A było to tak:
1 maja. Wiejskie obchody wniesienia majowego drzewa (czyt. pięćdziesięciu chłopa w szortach ze skóry stawia do pionu maszt na mulion pięter). Ludowe falbanki, gorsety, orkiestra dęta, kiełbasa z grilla, piwo, precle, każdy coś przynosi. Okazało się, że rodzice dzieci z ochronki dostarczają jadła do bufetu pt. ciasto i kawowa lura. Na ochotnika, rzecz jasna.
Mama Grudki! Mama Grudki, Pani się jeszcze nie wpisała na listę piekących! Proszę nadrobić to przeoczenie.
Poniosłam zatem,
świecką tradycją, placek z malinami.Kiedy otworzyli bufet, Wiewiór zamówił kawałek
mojego, bo wielkim fanem jest. W pewnym momencie zaczyna dłubać w swym
kawałku, wyjmuje zeń coś czarnego i pyta mnie co to za tajemnicza wkładka, chyba niedopieczona, bo jakoś dziwnie twarda. Studiujemy
uważnie... Blednę, czerwienieję, blednę, mdleję, czerwienieję, odzyskuję głos:
Chrabąszcza noga....z odwłokiem! Reszta pancerza tkwiła jeszcze między
malinami.
To chyba karaluch lub nadzwyczaj wyrośnięty wołek zbożowy... Wiewiór zbladł, potem zzieleniał. Zaczął prychać i pluć na wszystkie strony. Do tej chwili odmawia spożycia czegokolwiek. Mi też słabo. Zwłaszcza, gdy pomyślę, że ten, akurat ten kawałek mógł trafić się burmistrzowi Małej Wsi, który właśnie przede mną brał dwa kawałki malinowego na wynos. Przyznam, trochę mam nerwa,
czy nie było ich tam więcej. Zauważyłabym przy mieszaniu, zauważyłabym prawda?!
Chujowa Pani Domu byłaby ze mnie dumna.