe morze emocji....kolorowych jak tęcza i czarnych jak kosmos......emocji których bebe ani żadna inna odchudzaczka nie potrafi nazwać, za to potrafi je fantastycznie pożreć! i właśnie tą systematyką, badaniem, rozpoznawaniem i sporządzaniem maleńkich szyldzików  dla emocji i myśli, będzie się bebe zajmować. dukana nie będzie...ani kapuścianej....ani innej kopenhaskiej...ani nawet detoksu.....będzie tylko smacznie - dopasowane odżywianie bebeluszkowe (choć dieta vitalijkowa nauczyła bebe dużo o gotowaniu i zdrowej żywności. a to wiedza bezcenna, kultywowana niezmiennie od kilkunastu miesięcy. i tak tez zostanie! a to ewidentnie dowód na to, że diety mogą przynieść też coś dobrego!) podobno bebe potrafi sama zadecydować, co i kiedy jeść....tylko czy potrafi zaufać sobie samej?....rada jest jedna: spróbować! w końcu do stracenia jest tylko kilka kilo na plus lub minus....ale zyskać możne znacznie więcej! choćby wolność myśli! i oddech głęboki! ekscytacja przewyższa strach. do dzieła zatem! howk!

fluktuacje wagowe, czyli wiewiór wkracza do akcji

20.08.2010
życie z kompulsami wygląda następująco:
1.08. - 65kg
6.08. - 63,7kg
13.08. - 66,6kg
20.08 - 64,2kg

nie tak trudno zgadnąć które pomiary są po tygodniach psychicznej rozpusty. od 13.08. do akcji wkroczył wiewiór. zaofiarował się na strażnika-faszystę i pasa nie popuszcza...zarządził co następuje (kolejność priorytetowa nieprzypadkowa):
1. bebe kończy z kompulsami
2. bebe biega
3. bebe słowotworzy codziennie

cele jasne też wyznaczono:
1.  wygładzenie bebeluszkowej podświadomości, która jak wiadomo wpływała niekorzystnie na ruchliwość kończyn dolnych.
2. wyrównanie, tudzież utrzymanie bebelowej wskazówki wagi na stałym tudzież spadkowym poziomie. fluktuacje choć spektakularne, spójrzmy prawdzie w oczy, są niesłychanie groźne dla zdrowia.
3. koniec z paniką, czyli małymi kroczkami do przodu. byle nie gapić się na tą wielka groźną górę z tabliczką doktorat.

tydzień według planu jak z bicza trzasnął. pierwsze efekty już widać....tylko wiewiór nieubłaganie co rano mruczy bebeluszkowi do ucha "to ile dzisiaj biegasz???".....chwała mu za to.

Auto Post Signature

Auto Post  Signature